Zachwyt Macedonią.

0
1590

W tym roku pojedziemy z psem!

Na przełomie sierpnia i września planuję z kilkorgiem przyjaciół wyjechać na miesiąc do Macedonii. Tegoroczny trip to moja druga wizyta w tym miejscu. Wracam po trzech wytęsknionych latach i corocznemu zazdroszczeniu moim przyjaciołom, że mogą sobie pozwolić na tak długie wakacje, a ja ze względu na dołujące przeciętnych ludzi na etacie – istnienie ograniczonego urlopu, nie mogłam sobie pozwolić na taki wyjazd. Pracowałam dość intensywnie nieprzerwanie w jednym miejscu. W Teatrze „Kamienica” spędziłam 5 naprawdę fajnych lat, organizując różne ciekawe eventy i było mi tam do samego końca dobrze.

Co roku ktoś z mojej ekipy jeździ na Bałkany. Wszystko zaczęło się od historii jednej znajomej, która chyba 6 lat temu pojechała tam stopem ze swoim chłopakiem i zaraziła swoim zachwytem moją wieloletnią przyjaciółkę Zosię. Dziewczyny zatrzymały się i zakochały – w macedońskim Ochrydzie: w miejscu, klimacie, w niesamowicie pozytywnie nastawionych ludziach. Ochryd to miasto u podnóża gór nad Jeziorem Ochrydzkim, sięgającym do granicy albańskiej. Ciągnie się piętrowo, budynki położone są na wzgórzach, w tym liczne zachwycające stare cerkwie, a piękna jeziora nie umiem nawet opisać. Słyszałam o tym mieście już wcześniej na zajęciach na mojej uczelni jako o jednym z dwóch głównych ośrodków piśmiennictwa języka staro-cerkiewno-słowiańskiego.

Studiowałam na slawistyce na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie nauczyłam się wielu fajnych rzeczy. Wybrałam ten kierunek studiów przede wszystkim ze względu na możliwość uczenia się języków i przekonanie, że po prostu sprawią mi przyjemność. I tak też się okazało, choć nie było perfekcyjnie, szczególnie, że byłam na studiach dziennych i jednocześnie pracowałam i utrzymywałam się samodzielnie. Poznałam język słowacki, liznęłam serbski, wiem jak wygląda staro-cerkiewno-słowiański i jak to się stało, że Słowianie są sobie tak bliscy a zarazem tak dalecy oraz dlaczego mój język wygląda tak a nie inaczej itd. Na studiach trafiłam do grupy z wiodącym językiem słowackim. Gdybym teraz miała wybrać któryś ze słowiańskich języków, to zdecydowanie byłby to język południowy, bułgarski, czy macedoński.

Nim pierwszy raz wybrałam się na Bałkany słyszałam opowieści Zoś o ludziach, których tam poznały i którzy okazali się niesamowicie przyjaźni, zaś później podczas moich wakacjis miałam okazję poznać ich osobiście, tak samo jak reszta naszej ekipy. I tak utrzymujemy z nimi kontakt i mamy na miejscu wsparcie w wielu kwestiach. W tym roku prawdopodobnie również się zobaczymy.

Swoją pierwszą podróż na Bałkany odbyłam z moim ówczesnym chłopakiem. Ruszyliśmy stopem z południa Polski, kolejno przemierzając kilka państw, mając za cel właśnie Ochryd, w którym czekały Zosia i Laura. Po ponad tygodniu podróży przywitały nas w centrum miasta, usiedliśmy na ławce i po paru minutach podjechał na rowerze starszy pan wykrzykując „Sofia my friend” itp. Był to Ricky, którego Zosia poznała rok wcześniej i tego roku również nam towarzyszył. Ricky zajmuje się przewożeniem turystów po jeziorze – taxi boat. Szczególnie polubił Zośkę i całą ekipę i codziennie odwiedzał nas na naszej plażyczce, przywożąc z targu warzywa na ognisko, czy przepyszne wino w kartonie. Niesamowicie barwna postać, dobrze znana lokalnym – prawie wszyscy pozdrawiali go na ulicy, zwracając się do niego po imieniu. Tego pierwszego dnia przewiózł nas na wspomnianą plażyczkę, do której dostęp był właśnie po przepłynięciu od portu lub po zejściu ze stromego wzgórza. Wyjście do miasta z plaży, bez łódki Rickiego, to był zawsze wyczyn, ale warto było wyjść od czasu do czasu chociażby na zawsze tanie i przyjemne zakupy na miejscowym targu. Mnóstwo przepysznych warzyw, przypraw, ryb. Żadna papryka w Polsce nie smakowała tak dobrze jak ta cowieczorna z ogniska, zawinięta z cebulą w folię aluminiową…

Najbardziej lubię podróżować w grupie, ale też dobrze wspominam swój samotny wypad na rowerze na Słowację. Udało mi się to w trakcie studiów. Plan był taki, że jedziemy w trojkę, ale dwóch kolegów wykruszyło się w ostatniej chwili. Byłam już tak nakręcona, że pojechałam sama. Przejechałam Słowację z góry na dół w kilka dni. Zupełnie inaczej podróżuje się samotnie. Poznaje się zdecydowanie więcej ludzi i nie ograniczają cię potrzeby towarzysza. Jednak momentami jest smutno i zdecydowanie wolę podróżować w towarzystwie, ale myślę, że jeszcze kiedyś wybiorę się zupełnie sama na kilkudniowy wypadzik, mam nadzieję – na rowerze.

W tym roku jedziemy sporą ekipą i zatrzymujemy się w Trpejcy – mniejszym miasteczku nad Ochrydem, gdzie również spędziłam tydzień ostatnim razem. Ja ruszam samochodem z moim chłopakiem, Maćkiem i prawdopodobnie dwoma kolegami i co najfajniejsze z naszym pieskiem – owczarkowatą sunią, Bryzą, którą w czerwcu wzięliśmy ze schroniska. Na miejscu spotykamy się z Zosią, Jankiem, ich dziesięciomiesięcznym Kajtkiem i jeszcze z zaprzyjaźnioną parą – Laurą i Gabrielem. Być może jeszcze kilkoro znajomych się zdecyduje. Co zamierzam tam robić? Przede wszystkim odpoczywać i czerpać siły na jesienny powrót. Taki reset przed powrotem do rzeczywistości – to po prostu daje mnóstwo siły. W moim idealnym świecie taki wyjazd byłby obowiązkowy raz w roku – ludzie mniej by się spinali. Myślę też o wyjechaniu z Polski na stałe i jest to na dzień dzisiejszy nasze wspólne marzenie, które na początku wydawało mi się mało realne, ale co raz częściej każde z nas o tym wspomina i co raz częściej myślę, że niebawem się uda.

Kasia Polak

(25 lat)

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj