Śladami Czerwonych Khmerów

327
Piotr Ostaszewski w Kabodży
Piotr Ostaszewski w Kabodży

Samolot podchodzi do lądowania na Phnom Penh International Airport, jeszcze lekki skręt w lewo, rzut oka na spowite grą świateł miasto i dotykamy ziemi. Jestem w Kambodży. To moja pierwsza podróż do tego egzotycznego kraju, który był tematem mojej pracy magisterskiej. 30 lat temu wydawała mi się odległym światem położonym o tysiące lat świetlnych. Dzisiaj to 6 godzin lotu z Seulu południowokoreańskimi liniami Asiana Airlines.

Staram się porównać obecne miejsca z tymi, które znałem z gazet i filmów. Obecne lotnisko znajduje się dokładnie w miejscu starego Pochentong Airport, nad którym górowała słynna wieża kontrolna. W Kambodży obowiązują wizy wjazdowe, które wykupuje się na lotnisku. Jeszcze kilka formalności i jestem na zewnątrz. Grudzień to dobry miesiąc na podróże w tropiki. Temperatura 27 stopni o 1 w nocy. Za 5 dolarów wykupuję kartę SIM, by spokojnie przez kilka dni mieć kontakt ze światem i, jakże przydatną, nawigację.
Nocuję w Hotelu Sokha Phnom Penh, skąd mam piękny widok na Mekong i centrum stolicy. Za 100  dolarów otrzymuję pokój 100 mkw. z wyśmienitym śniadaniem. Noc mija szybko, rano przyjeżdża zamówiony kierowca terenowym Leksusem i w trasę.

Kambodża przed Czerwonymi Khmerami

Niegdyś francuski protektorat, Królestwo Kambodży odzyskało niepodległość w 1953 r. To niewielkie, ale dobrze prosperujące państwo żyło w cieniu rozgrywającej się za miedzą od początku lat sześćdziesiątych wojny w Wietnamie Południowym. W końcu w marcu 1970 r. kręgi wojskowe dokonały w Phnom Penh przewrotu, obalając księcia Sihanouka i wprowadzając w miejsce monarchii Republikę Khmerską. Na czele rządu stanął generał Lon Nol, o którym prasa zachodnia mogła napisać tylko tyle, że od przodu i tyłu czyta się go tak samo. Nowy system praktycznie od początku swego istnienia utonął w odmętach wojny domowej, dołączając tym samym do ogarniętych pożogą wojenną całych Indochin. W końcu w nocy z 16 na 17 kwietnia władzę w Phnom Penh przejęli ultraortodoksyjni komuniści znani pod nazwą Czerwonych Khmerów (Khmer Rouge). Był to wprawdzie koniec wojny domowej, ale początek prawdziwego horroru – horroru, jakiego chyba dotychczas nie widział świat.

Ideologia Czerwonych Khmerów

Pol Pot, Ieng Sary, Khieu Samphan, Son Sen, Nuon Chea – to tylko kilka złowieszczych nazwisk ludzi, którzy w myśl swojej obsesji ideologicznej wymordowali aż jedną trzecią własnego narodu. Kiedy 17 kwietnia 1975 r. obalali Republikę Khmerską liczba ludności Kambodży wynosiła mniej więcej 6 mln. W styczniu 1979 r., kiedy ostatecznie rozgromiła ich armia wietnamska, nie można było doliczyć się 2 mln ludzi. W ciągu niespełna 4 lat 2 mln wymordowanych i pochowanych na polach śmierci – niemych świadków masowych zbrodni ruchu komunistycznego!
Czego chcieli Czerwoni Khmerzy? Po części byli maoistami, marksistami, stalinistami, nacjonalistami i rasistami. Wszystko sprowadzało się do jednego celu – zerwać z zachodnim imperializmem, odtworzyć własną kulturę i stworzyć czysto komunistyczne społeczeństwo będące w stanie samodzielnie odbudować wielką Kambodżę.
W tym celu należało definitywnie zerwać z przeszłością, czyli wprowadzić rok zero, od którego będzie liczona nowa era szczęśliwości. Siedliskiem zepsucia były miasta – mieszczuch nosi w sobie ducha imperialistycznej zachodniej dekadencji, jest delikatny i zarazem podatny na zachodnie wpływy. Zatem… należy zniszczyć miasta. Dwumilionowe Phnom Penh w ciągu kilku dni zostało ewakuowane do kooperatyw na wsi, tam rozdzielono rodziny, każdy dostał przydział pracy przy wznoszeniu systemów irygacyjnych i tak miał nastąpić kambodżański wielki skok naprzód.
Wybijano wszystkich intelektualistów, lekarzy, profesorów, ludzi ze znajomością obcego języka, a okulary też stały się synonimem imperializmu. Bezklasowe społeczeństwo pozbawiono prawa do posiadania własności prywatnej, obowiązywał 14-godzinny dzień pracy na polach ryżowych, a następnie spotkania indoktrynacyjne. Ideologicznie podjęto walkę o trzykrotne zwiększenie produkcji ryżu, który miano wyeksportować, by sfinansować zakup nowoczesnej technologii, którą autarkicznie miano wdrażać przez wykształcone w kraju nowe kadry.
Rezultat – już po kilku miesiącach zapanował głód. Rządząca pod szyldem Organizacji Komunistyczna Partia Kampuczy, na czele której stanął towarzysz Pol Pot – główny ideolog i przywódca partii i państwa – stwierdziła, że był to sabotaż ze strony agentów, którzy przeniknęli do wnętrza partii i społeczeństwa. Stąd już był tylko krok do podjęcia decyzji o czystkach. Wróg klasowy czaił się wśród mieszczuchów, wróg państwowy w szeregach partii. Paranoja zaczęła zbierać żniwo.

Tuol Sleng i Chueng Ek

Phnom Penh jest zatłoczone, dużo tu luksusowych samochodów i skuterów, którymi łatwo przecisnąć się pomiędzy czekającymi w korku autami. Jadę do centrum miasta tuż pod pomnik upamiętniający niepodległość kraju, którą zdołał w 1953 r. wynegocjować książę (a właściwie król) Sihanouk. Po prawej stronie znajduje się Centrum Dokumentacji Zbrodni Czerwonych Khmerów. Prawdę mówiąc, chciałbym tu spędzić znacznie więcej czasu, niż tylko pół godziny. Niestety – paradoksalnie współczesna Kambodża słynie z niewyobrażalnych zbrodni dokonanych przez ten ortodoksyjny ruch komunistyczny.
Po krótkiej rozmowie z panem Yuk Chhangiem, dyrektorem Centrum, rozumiem, że jest to stygmat, którego trudno się pozbyć nawet po upływie kilku dekad. Prosto z Centrum udaję się do (niestety) słynnego więzienia-katowni zwanego Tuol Sleng lub, jak tajemniczo nazwali go Czerwoni Khmerzy – S-21.
W iluż książkach prezentowano zdjęcia tego miejsca? Nie pamiętam nawet… Jedno tylko, co rzuca się w oczy, to przeszywająca ten kompleks dziwna cisza. Nie są tu potrzebne ostrzeżenia i prośby o zachowanie spokoju. Zwiedzający są tyleż porażeni okropnością miejsca, co zniewoleni szacunkiem dla ofiar. A było ich tylko tutaj ponad 15 tysięcy – i tylko kilka osób zdołało ujść z życiem.

Tuol Sleng czyli S-21
Tuol Sleng czyli S-21


Krótko – czym było S-21? Niegdyś szkołą średnią, w której historię wykładał profesor Saloth Sar czyli Pol Pot. Dzieci lubiły profesora Sara, który zawsze nosił przyciemnione  okulary i ponoć miał fenomenalną pamięć do statystyk i faktów. Któż przypuszczał, że po latach zmieni to miejsce w wielką kaźnię, w której życie odda wielu dobrych towarzyszy z szeregów Czerwonych Khmerów i domniemanych wrogów ludu i systemu.
Kiedyś S-21 znajdowało się na obrzeżach miasta, teraz wchłonięte przez metropolię, niczym diabelski zamek Draculi wyrasta po środku jednej z arterii.
Na parterze szkolne klasy przerobiono na gabinety tortur. Pośrodku każdej z nich stoi metalowe łóżko z żelazną szeklą u podnóżka. Wprowadzany tu nieszczęśnik, którego jedynym przestępstwem było przyjście na ten świat, musiał bez namysłu przyznać się czyim był agentem: CIA, KGB czy może Demokratycznej Republiki Wietnamu? O tej ostatniej słyszał z pewnością (Kambodża wieki całe prowadziła wojny z napierającymi nań plemionami Dai Co Viet), ale KGB czy CIA? – cóż to takiego? Po kilkudziesięciu uderzeniach bambusem, kablem elektrycznym lub łomem nabierał rozeznania. Dalej pozostawało już tylko przyznanie się do absurdalnych zarzutów. Pomagały w tym najwymyślniejsze urządzenia: obcążki, druty kolczaste, generator prądu, motyki, młotki, itp. Po kilku tygodniach następował akt wyznania winy, protokół i egzekucja w Chueng Ek.

Chueng Ek

Te wstążki bynajmniej nie są ozdobą. Upamiętniają dzieci, które roztrzaskano o drzewo na oczach matek

Tych, którzy przeżyli śledztwo po przyznaniu się do absurdalnych czynów wywożono z wyrokiem śmierci do położonego na rogatkach miasta dawnego cmentarza chińskiego Chueng Ek. Trzymanych pod dachem i zakutych w szekle nieszczęśników wyciągano mniej więcej z częstotliwością co 10 minut, prowadzono kilkanaście metrów nad brzeg wykopanego dołu, tam ogłuszano uderzeniem w głowę tępym narzędziem, po  czym podrzynano im gardła. W przypadku dzieci – te roztrzaskiwano o wielkie drzewo, które dzisiaj pokryte jest tysiącami kolorowych wstążek upamiętniających tysiące istot, którym nie dane było doczekać nawet wieku nastoletniego.
Podchodzę do pięknej stupy, w której symbolicznie umieszczono kilkadziesiąt czaszek wskazujących na mocne rany. Są ułożone wiekowo. Największe wrażenie robi na wpół rozłożona odzież – kto ją nosił, jak ją zdarto z ofiary? Tego nigdy się nie dowiemy.

Wygląda jak jakaś ładna świątynia, niestety to stupa,
pomnik w Chueng Ek pomordowanych więźniów Tuol Sleng.

Pola śmierci

Moje zainteresowanie Kambodżą wzięło się właśnie z filmu o tym tytule, którego producentem był Roland Joffe. Jednak co najbardziej wstrząsające to fakt, że pola śmierci są miejscami bardzo powszechnymi w Kambodży. Chueng Ek nie jest zatem największe. Otóż największe z nich spotkać można w okolicach Siem Reap, dokąd przybywają turyści z całego świata, pragnący obejrzeć wspaniałe khmerskie zabytki Angkoru.
Pozbawiony miast kraj upstrzony był kooperatywami, w których niewolniczo pracowała ludność mająca budować wspaniałą, wielką Kambodżę. Ale ponieważ zdrajcy i dywersanci kryli się wszędzie, przeto każda kooperatywa była inwigilowana i dokładnie badana. Tysiące ludzi znikało nocą lub bezpośrednio z pól ryżowych.

Grób Pol Pota

Jedziemy do Anlong Veng, miejscowości położonej w pobliżu granicy z Tajlandią. Nie ma tu już dżungli, w której ukrywał się po 1979 r. przywódca Czerwonych Khmerów. Ziemie po drugiej stronie wielkiej autostrady sprzedano tajskim biznesmenom, którzy wybudowali tu wielkie kasyno. Niegdyś dowodzący liczącą bez mała 100 tys. żołnierzy partyzantką Pol Pot mógł nadal prowadzić wojnę z państwem – tym razem prowietnamską Kambodżą. Po latach ruch wypalił się, a pozostających przy nim niespełna 3 tys. najwierniejszych bojowników w końcu musiało złożyć broń. Nim to zrobili, aresztowali przywódcę, który bynajmniej nie czuł żadnej winy za swoje niecne ludobójcze czyny. Zmarł w 1998 r. prawdopodobnie na udar mózgu. I tym prostym sposobem uwolnił świat od swej osoby – bo świat odeń uwolnić się nie potrafił.
Jeszcze dzisiaj znaleźć można wielu naiwnych, którzy niczym mantrę powtarzają, że gdyby nie wietnamscy, agenci Kambodża Pol Pota byłaby rosnącym w potęgę krajem komunistycznym stanowiącym dla innych doskonały wzorzec rozwoju i prosperity. Jakoś w to wątpię – więcej – nie mieści mi się to w głowie! Ale nie mieści mi się w głowie również to, że wielcy zbrodniarze nigdy nie odpowiedzieli za swoje czyny. Jak to możliwe, że nie postawiono Czerwonych Khmerów w stan oskarżenia i nie wymierzono im sprawiedliwości. Bo chyba los jednego z głównych ideologów reżimu Nuon Chea czy Kaing Guek Eava, noszącego pseudonim Towarzysz Duch (czyt. Dui –  głównodowodzący S-21) to tylko dwa małe przykłady.

Miejsce kremacji zwłok Pol Pota.

Paradoks – przegrywający swe fortuny w kasynie ludzie często przychodzą na grób Pol Pota (właściwie miejsce jego kremacji), gdzie zapalają kadzidło i proszą, by natchnął ich i pozwolił postawić na właściwe cyfry.
No masz ci los – może to jakieś zadośćuczynienie prosić ortodoksyjnego komunistę o wygraną w imperialistycznym kasynie. Przynajmniej tyle można zrobić. Trochę to przykre, ale niech tam…

Paradoks – przegrywający swe fortuny w kasynie ludzie często przychodzą na grób Pol Pota (właściwie miejsce jego kremacji), gdzie zapalają kadzidło i proszą, by natchnął ich i pozwolił postawić na właściwe cyfry.
No masz ci los – może to jakieś zadośćuczynienie prosić ortodoksyjnego komunistę o wygraną w imperialistycznym kasynie. Przynajmniej tyle można zrobić. Trochę to przykre, ale niech tam…

Piotr Ostaszewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here