Z tęsknoty za życiem.

1768

Magia i tajemnica życia

 

Grażyna Bednarek (38 lat) była dziennikarką, teraz jest coachem. Uważa, że kiedyś  jedynie obserwowała i wysłuchiwała historii z życia innych, a obecnie tworzy swoje własne… . Jej uczucia były „zamrożone”, nie potrafiła ich wyrażać – nauczyła się tego na nowo. Wyjechała ze Śląska na Podlasie, żeby zamieszkać w puszczy, opiekować się końmi, zaczęła malować obrazy i tkać, nie tylko na krosnach, ale i nowe życie…

 

Dlaczego zdecydowałaś się zostać coach’em? Byłaś wcześniej dziennikarką, to chyba też interesujący zawód?

– Z tęsknoty za życiem. Moim, jedynym i niepowtarzalnym. Kiedy byłam dziennikarką doświadczałam życia przez filtr cudzych doświadczeń. Robiąc o kimś film, pisząc reportaż czy wywiad byłam jedynie obserwatorem-słuchaczem. Opisywałam przez pryzmat wspomnień drugiego człowieka wyprawę w Himalaje, debiut aktorski czy nieprzespaną noc w lesie, by usłyszeć wycie wilków. I przyszedł wrzesień, a byłam wówczas na urlopie nad morzem, kiedy zadałam sobie kilka pytań – czemu właściwie nie ja doświadczam tego wszystkiego, czemu żyje cudzym życiem? Jakie będą moje wspomnienia, o czym będę opowiadać? Poczułam w sobie bunt. Wróciłam z urlopu i złożyłam wypowiedzenie. Po prawie dziesięciu latach pracy w tym zawodzie. I nie żałuję. To była dobra decyzja. A życie jest magią i tajemnicą – gdy zamykają się jedne drzwi, otwierają się drugie. Wystarczy być uważnym. Nim jeszcze odeszłam z redakcji, usłyszałam o katowickiej Szkole Trenerów Meritum. Zapisałam się. I tu otworzyły mi się oczy, bo po raz pierwszy ktoś mnie zapytał – „Co czujesz?” Nie, „jak się czujesz”, tylko, „co czujesz, nazwij emocje”. To było niezwykłe doświadczenie, jakbym odkryła w sobie nieznany dotąd ląd i klucz do poznania siebie.

To znaczy?

Do tej pory nie byłam świadoma siebie, czego od życia chcę, ani tego, co czuję. Nie miałam kontaktu ze złością, ani nie potrafiłam jej wyrazić. Czułam się jak „zamrożona”. A niewyrażoną złość zastąpiłam smutkiem. Emocjonalny tort. Tyle, że niestrawny. Szkoła trenerów zaczynała się treningiem interpersonalnym. Dla zainteresowanych polecam książkę pod redakcją Krzysztofa Jedlińskiego „Trening interpersonalny”. Początek był dla mnie koszmarem. Jednak po kilku spotkaniach wydarzył się cud – coś we mnie pękło i wrzasnęłam. W tym krzyku, oprócz lęku, była siła i moc. Odzyskałam prawo do stawiania granic. To był dzień śmierci i narodzin, wewnętrznej transformacji. Odeszła „grzeczna” dziewczynka, co zawsze jest miła, uprzejma, każdemu pozwoli wejść sobie na głowę. A to miejsce powoli zaczęła wypełniać nieznana mi dotąd siła, jak ją pięknie nazwała w swojej książce Clarissa Pinkola Estes ”Biegnąca z wilkami”- Dzika Kobieta, ta która żyje w zgodzie ze sobą, z naturą.

Poszłaś za wewnętrznym głosem Dzikiej Kobiety?

Nie, nie od razu. Bałam się. Do czasu, gdy wyjechałam ze Śląska na Podlasie. Mieszkałam w sercu dzikiej puszczy. Tam m. in. opiekowałam się końmi. Od nich, nie od ludzi, wiecznie coś robiących, zabieganych, narzekających, uczyłam się, co to znaczy po prostu być. Tu i teraz. Wśród koni kabardyńskich, tak nazywa się ta rasa, była klacz Czenge. Był chłodny, jesienny poranek. Poszłam do koni nalać wody, posprzątać. Chciałam zrobić to szybko, wrócić do domu, zamknąć się w nim i przy okazji w sobie. Ogarnął mnie smutek. Wzięłam łopatę i zabrałam się do pracy. Konie pobiegły na łąkę. Została tylko Czenge i bacznie mi się przyglądała. Im dłużej to robiła, tym bardziej mnie to złościło. Podeszłam do niej i powiedziałam, by sobie poszła, bo chce być sama. Nawet nie drgnęła. Jednym ruchem łba wytraciła mi łopatę z ręki (do tego momentu trzymałam ja przed sobą, opartą o ziemię, jak tarczę). Stanęłam przed nią, rozłożyłam ręce i spytałam – czego chcesz ode mnie? Ona milczała, za to ja rozpłakałam się jak bezbronne dziecko. Podeszła do mnie, położyła łeb na moim ramieniu, jakby chciała powiedzieć – przytul się. Pozwól sobie na to. I stałyśmy tak, we dwie. Blisko siebie. Kiedy otarłam łzy, Czenge na mnie popatrzyła, odwróciła się i pobiegła do reszty stada. Ona szczęśliwa, a ja z ulgą na sercu. Konie, symbol dzikości i wolności, szamańskich podróży, zmieniły moje widzenie siebie i świata. Podobnie jak książka „Lekcje, których udzielił mi koń” Marka Rashid’a.

Puszcza, konie. Czy może być więcej „dzikości”?

Może! Na biebrzańskich bagnach, Carskiej Drodze. W nocy, przy blasku księżyca. By posłuchać kroczących w wodzie łosi, wycia wilków, a gdy one milkły, wyłyśmy my – czyli ja i moje nadbiebrzańskie przyjaciółki Małgosia i Agnieszka. W myśl wspomnianej Estes: ”Kto nie potrafi wyć, ten nigdy nie znajdzie swojego stada”. Tam też nauczyłam się tkać. Urzekła mnie magia krosna, metafora osnowy i wątku, moc bidła i radość utkanego dywanu. Wiesz, że w październiku obchodzimy dzień tkaczki? To też miesiąc Matki Klanowej dziesiątego cyklu księżycowego. Nazywana jest Tkającą Wątki: ”Nici życia Babiego Lata mnie trzymaj

Usadowiona między Ziemią i Niebem

Tkając wątki,śniąc sny,

Przez te dwa światy będę fruwać”. To cytat z książki Jamie Sams „13 Pierwotnych Matek Klanowych”.

Uważasz, że sami sobie tkamy nasze życie?

Tak. To od ciebie zależy, czy tkasz swoje życie z miłością, czy lękiem. Sieć utkana ze strachu będzie przyciągać lekcje, by go pokonać. Sieć utkana z miłości przyciąga radość i szczęście. Każde doświadczenie w życiu jest „po coś”, jest bezcenne. Kluczem do poznania są nasze emocje. Gdy czujesz lęk, zapytaj siebie, czego się boisz. Uwolnij się od niego, a zobaczysz, że pod nim tkwi przekonanie, które generuje tę emocję. I jednocześnie pokazuje ograniczenia. Przykład? Spotkałam się z wieloma osobami, które ciągle martwiły się o pieniądze, narzekały na ich brak. Po dłuższej rozmowie okazywało się, że wcale nie tu tkwił problem. Mamy dwie ręce – jedna bierze, druga daje. A co jeśli problem jest w braniu? Okazywało się, że z lęku, poczucia winy, wstydu tego nie robiły. To je blokowało. Albo brały tyle, żeby przeżyć, ale nie tyle, by żyć. O tym można też przeczytać w książce „Kod uzdrawiania” autorów L.Alexander, J.Ben czy „Matryca Energetyczna” R. Bartletta. Zawarte w nich metody pomogły mi zrozumieć siebie, moje reakcje. A przede wszystkim nauczyć się wybaczać, sobie i innym, kochać i akceptować siebie. Taką jaką jestem. „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego”- powiedział Jezus. Kochasz siebie?

A oprócz tych metod, co tobie pomogło?

Malowanie. Będąc dzieckiem kochałam malować. Malowałam czym się da, np. pastą do zębów i gdzie się da – na ścianie też. A potem rzuciłam to wszystko w kąt… . Tak mijały lata. Aż pewnej nocy miałam sen. Przyleciały do mnie anioły, położyły przede mną pędzle, farby i powiedziały: ”maluj”. No i poszłam do sklepu plastycznego i namalowałam dwa, i aż dwa małe obrazki. Jeden przedstawiał kobietę okrytą czerwonym szalem, a drugi jesienne liście. I koniec. Warstwa kurzu przykryła pudełko z pędzlami… Potem wyjechałam na Podlasie. I przyszła jesień, dni krótkie, noce długie… Przeprosiłam się z farbami. Wyciągnęłam karton i rozpłakałam się.. Bałam się wziąć pędzel i cokolwiek namalować, nawet jedną kreskę, jedną plamkę. Dzień po dni uwalniałam się od tych lęków. Po tygodniu namalowałam drugi obraz. Tworzenie kojarzyło mi się z cierpieniem i karą. To był koszmar. Żal, ból, gniew, rozpacz i zwątpienie. Rozpaliłam ogień w kominku, wszystkie obrazy porąbałam i rytualnie spaliłam. Takie były początki. Teraz, z namalowanych obrazów, zostały mi dwa. Resztę rozdałam rodzinie, przyjaciołom, znajomym. W drodze do siebie i w malowaniu pomogła mi książka „Droga artysty” J. Cameron. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez malowania – czy się to komuś podoba czy nie, czy ktoś uzna, że mam talent, czy nie. To jest bez znaczenia. Ważne jest to, że robię to, co kocham, co mnie cieszy.

Pomagasz teraz ludziom jako trener, w jaki sposób?

Po Szkole Trenerów zrozumiałam jedno – mogę wspierać, pomagać innym dopiero wtedy, kiedy sama siebie uzdrowię. Zajęło mi to kilka lat. Przez ten cały czas wędrowałam – przez Śląsk, Afrykę, Podlasie, Węgry, aż znalazłam swoje miejsce na Ziemi – Góry Świętokrzyskie. Tam jest mój dom. Tam mam przyjaciół. I nie nazywam siebie trenerem, ani coachem. Dzielę się tym, co mi pomogło, metodami, które dla mnie okazały się skuteczne, moją wiedzą, mądrością, którą zdobyłam podczas tej podróży – bez kompasu i punktu odniesienia. W głąb siebie.

A jakie plany na przyszłość, marzenia?

Malować, tworzyć. Zacznę od domu – pomaluję sobie meble w kwiaty, a na drewnianej podłodze mandale i wydziergam sobie zasłonki. Zająć się arteterapią, rozpoczęłam studia podyplowe w tym kierunku. I jeszcze coś – wyprawa motocyklowa. Gdzieś w nieznane – z noclegiem w lesie, gwiazdami nad głową i ogniskiem na polanie.

 

Rozmawiała: Beata Sekuła

tesknota

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here