W życiu nie ma przypadków

2156

Tamta kobieta ma dłonie łagodne
Blade paznokcie
Kroi chleb

A ja mam szpony czerwone od krwi
I usta głodne
Twojej silnej szyi

Tamta kobieta rozpina na sznurach
Sprane dowody
Misjonarskich nocy

A ja mam sznury włosów rozsypane
I pętam nimi
Moje nagie uda

Tamta kobieta gładzi twoje skronie
Przynosi rano
Filiżankę kawy

A ja po sen się w wino zanurzam
Byle nie czekać
Na niedoczekane

Obie stoimy nocą w ślepych oknach
Tej samej gwiazdy szukając
Czy Boga
Z niemą wdzięcznością i z głuchą rozpaczą
Jedną modlitwę szeptamy
Kocham

z tomiku Przez przypadki, Wydawnictwo „Śląsk” 2010

 

Idzie przez świat, patrząc gdzie otwierają się kolejne drzwi…

 

 

Wywiad z Aleksandrą Gajewską, aktorką, poetką, działaczką społeczną, politykiem, samorządowcem, MATKĄ – kobietą szczęśliwą, która pozwala sobie na smutek, kiedy ma taki nastrój.

 

Jak Pani godzi te wszystkie role? Nie ma nawet tylu kategorii w konkursie: Kobieta Charyzmatyczna, do którego została pani nominowana.

Bardzo łatwo jest pogodzić różne zadania, pod warunkiem, że wszystkie sprawiają nam przyjemność.

 

I Pani się to udaje?

Wychodzę z założenia, że chcę robić tylko to, co sprawia mi radość. Oczywiście zdarza się, że jestem zmęczona, ale każda z tych rzeczy daje mi po prostu niesamowitą frajdę. Może dlatego udaje się to wszystko pogodzić.

A jak wpłynęło na Panią i Pani rozwój zawodowy urodzenie dziecka?

Na chwilę rzeczywiście przyhamowałam, bo zostałam z moją córką prawie trzy lata w domu. Oczywiście, grałam wtedy spektakle, ale nie zajmowałam się właściwie niczym innym. Nie wchodziłam w żadne nowe premiery, nie zaczynałam żadnych nowych projektów. Całkowicie poświęciłam jej te pierwsze trzy lata życia. Ale to też pozwoliło mi spojrzeć na siebie inaczej; zobaczyć i poczuć odpowiedzialność za to, co jest w życiu ważne. Także to, że muszę dbać o siebie, o swoje zdrowie – po prostu być dobrą matką dla córki, bo od momentu, kiedy urodziłam dziecko, nie byłam już odpowiedzialna tylko za siebie, ale też za tę drugą istotę. A im ona jest starsza, tym bardziej czuję, że nie tylko mam obowiązek się nią opiekować, ale to zadanie staje się dla mnie wielkim zaszczytem i muszę być dla niej autorytetem. Julia ma już prawie 14 lat, więc kiedy patrzy na mnie, czuję, że szuka we mnie wzorca, przykładu. A ja nie mam nic przeciwko temu. Wychowanie córki jest moją najważniejszą rolą w życiu! Ma absolutny priorytet przed wszystkim.

A co lubicie robić razem?

BYĆ, po prostu być, rozmawiać. Jest trochę buntownikiem, jak każda 14-latka.

A Pani taka nie była?

Byłam, oj byłam. Nosiłam czerwone włosy, skórzaną kurtkę z „Anarchią” na plecach i glany. Jak mi się to znudziło, to stałam się hipiską. Zawsze musiałam być oryginałem! To były takie zewnętrzne objawy buntu, bo paradoksalnie pozostałam przy tym wszystkim grzeczną dziewczyną (śmiech). Nigdy nie było ze mną problemu, jeśli chodzi o alkohol, narkotyki czy ucieczki z domu. To nigdy się nie działo. Natomiast do tego stopnia zawsze lubiłam płynąć pod prąd, że kiedy nie trzeba już było chodzić do szkoły w fartuszku i każdy mógł się ubierać dowolnie, to ja go zakładałam i na dodatek przyszyłam na rękaw szkolną tarczę

Czyli taka przekora?

Tak. Robiłam takie numery i to całkowicie świadomie.

A córka jakie ma pasje? Co lubi robić?

Ona lubi rysować. I rzeczywiście ma do tego niezwykły talent. Mogę ją też pochwalić za znakomite ucho muzyczne, ale Julka nie chce się rozwijać w tym kierunku, chociaż często sobie podśpiewuje i robi to przepięknie. Ma też zdolności językowe. Myślałam, że to ja mam talent do języków, ale ona już mnie przeskoczyła dawno temu.

A ile Pani zna języków?

Komunikuję się w miarę w językach, które są oparte na łacinie: hiszpańskim, włoskim, francuskim, ale najlepiej mówię po angielsku. Nie chodziłam na korepetycje, ale zakochałam się, bezgranicznie, w dwóch zespołach, czyli w Pink Floyd i Marillion. I tak strasznie chciałam wiedzieć o czym oni śpiewają. Więc ze słownikiem tłumaczyłam teksty, bo przecież wtedy nie było żadnego Internetu, elektronicznych tłumaczy. Uczyłam się tych idiomów, próbowałam rozgryźć dlaczego tak, bo przecież to poezja jest w końcu. No i moje dziecko ma bardzo podobnie, mianowicie odmówiła jakichkolwiek dodatkowych lekcji angielskiego. Ogląda natomiast jakieś tutoriale, filmy po angielsku, programy, oczywiście trochę mnie to boli, że nie jest to Pink Floyd tylko One Direction, ale co tam. W każdym razie znalazła tę samą metodą, czyli tak bardzo chciała wiedzieć, co jest w środku, w tych słowach, w sensie tych piosenek, że się „przekopała” przez te teksty. Mówi znakomicie po angielsku jak na swój wiek.

Podróżujecie razem?

Podróżujemy. Miałam to szczęście, że w mojej pracy mogłam pozwolić sobie na to, żeby czasem zabrać ze sobą moje dziecko w podróż, w różne miejsca. To była dla mnie ogromna radość. Podzielenie się z moją córką tymi miejscami i swoją pracą po prostu.

Wiadomo, że zdolna aktorka może wiele, ale była pani wicemarszałkiem województwa śląskiego. Jak można pogodzić tak różne role?

Nie odczuwałam szczególnej trudności. Odpowiedzialność tak. Przyznaję, że być dobrym samorządowcem, to jest jednak ogromne wyzwanie i odpowiedzialność w podejmowaniu decyzji. Ważna jest umiejętność zarządzania ludźmi. To nie jest tylko funkcja reprezentacyjna. To przede wszystkim bardzo ciężka praca. Musiałam się do niej solidnie przygotować.

Jest Pani także magistrem ekonomii?

Tak, ukończyłam Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach. Praca w samorządzie to ogromne obszary podejmowania decyzji i wiem, że bez odpowiedniej wiedzy byłoby to ryzykowne, choćby dlatego, że dotyczą finansów, polityki, strategii itp. Natomiast ja wychodzę z takiego założenia, że najlepszą cechą nie tylko samorządowca, ale i każdego szefa jest umiejętność dobrania sobie współpracowników; zaangażowanych i kompetentnych. Ważna jest tu też umiejętność ich słuchania, bo nikt z nas nie jest omnibusem. Bo nie jest możliwe, żeby jeden człowiek np. prezydent miasta znał się dosłownie na wszystkim; na szpitalach, na instytucjach kultury, na drogach, na sprawach społecznych, itd. Miałam to szczęście, że trafiłam na znakomitych współpracowników w Urzędzie Marszałkowskim. Znakomicie przygotowanych. Bardzo miło wspominam tę pracę. Zresztą z niektórymi przyjaźnimy się do dzisiaj, więc to jest właśnie piękne, mimo tego, że nie jest to już relacja służbowa, to jesteśmy w bardzo dobrych stosunkach. A z niektórymi jesteśmy przyjaciółmi.

Proszę mi powiedzieć o rolach aktorskich, która z nich była największym wyzwaniem? I która z nich okazała się taką charyzmatyczną?

 To jest zawsze bardzo trudne pytanie. Dlatego, że często te role, które przez publiczność są odbierane jako spektakularne lub jako „duże”, dla nas aktorów wcale nie są aż takim wyzwaniem. Zdarza się też, że rólka niewielka – jest właśnie tym, co nas gdzieś w środku zmienia. Każda rola zmienia aktora, zostaje gdzieś w środku, bo praca ta ma to w sobie wspaniałego, że za każdym razem zaczynamy od nowa. Tu się nie da iść dalej, oczywiście warsztat się rozwija. Natomiast emocjonalnie czy w budowaniu postaci, zaczynamy zawsze od zera. Jak to mówi jeden z moich kolegów ze sceny – dostajemy białą kartkę, długopis i zaczynamy pisać list. Tak się tworzy przedstawienie.

Jak się przygotowuje do takiej roli?

To zależy. Zazwyczaj jest to parę miesięcy noszenia w sobie postaci. Niezwykle ceniłam sobie współpracę, niestety z już nieżyjącym wielkim człowiekiem polskiego teatru, Józefem Szajną. Tutaj w Teatrze Rozrywki w 1995 roku zagrałam w jego autorskim spektaklu – „Ślady” – co było czymś zupełnie innym niż to co robiłam wcześniej, czyli występowaniem w musicalach. To rzeczywiście okazało się wyzwaniem i coś takiego zostaje z aktorem do końca życia. Współpraca z taką postacią jak Józef Szajna. Oczywiście wspaniale i cudownie wspominam musicale. To 12 lat mojego życia, ale taką ostatnią rolą, z którą jestem kojarzona i to mnie niezmiernie cieszy (śmiech), to jest właśnie rola Antoniny w „Związku otwartym”, w którym gram w Teatrze Nowym w Zabrzu. Zresztą wiele osób spotykających mnie na ulicy mówi do mnie per Antonina. I tak zostało, że ja to Antonina, a Antonina to ja. Znakomicie mi się gra ze Zbyszkiem Stryjem. Myślę, że to jest duet, o którym każdy marzy. Jest między nami taka niesamowita chemia aktorska. Z wielką przyjemnością to gramy, nie jesteśmy tym zmęczeni. Pozwalamy sobie na różnego rodzaju żartobliwe uwagi albo aluzje osobiste. Rzeczywiście, kiedy robiliśmy to przedstawienie, spotkało się z bardzo dużym zainteresowaniem. Nie tylko ze względów artystycznych, ale również dlatego, że na scenie spotkała się wicemarszałek z jednego ugrupowania z radnym z ugrupowania opozycyjnego. Okazało się, że nie tylko potrafimy się dogadać, że bardzo się lubimy, ale też potrafimy troszeczkę z tego żartować, nie obrażając przy tym nikogo.

A skąd pomysł na PO? Dlaczego ta partia i jak długo już Pani w niej działa?

Jestem członkiem Platformy Obywatelskiej od 9 lat. W moim życiu wiele rzeczy dzieje się „przypadkiem”, ale coś jakby odpowiadało na moją potrzebę. Julka miała chyba cztery lata, kiedy zaczęłam się zastanawiać czy też rozmawiać z ludźmi o tym, co się w ogóle dzieje w kraju, jak możemy na to wpłynąć. I ktoś mi powiedział – „ty właściwie powinnaś się zająć polityką”. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam, ale wtedy zdecydowałam, że chciałabym zobaczyć, jak to wygląda od środka; co rzeczywiście można zrobić z poziomu Rady Miasta czy partii politycznej. Zaczęłam się rozglądać po scenie politycznej. Od zawsze byłam liberałem. Nie lubię skrajności. Zawsze mówię, ze boję się fanatyków niezależnie od tego, z której stron ten fanatyzm nadchodzi. Poszłam na spotkanie Platformy Obywatelskiej tutaj w Chorzowie. No i jak poszłam, tak zostałam. Po dwóch latach działalności w ugrupowaniu zostałam radną województwa. Jak miałam zajmować się jakąś uchwałą, to przebijałam się przez ustawy, akty prawne, przez całą historię tego zdarzenia, nad którym mieliśmy głosować. Więc trochę mi to zajęło. To przygotowanie ekonomiczne bardzo pomogło, bo jest bliskie finansom i strategii, ocenie ryzyka itd.

Założy Pani własny teatr?

Nie myślałam o własnym teatrze. Nie mam takiej potrzeby. Natomiast działam w fundacji – jestem wiceprezesem Fundacji Jazdaa Polska! – na rzecz wspierania młodych twórców. Między innymi zajmujemy się produkcją spektakli, akcjami społecznymi i edukacyjnymi w teatrze, głównie w zakresie Teatru Tańca.

Skąd pomysł na taką działalność?

Jak zwykle z przypadku, czyli z mojej pracy z wspaniałymi artystami, aktorami i tancerzami absolwentami Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu. Szukaliśmy dróg, rozwiązań, zasobów. Chcemy wspierać nowych twórców, prowadzimy również zajęcia z bardzo młodymi talentami, nawet dziećmi w Sosnowcu, a już wkrótce również w Chorzowie. Przygotowujemy się do bardzo innowacyjnego projektu, znanego już w świecie. To spektakle Teatru Tańca, w których tańczą osoby od urodzenia niewidome. Fantastyczne wydarzenie.

Kiedy Państwo planują, że odbędzie się to przedstawienie?

W maju lub czerwcu tego roku. W marcu rozpoczynamy warsztaty. Zajmuję się działalnością społeczną od dłuższego czasu i myślę, że to jest coś, co znowu sprawia mi ogromną radość. Nigdy nie rozpatrywałam tego pod kątem, że to ja poświęcam czemuś czas. Mówię nawet, że to moje beneficjentki poświęcają czas mnie, bo ja nie wiem, która strona więcej z tego czerpie. Bardzo to lubię i kontakt z tymi osobami niesamowicie wiele mi daje. Jestem wolontariuszką od wielu lat w Stowarzyszeniu Dress for Success, w którym wspieramy kobiety na rynku pracy, które sobie nie radzą, z różnych powodów.

W jaki sposób?

My pomagamy troszeczkę inaczej. „Dress for success” jest organizacją, która przywędrowała do nas z Stanów Zjednoczonych, organizacją, w której jedne kobiety działają na rzecz innych kobiet. Więc my nasze beneficjentki uczymy tego jak nabrać pewności siebie – jak się ubrać, jak pomalować, uczesać, jak prowadzić rozmowę, jak podać rękę, jak napisać CV. To są często dziewczyny bardzo wykształcone, a mimo to, nie radzą sobie, ponieważ mają bardzo niskie poczucie własnej wartości. Zdarza się, że pochodzą z rodzin patologicznych, często doświadczały przemocy, są po poprawczakach. Prowadzę z nimi zajęcia, które nazywam „zajęciami z wystąpień publicznych”, tak naprawdę to są zajęcia poświęcone temu, by one poczuły się fajnymi,odważnymi, mądrymi i wartościowymi kobietami. W „Dress for success” robimy dużo projektów charytatywnych i społecznych, filantropijnych. Pracujemy wszystkie całkowicie za darmo. Natomiast musimy utrzymać biuro, wyposażyć dziewczyny. Na szczęście mamy wielu sponsorów. Naszą ambasadorką w Polsce jest Jolanta Kwaśniewska i ona wspiera na co dzień. Także inne kobiety biznesu, często celebrytki, dlatego, że nic tak dobrze nie wpływa na nasze beneficjentki jak przykład: „Jeśli ona mogła, to ja też mogę.” Ja również lubię rozmawiać z dziewczynami o sobie. Nic tak nie działa na dziewczyny jak to, że opowiadam w jakiej rodzinie się wychowałam, że nikt mi nie dał żadnego bonusu, że nic nie dostałam za darmo.

Dlaczego podjęła Pani decyzję o aktorstwie?

Zacznę od tego, że tak się złożyło, że wychowała mnie moja babcia, która jest niesamowitą osobą. Ma w tej chwili 91 lat. Kocham ją nad życie i dziękuję jej za wszystko, co dla mnie zrobiła i właśnie ona sprawiła, że pokochałam literaturę. Zawsze szukałam czegoś, co będzie sprawiało mi absolutną przyjemność i taką niesamowitą frajdę. Niezależnie od tego czy to będzie opłacalne, czy nie. Tak naprawdę decyzję o wejściu na scenę podjęłam bardzo późno jak na aktorów, bo to było właściwie tuż przed maturą. Wcześniej chciałam zostać archeologiem, matematykiem lub fizykiem i w ogóle miałam różne dziwne pomysły na życie. Ale w pewnym momencie poczułam że teatr to jest moje miejsce. Zaczynałam w 1990 roku. Udało mi się dostać jako statystka do jednego z spektakli. I wsiąkłam tutaj na te dwadzieścia kilka lat. My aktorzy często wybieramy ten zawód i to jest prawda, choć nikt nam nie chce wierzyć, jako terapię na naszą nieśmiałość. Ja byłam osobą wręcz chorobliwie nieśmiałą, bojącą się odezwać. Kiedy wychodzi się na scenę trzeba po prostu się otworzyć. I ja tak samo radzę dziewczynom z „Dress for success”, że jeśli czegoś się boją, niech to zagrają. Bo kiedy ja wychodzę na scenę to nie jestem Olą Gajewską – mogę być kim chcę i robić co chcę. Krzyczeć, płakać, być brzydka, ładna. To nie jestem ja – to jest postać. Mogę się schować za każdą postacią. To nas w pewien sposób uczy przełamywania nieśmiałości i przenosi się na nasze życie. Nie wiem, w jakim momencie przeniosło się to na moje życie, bo to się nie dzieję z dnia na dzień.

Jak długo wychowywała Panią babcia?

Osiemnaście lat – dopóki się nie wyprowadziłam, wyjechałam wtedy na studia do Krakowa.

Miała Pani kontakt z rodzicami?

Z mamą tak. Z tatą nie. Moja babcia urodziła się we Francji. Przeprowadziła się do Polski ze swoim mężem, który miał polskie korzenie w 1948 roku, nie znając ani słowa po polsku.

To musi pani świetnie znać ten język!

No właśnie, nie bardzo. Babcia mówiła do mnie w swoim ojczystym języku, jak byłam mała, później już nie. Dzisiaj jest tak, że ja rozumiem ten język, ale mam problem z tworzeniem zdań. Dogadam się oczywiście, ale nie tak płynnie, jak bym tego chciała. Moja babcia uważała na to, co mi czytała. Bardzo starannie wybierała mi literaturę. To ona mnie nauczyła kochać książki. Ona mnie wspierała, kiedy pisałam swoje pierwsze wierszyki. Dumna jest i do dziś je wszystkie trzyma. Jako nastolatka pisałam wiersze do szuflady, bo nie odważyłam się ich pokazać, opublikować. Ale tak na poważnie zaczęłam się tym zajmować, kiedy Julka miała około 3 lat. Czytałam jej różne książki, potem zaczęłam jej opowiadać wymyślone przeze mnie historie, bo ona nie chciała słuchać wciąż tych samych bajek. Zapominałam, co jej opowiadałam, więc zaczęłam to spisywać. No i w końcu zostałam namówiona, żeby to gdzieś wysłać i zobaczyć czy się to spodoba komuś innemu niż mojemu dziecku, co też zrobiłam.

Spodobały się?

Okazało się, że tak (śmiech). Pisałam przez dwa lata do dwutygodnika „Miś”. To były wiersze i opowiadania, bajeczki itd. Niesamowitą radość mi to sprawiało. Od jakiegoś czasu już się tym nie zajmuję. W sumie nie wiem dlaczego. Pewnie po prostu dlatego, że zajęłam się czymś innym i gdzieś mi to umknęło. Wtedy po raz pierwszy odważyłam się wyciągnąć te wiersze z szuflady, coś tam dopisać i zanieść je do Wydawnictwa „Śląsk”. Pamiętam, że położyłam to na biurko redaktorowi Siernemu i uciekłam, żeby nie słuchać, co powie kiedy to przeczyta. (śmiech) Daleko nie uciekłam, bo wkrótce do mnie zadzwonił i powiedział: „Dobrze, to kiedy to wydajemy?”. Była to dla mnie ogromna radość. Czułam się wtedy jakbym drugie dziecko urodziła, bo tak trochę było, kiedy wydaję się taką osobistą książkę jak poezję. Był to dla mnie bardzo ważny etap w życiu. Ja się nie wstydzę wrażliwości. Uważam, że jestem normalną kobietą i mam taką, a nie inną wrażliwość. Czym innym jest wrażliwość, a czym innym – ‘foszastość’ (od focha). Bo to są dwie zupełnie inne rzeczy.

Jest Pani jeszcze rzecznikiem Funduszu Górnośląskiego?

Tak. To jest taka forma pracy pomiędzy aktorstwem a działalnością samorządową, troszeczkę publicystyczna, troszeczkę dziennikarska.

To pewnie spełnianie tych wszystkich ról, sprawia, że czuje się Pani kobietą spełnioną i pewną siebie, prawda?

Sądzę, że kobieta czuję się pewna siebie, kiedy czuję się szczęśliwa. Brałam udział w dużej ilości konferencji na temat zatrudniania kobiet, ich aktywizacji itd. i powtarzałam wtedy coś, co może wydać się zadziwiające, mianowicie mówiłam – nie zmuszajmy kobiet, żeby poszły do pracy, albo żeby rozwijały się zawodowo i osiągały sukcesy zawodowe jeżeli one tego same nie chcą. Nie możemy mówić – jesteście gorsze, bo jesteście kurami domowymi – bo to nie jest prawda. Kobiety muszą wiedzieć, że mają prawo to robić, bo ich prawa są równe mężczyźnie. Jeżeli jednak nie chcą studiować i robić kariery, to ja nie mam prawa pokiwać im palcem i powiedzieć – jesteście gorsze. Bo one na pewno realizują się w czymś innym. Może chcą uprawiać ogród, wychowywać dzieci, być żonami swoich mężów – mają do tego prawo. Tak jak powiedziałam, jestem liberałem, nie tylko politycznym. Uważam, że człowiek ma prawo żyć tak, jak mu się podoba. I wtedy sam ponosi konsekwencje własnych wyborów. Zawsze powtarzam, że granicą wolności każdego człowieka jest wolność drugiego człowieka. Dopóki jej nie naruszamy, mamy prawo żyć, myśleć, ubierać się, słuchać muzyki, nie wiem – robić co się nam żywnie podoba.

Rozmawiałyśmy o wyzwaniach na scenie, a w życiu?

Wychować dobrze moją córkę – to jest największe wyzwanie. Wyposażyć ją we wszystko w co mogę, wyposażyć na życie. I nie mam tu na myśli żadnych rzeczy materialnych, absolutnie, tylko umiejętność poradzenia sobie w życiu. My nie wychowujemy dzieci dla siebie, tylko dla świata. Osobiście marzę o własnym ogródku. W tym ogrodzie chcę mieć domek oczywiście. Wszyscy pukają się w głowę, że ta, która jest sama i wychowuje dziecko i ma tyle pracy itd. zabrała się jeszcze za to, żeby zbudować sobie dom. Natomiast ja się uparłam i dom będzie, a ja będę sadzić wokół niego swoje rośliny. Jak dobrze pójdzie to jeszcze tego lata. Może się uda już przeprowadzić w sierpniu.

Czyli dom już stoi?

Stoi na razie parter. Ja lubię moje życie, cieszy mnie. Oczywiście nie zawsze tak było. Bo każda kobieta przechodzi przez różne etapy w życiu. I czasem te etapy są bardzo trudne. Ja przez taki etap przeszłam. Ale teraz rano się budzę i po prostu się cieszę.

A jak przychodzi smutek, to co wtedy?

Ja sobie pozwalam na smutek. Mówię do siebie – masz dzisiaj taki dzień, jesteś smutna, to bądź smutna. My kobiety, które dążymy do tego, czego chcemy, rozwijamy się, odebrałyśmy sobie trochę prawo do bycia słabą. Do tego, że można mieć gorszy dzień. My się często zmuszamy: muszę wstać i muszę walczyć. To niestety nie za dobrze działa i wiem to z autopsji i obserwacji moich koleżanek. Natomiast pozwolenie sobie na słabszy dzień jest przydatne, wolno mi. Nie jestem cyborgiem. Nie jestem robotem, mam prawo być słaba.

A plany zawodowe?

Ja nigdy nie planuję. Chłonę życie.

To dlaczego Pani nie wierzy w przypadki?

W życiu nie ma przypadku, wszystko dzieje się po coś. Nawet mój tomik poezji nazywa się przekornie Przez przypadki i w dedykacjach dla wielu osób pisałam, że nie ma przypadków. Uważam, że wszystko dzieje się po coś. Nie potrafię się skupić tylko na celu. Wiem dokąd chcę pójść, co chciałabym robi i co sprawia mi radość. Natomiast się na tym nie skupiam. Tyle różnych rzeczy w życiu robiłam, bo chcę zobaczyć czy mi się to spodoba. Dlaczego mam tego nie spróbować? I tak samo idę przez świat, patrząc gdzie otwierają się kolejne drzwi…

Beata Sekuła

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here