Najważniejsze to mieć na siebie pomysł

0
595

Oddany pasji kulinarnej, ale przede wszystkim uznany Szef Kuchni, Łukasz Kozioł z powodzeniem realizuje zarówno projekty kulinarne, jak i biznesowe. Restaurator, hotelarz, właściciel firm cateringowych, społecznik. W kilka lat rozwinął swoje pszczyńskie imperium smaku, a plany prowadzą go ku kolejnym sukcesom i szeroko zakrojonym inwestycjom. Zakochany w historii miasta, przywraca zapomniane smaki potraw oraz tradycyjnego tradycyjne, rzemieślnicze piwa ze swojego miejscowego browaru, który odzyskał dawną świetność. Został nominowany do tytułu Lidera z powołania.

Niektórzy uważają, że liderem trzeba się urodzić, a potem wystarczy już tylko doskonalenie wrodzonych zdolności. Czy zgadza się Pan z taką opinią? 

Nigdy tak o sobie nie myślałem, ale oczywiście w miarę rozwoju firmy musiałem się stać się liderem. Dziś zatrudniam setkę osób, więc mam już spore doświadczenie w zarządzaniu dużą liczbą pracowników, a wszystkiego uczyłem się zbierając obserwacje w dotychczasowych miejscach pracy. wszędzie, gdzie pracowałem. Nawet jeśli posiada się ma się predyspozycje do przewodzenia, to one same z pewnością na pewno nie wystarczą. Nieustannie należy nabywać nowe kompetencje, wiedzę czy umiejętności z różnych dziedzin, które w późniejszym czasie pomagają nam w codziennych sytuacjach zarówno prywatnych, jak i biznesowych. Nabywanie nowych kompetencji wymaga Trzeba się ciągle uczyć nowych kompetencji, sprawdzać je w praktyce.

Łukasz Kozioł odbiera nominację do tytułu Lidera z powołania.

Miał Pan już takie przemyślenia w szkole? Był Pan prymusem?

Bywałem i prymusem, i chuliganiłem też trochę też chuliganem, jak to z młodymi bywa. W szkolnych latach byłem nawet ale wybierano mnie przewodniczącym klasy, a nawet uczestniczyłem w szkolnym samorządzie, w szkolnego samorządu, więc to liderowanie nie spadło na mnie zupełnie niespodziewanie. Wcześniej jednak musiałem dokonać wielu wyborów, zdecydować się na masę wyrzeczeń, nawet pracować prawie za darmo, żeby poznawać nowe rzeczy, móc uczestniczyć w przedsięwzięciach, w których bardzo wcześnie dostrzegłem dostrzegałem swoją przyszłość. Z racji zainteresowań i zamiłowania do gotowania wybrałem szkołę gastronomiczną i dostałem się do niej, co w latach 90. nie było wcale łatwym zadaniem, bowiem na jedno miejsce kandydowało wówczas dziesięć osób. Skończyłem ją w 2001 roku i wylądowałem na bezrobociu. Po jakimś czasie, na szczęście krótkim, udało mi się dostać na staż w restauracji zameczku Niepołomice. To trwało pół roku i nie było łatwo. Płacili mi zaledwie 400 złotych miesięcznie za pracę 5 dni w tygodniu. W weekendy harowałem więc na dyskotekach, żeby zarobić na paliwo potrzebne na dojazdy do pracy. Ale moje zaangażowanie się opłaciło, bo po sześciu miesiącach zaproponowano mi stanowisko młodszego kucharza. Tak zaczęła się moja droga do własnego biznesu.

Potem już było „z górki”?

Bez przesady. Wszystko wymaga pasji. Ja rzuciłem się w wir gotowania, robienia uczestniczenia w kolejnych kursach, a więc doskonalenia umiejętności. To dość szybko zaprocentowało, a dowodem na to było zdobycie Pucharu Polski w gotowaniu, czyli w praktyce mistrzostwa kraju. Ten sukces mnie uskrzydlił. W 2005 roku byłem już zastępcą szefa kuchni w poznańskiej Brovarii, potem pracowałem między innymi w Szczawnicy, Szczyrku, w Zakopanem, w Katowicach. Prowadziłem restauracje i hotele, jednak po pracy w Brovarii zacząłem marzyć o własnym browarze, no i zrealizowałem te marzenia 18 lat później. Najważniejsze, żeby mieć pomysł na siebie i krok po kroku dążyć do celu.

A kiedy zdecydował się Pan na działalność na własny rachunek?

Trzynaście lat temu otworzyłem pierwszy lokal w Jaworznie. Następny powstał w Sosnowcu, później trzeci, ale nie wszystko wyszło tak, jak powinno. Dlatego w 2013 r. postanowiłem otworzyć mały lokal w Pszczynie. Zdecydowały względy rodzinne i zamiast przenosić się stale w nowe miejsca, trzeba było gdzieś osiąść na stałe. Pierwszy lokal to właściwie nie była restauracja, tylko obiekt przeznaczony do cateringu. Jedzenie wyłącznie na wynos. Rok później otworzyłem na bazarze pierwsze lunchowisko z jedzeniem na wagę, pół roku potem drugie w innym miejscu. Rozwijałem się szybko, bo zawsze zadawałem sobie pytanie, czego na miejscowym rynku brakuje. Postawiłem na szybkie jedzenie, po które chętnie sięgali lokalni odbiorcy, ale przede wszystkim tłumnie zjeżdżający do Pszczyny turyści, zainteresowani przede wszystkim zwiedzaniem, a nie przesiadywaniem po restauracjach. Tacy klienci potrzebują zjeść szybko i niedrogo. Właśnie to był klucz do sukcesu.

Następną inwestycją był już hotel?

O nie, biznes trzeba rozwijać powoli i z rozwagą, wykorzystując pojawiające się szanse na rynku. korzystając z tworzących się szans rozwoju. W 2016 r. pojawiła się koncepcja otwarcia sali weselnej, bo mieliśmy coraz więcej takich zamówień. Zamknął się wtedy lokal, w którym wcześniej przeprowadzała kuchenne rewolucje Magda Gessler. Przejęliśmy ten obiekt i po remoncie ruszyliśmy pełna parą. Rok później nawiązałem współpracę z dużą i znaną w regionie, międzynarodową firmą motoryzacyjną Magna Car Top Systems, która zaproponowała nam żywienie jej pracowników. Podjęliśmy to wyzwanie i otworzyliśmy w Tychach stołówkę dla tysiąca zatrudnionych. Hotel był dopiero następną inwestycją. Obiekt kupiłem w 2019 r., ale nie zdążyłem go uruchomić, bo zablokowała nas pandemia. Wszystkie plany trzeba było pozmieniać, bo najważniejsze stało się utrzymanie załogi, ochrona miejsc pracy i dotychczasowych osiągnięć. Ale przetrwaliśmy ten trudny czas, co nie wszystkim się udało.

W ten sposób powstała Grupa Kozioł?

W 2020 r. założyliśmy spółkę Grupa Kozioł. Rok później przenieśliśmy do niej obiekt w Tychach, hotel, restaurację i browar znany pod wspólną nazwą Brovar 16, a także wynajmowany lokal Rynek 20. Ta operacja ułatwiła nam działanie na trudnym dzisiejszym w dzisiejszych czasach rynku hotelarsko-gastronomicznym. Nie zrezygnowaliśmy też z firmy matki „Ze smakiem u Koziołka”, która w 2020 r. weszła na rynek wysokiej jakości rzemieślniczych lodów wytwarzanych z naturalnych, lokalnych produktów.

Organizujecie również eventy?

Oczywiście. Eventy i cateringi, nawet na pięć czy dziesięć tysięcy osób. Mamy również podpisaną umowę z Urzędem Marszałkowskim, więc obsługujemy imprezy oficjalne, samorządowe. Z powodu natłoku takich wydarzeń zdecydowałem się na zamknięcie sali weselnej i przekształcenie jej całkowicie pod te przedsięwzięcia i zamówienia. Utworzyliśmy również specjalny dział eventów, bowiem organizujemy też własne imprezy, co związane jest w uruchomieniem w ubiegłym roku naszego browaru. Jesteśmy z niego szczególnie dumni, bo po 160 latach Pszczyna ma znowu swój prastary browar. Pozyskaliśmy recepturę ważenia na dwustuletnich drożdżach i ruszyliśmy z pierwszym historycznym piwem Piotra Wacheniusa. W sierpniu planowane jest również otwarcie mamy też zamiar otworzyć centrum edukacji dla dzieci i rodziców z tzw. ścieżką edukacyjną., co wiąże się z dziejami miasta i browaru.

Zbudował Pan ogromne imperium. Z których inwestycji jest Pan najbardziej dumny?

Najbardziej jestem dumny z dzieci, których mam troje. Biznes oczywiście też jest ważny i pozostaje źródłem satysfakcji, ale rodzina jest najważniejsza. Żałuję, że mam dla niej za mało czasu, podobnie jak niewiele mogę go poświęcić na wypady w ukochane góry, które zawsze dają mi moc energii.

Dziękujemy za rozmowę.

Kinga Góralczyk
Beata Sekuła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj