Klasyka horroru, czyli …. dlaczego lubimy się bać

1624

I gdzie tu logika? Jest i logika…

 

Jedna z ostatnich scen filmu Czas Apokalipsy pokazuje umierającego Marlona Brando, który głośnym szeptem mówi: a horror, a horror … . Scena niezwykle sugestywna i już mająca swe miejsce w historii filmu i nie tylko. Ale co właściwie znaczy słowo horror? Bynajmniej nie jest to gatunek filmu. Horror oznacza nic innego jak przerażenie, obrzydliwość, rzecz straszną. Czy możliwe, by rodzaj ludzki fascynował horror? Jak można fascynować się czymś strasznym?

 

W 1968 r. Bill Ward poszedł do kina na film zatytułowany Black Sabbath. Ówczesny księgowy w niewielkiej firmie brytyjskiej rozglądając się po sali zauważył brak wolnych miejsc. Na film z gatunku horror przyszło kilkuset widzów, którzy zapłacili za to, żeby się trochę najeść strachu. Ward – dość dobry i poukładany biznesman wpadł na pomysł: nazwijmy naszą grupę rockową Black Sabbath. Stwórzmy atmosferę pełną lęku a nawet strachu a ludzie zapłacą za samą nazwę. To im się podoba! Tak powstała nazwa megagrupy rockowej Black Sabbath.

W 1983 r. Michael Jackson tworzy jeden z najbardziej znanych teledysków – Thriller. Upiory, demony i ludzkie potwory wstają z grobów, idą ulicami miasta i tańczą za dominującym wampirem – Michaelem Jacksonem. Koszty teledysku zwróciły się 1000 krotnie. Ludzie z zapartym tchem oglądali przemianę Jacksona z niewinnego chłopczyka w istne monstrum. I to przykuło ich uwagę – skoro tak się zaczyna to co będzie dalej?

Ani Michael Jackson ani Bill Ward nie wymyślili horroru. Oni po prostu zrozumieli siłę oddziaływania na ludzką wyobraźnię. Kontrolowany strach – nierealnie realna bojaźń, dreszcz przeszywający ciało, ciarki płynące po kręgosłupie – oto czego oczekuje widz. Oczekuje bo płaci, a płaci za to, by się bać. I gdzie tu logika? Jest i logika, ale o tym później.

 

Korzenie horroru – wampiry, likantropy i wilkołaki

Niesamowite opowieści, mity i legendy towarzyszyły ludziom od zarania dziejów. I bynajmniej nie chodzi tu o jakieś podania ludowe, które często utożsamiane są z Karpatami i księciem Vladem Draculą. Już w starożytności znano stworzenie na kształt współczesnego wampira. Był to duch zmarłej gwałtowanie osoby nawiedzającej świat żywych istot po to, aby pozbawić ich życiodajnej krwi lub innego organu w celu zwiększenia własnej witalności. I wcale nie chodziło wówczas o antychrześcijańskie obrzędy (tych jeszcze nie znano), ale o symbol krwi – nośnika życia. Czyż Odyseusz składający owce w ofierze cieniom zmarłych nie musi odganiać mieczem żądnych krwi demonów? Ale wampir to również obawa przed zmartwychwstaniem. Lęk przed przyjściem z zaświatów demonów, które błąkając się po ziemskim padole będę zakłócać spokój żywym. Po raz pierwszy termin wampir pojawia się w połowie XVIII w. w Serbii, by następnie znaleźć odniesienie na ziemi niemieckiej i brytyjskiej.

Ślady powstania postaci zwanej wilkołakiem znaleźć można również w odległym czasie historii ludzkości. Przemiana człowieka w wilka to właściwie podwójne

życie jakie wiedzie istota ludzka zmieniająca się w krwiożerczą bestię. Likantropem stał się przecież mityczny król Arkadii Likaon, który chcąc przechytrzyć Zeusa podał mu ludzkie mięso, za co ten zamienił go w wilka. Ciekawe, że współczesna psychiatria zna przypadki choroby a może urojenia polegającego na przekonaniu w możliwość przemiany człowieka w zwierzę. Prawdziwego likantropa-wilkołaka poznajemy w Satyrykach Petroniusza, w których prowadzący narrację Niceros przyznaje się, że był naocznym świadkiem przemiany istoty ludzkiej w wilka w czasie księżycowej pełni, przy czym akt transformacji dokonał się na cmentarzu. Znamienne, że ludowe podania z południa Europy niezwykle chętnie sięgały do takiej właśnie scenerii. Nic przecież nie może mieć bardziej złowrogiego wymiaru aniżeli wyjący na tle księżycowej tarczy wilk, a jeśli do tego dodamy opowieść o człowieku-wilku to mamy horror w najczystszej postaci.

 

Frankenstein – czy taki straszny?

Zawsze fascynowała mnie postać monstrum, które przybrało nazwisko swego stwórcy – doktora Frankensteina. Frankenstein nie ma nic wspólnego z istotami nadprzyrodzonymi, nie żywi się krwią i nie jest demonem zesłanym, by niszczyć ludzkość. To on jest wytworem ludzkości, tworem nauki a konkretnie naukowca doktora Frankensteina pragnącego zgłębić tajemnice śmierci i nieśmiertelności zarazem. Motyw wciąż studiowany w czasach nam współczesnych i dlatego noszący brzemię nauki zdolnej do przesuwania granic. Stąd właśnie Brian Aldis nie wahał się określić Frankensteina jako pierwszej powieści science fiction.

 Powieść z gatunku grozy, która powstała prawdopodobnie w 1816 r. w okolicznościach iście wakacyjnych. Otóż 18-letnia Mary Shelley przebywała wraz z mężem Percym na wakacjach w szwajcarskiej miejscowości villa Diodati nad Jeziorem Genewskim. Wyjątkowo deszczowe lato wprawiało w melancholijny nastrój. Toteż małżeństwo Shelley spędzało wieczory w domowym zaciszu racząc gości opowiadaniami literackimi. A wśród gości był nie byle kto tylko sam lord Byron. Ludzi fascynował temat ożywiania zmarłych, a że Mary miała dość bujną wyobraźnię podczas wieczoru powstała fabuła powieści, której ekranizacje uzyskały światowy rozgłos.

Czy monstrum jest uosobieniem zła? Absolutnie nie. Faktem jest, że w ostatniej chwili pomocnik doktora Frankensteina zamienił mózg normalnego człowieka na mózg kryminalisty, jednak ten wątek nie ma aż tak dużego znaczenia. Monstrum nie jest demonem zniszczenia, ale tworem człekokształtnym o przerażającym wyglądzie. Wręcz chciałoby się powiedzieć o trupim zapachu ludzkich szczątków. Skąd jednak wzięła się ożywcza energia? Ciekawe, że poskładane części ludzkiego ciała, by ożyć i funkcjonować jako jeden organizm muszą zyskać życiodajną energię. I nie jest nią krew, ale piorun. To impuls elektryczny sprawia, że potwór ożyje – na swoje i świata nieszczęście. Odepchnięty przez wszystkich, właściwie nie znając nawet powodu wybucha gniewem, sieje wściekłość. Niszczy wszystko i wszystkich. Ale skoro jest wściekły to musi mieć uczucia. Gniew przeplata się przecież z zadowoleniem (częstujący go cygarem niewidomy, czy rzucająca płatki kwiatka na wodę mała dziewczynka).

A co z twórcą tego wspaniałego wytworu nauki? Doktor Frankenstein jest przerażony. Co więcej, to on chce zniszczyć monstrum i z wzajemnością. Wreszcie potwór ginie spalony żywcem (jeśli tak można wyrazić się o żywym trupie) przez zbuntowaną miejscową ludność w młynie. Przerażenie naukowca to nic innego jak ukazanie przesuwającej się granicy nauki, która wymyka się spod kontroli, nauki która w rezultacie niszczy swoich twórców. Jakże mądra była pani Shelly umiejąca dostrzec tak ważne sprawy, które nurtują nas już na co dzień.

 

Doktor Jekyll i Mr. Hyde

Nic tak bardzo nie inspiruje do dyskusji jak istota ludzka. Zakłamana, pokraczna, zadufana w sobie, zdolna do najgorszych bezeceństw, a jednocześnie zdolna do wielkich poświęceń, aktów miłosierdzia i tworzenia jak żadna inna istota na ziemskim padole dzieł sztuki, wrażliwa wreszcie na dźwięki muzyki i umiejąca widzieć świat w wielu wymiarach.

Nie chcę utrzymywać, że Robert Louis Stevenson był prekursorem nowoczesnej powieści grozy. Nie chodzi tu o daty, bo przecież Edgar Allen Poe publikował swoje opowieści niesamowite wcześniej. Stevenson miał jednak rzadką zdolność stworzenia fabuły wokół zagadnienia ludzkiej duszy. To on potrafił spersonifikować to co nazywamy dobrem i drugą stronę naszego ego. Fascynujące z jaką umiejętnością potrafił dostrzec związek naukowca (Jekylla) ze swoim drugim ja (Edwardem Hydem). Dwulicowość to psychopatologiczne rozdwojenie jaźni, które jak najbardziej ma realną postać. Podobnie jak w przypadku Frankensteina nie ma tu miejsca na jakieś siły nadprzyrodzone. Złem samym w sobie jest stosowana w niecnym celu nauka. Jekyll wymyśla bowiem eliksir pozwalający na zmianę osobowości. Ze wzorowego naukowca, gentlemana zmienia się w istnego potwora, który nocą snuje się ulicami wielkiego miasta posuwając się nawet do zbrodni. Co więcej, sam doktor Jekyll ukrywa ten fakt i stara się nawet pomóc policji w rozwikłaniu niezwykłych zachowań tajemniczego pana Hyde’a. Wreszcie przerażony własnym odkryciem i w jakiejś mierze uzależniony od coraz dłużej działającego eliksiru spisuje swoje wspomnienia kończąc je następującymi słowy: Za chwilę odłożę pióro i zapieczętuję kopertę. Wówczas nieszczęsny Henryk Jekyll na wieki pożegna się z tym światem. Chcąc pokonać Hyde’a Jekyll musi odejść ze świata żywych – i to jest największa jego tragedia, a jednocześnie ulga dla starganej duszy.

 

Nieszczęście Draculi

Nikt zapewne nie fascynowałby się Draculą gdyby nie irlandzki pisarz Bram Stoker, choć przyznać należy pierwszą powieścią o nieszczęsnym demonie żywiącym się ludzką krwią była książka autorstwa Johna Polidoriego zatytułowana Wampir. Jednak dopiero Stoker potrafił nadać swym opowieściom z zaświatów niezwykłą atmosferę z powiewem średniowiecznego wiatru historii. Skąd temat Draculi? Legenda o okrutnym wołoskim księciu Vladzie zwanego Draculem lub palownikiem (uwielbiał ponoć nawlekać na pal) jest na tyle znana, że przytaczanie jej nie ma sensu. Ważniejsze jest to, że piszący pod koniec XIX w. Stoker ożywił postać wprowadzając ją do panteonu literatury światowej. W powieści Stokera nie chodzi o wątki historyczne, ale o nie mogącego zaznać spokoju demona, który niczym cień porusza się w świecie żywych samemu nie mogąc dokonać żywota. Dracula to jakże klasyczny, wręcz modelowy wampir. Słowiańskie legendy rodem z Karpat nadawały oczywiście ton powieści. Stąd właśnie nocne życie wampira ruszającego na łowy i zamieniającego się w nietoperza. Zwierzę to najczęściej uosabiało potwora-krwiopijcę. Charakterystyczne elementy odstraszające jak czosnek są wszechobecne, a osikowy kołek wbity w samo serce monstrum ma zakończyć dramat. Jednak co zastanawiające to fakt, że akcja powieści po części toczy się na ziemi brytyjskiej w miejscowości Whitby, do której właśnie przybywa Dracula. Siejąc zło monstrum musi zostać pokonane. I tak też się stało, co przemawia za optymistycznym na wskroś zakończeniem z pewnym filozoficznym przesłaniem, że dobro w końcu weźmie górę.

 

Motyw szatana

666 – to złowieszcze cyfry ilustrujące doskonałe zło, bezbożność i brak granic, a także walkę z tym co w ludzkich umysłach ma pozytywne skojarzenia. Kto chce być ponad Bogiem (kto jest sam sobie Bogiem) naznaczony jest liczbą mającą dwukrotność wartości liczby Boga, którą są trzy trójki. Jeśli poszlibyśmy śladami Biblii to 666 jest liczbą oznaczającą imię Bestii-Antychrysta. Przypomnijmy sobie słynnego Omena, kiedy Gregory Peck chcąc złożyć na ołtarzu ciało swego adoptowanego syna Damiana zauważa w gęstwinie włosów dziecka trzy szóstki. Nie ma już wątpliwości, chce zabić Bestię, ale w tym momencie ginie od kuli policjanta. Bestia przeżywa, by dalej realizować plan upadku świata naszych wartości. Omen to film będący już klasyką horroru. Jest przemyślany i bardzo logiczny. Podobnie jak w przypadku Frankensteina ludzki błąd powoduje wszczepienie mózgu przestępcy, tak tutaj śmierć dziecka skłania ojca do adopcji znajdującego się w szpitalu noworodka – dziecka sił ciemności.

Omen ukazuje szatana w całej swej krasie. Przybywa z misją i jest przebiegły w dążeniu do celu. Eliminuje każdego kto stanie na jego drodze, a rodzina adopcyjna jest tylko narzędziem. Pojawia się również guwernantka, która z rottweilerem u boku ma strzec bezpieczeństwa chłopca. Damian Thorn nie jest fizycznym ale psychicznym monstrum. Zimny wzrok i pozorna cherlawość dziecka idą w parze z determinacją. Samą swą obecnością potrafi wzbudzić w zwierzętach szał strachu.

Podobny motyw znaleźć można w Dziecku Rosemary autorstwa Iry Levina. Z pozoru akcja wydaje się mało wartka a przeniesiona na taśmę filmową zmusza reżysera (Romana Polańskiego) do drobiazgowego przemyślenia scen, by nie powodować dłużyzn. Kto jest szatanem? Właśnie – nienarodzone dziecko Rosemary, której mąż dostaje aktorski kontrakt a pomoc oferuje starsze małżeństwo zamieszkujące po sąsiedzku. To oni pełnią role obstawy dla noszącej w swym łonie nienarodzone dziecko młodej Rosemary – ofiary mającej być złożonej na szatańskim ołtarzu. Tragedią Rosemary jest znajomość prawdy i niewiara otoczenia. Jej odczucia jakoby była w szponach szatana są lekceważone. Jest więc sama. Zdana na własne siły żyje w poczuciu, że poniekąd stanie się winna wydaniu na świat dziecka, które poczęte z miłości uosabia śmierć i zniszczenie dla rodzaju ludzkiego. I wreszcie prawda wychodzi na jaw. Ofiarą jest Rosemary. Jest surogatką. W swym łonie nosi dziecko Szatana. To ona daje mu życie. Ciekawe, że szatan rodzi się w sposób jak najbardziej ludzki. Zatem jest wśród nas i jest z nami i nami zarazem. Wychowany przez rodzaj ludzki przybywa z misją jego unicestwienia.

 

Lśnienie – przebudzone demony

Klimat prawdziwego współczesnego nam a zarazem klasycznego horroru tworzy słynna powieść Stephena Kinga zatytułowana Jasność (w wersji filmowej, dość luźnej zresztą adaptacji znana pod tytułem Lśnienie (Shining). Nadprzyrodzone cechy małego Danny Torenca (głos wewnętrzny, do którego zwraca się per Tony) pozwalają mu zrozumieć miejsce, do którego przybył wraz z rodzicami. Położony na odludziu hotel, którym przez pół roku ma zajmować się Jack Torrence jest wzniesiony na dawnym indiańskim cmentarzysku. Demony dopiero się przebudzą. Sam Torrence to postać o nieskomplikowanym charakterze, ale opętany przez siły zła zatraca kontakt z rzeczywistością. Jakże plastycznie brzmi rozmowa z przybyłym z zaświatów i bynajmniej nie wyimaginowanym barmanem Grady’m, który w gładkich słowach tłumaczy Torrencowi: moje córki były niegrzeczne i musiałem je ukarać. Porąbałem je siekierą. W tym momencie Dany’ego paraliżują wizje wymierzonej kary dwóm małym dziewczynkom. Grady był poprzednikiem Torrenca, podobnie jak on miał przez pół roku nadzorować opuszczony hotel. Opętanie doprowadziły go do szaleńczej zbrodni – wyroku wykonanym na własnej rodzinie. Teraz przyszła kolej na Torrenca. Zamiarem demonów jest zmuszenie go do ukarania swej rodziny – przykładna kara za nieposłuszeństwo jakim jest silny charakter. Zestresowana jego zachowaniem żona otrzymuje jakże uspokajającą odpowiedź: Przecież cię kocham. Nie chce wam zrobić krzywdy. Chcę tylko rozwalić ci ten twój głupi łeb! Co tak naprawdę gnębi Torrenca? Samotność i stopniowy rozpad więzi rodzinnych. Poszukiwanie winnego tego stanu rzeczy to próba z góry skazana na fiasko. Przekaz jest bardzo prosty – pękające więzi rodzinne, odosobnienie, skupienie się do wewnątrz powodują przebudzenie imaginacji. Czy można mówić o pomieszaniu zmysłów? Być może. Jest jeszcze coś – mianowicie walka charakterów. Z pozoru słabsza fizycznie żona wygrywa psychiczną batalię z ogarniętym paranoją małżonkiem, któremu nie dane już będzie opuszczenie hotelu.

 

Horror – sukces kasowy i nie tylko

Literatura grozy robiła prawdziwą furorę. Wydana w 1886 r. powieść Roberta Louisa Stevensona rozeszła się w kilkusettysięcznym nakładzie i była prawdziwym bestsellerem. To samo można powiedzieć o Frankensteinie i Draculi. Jednak prawdziwy czas świetności horroru to kino. Ożywiony obraz monstrów okazał się mieć jeszcze większą wartość komercyjną. Przeciętny widz, wszak kino to rozrywka tłumów, nie miał pojęcia o prawdziwym przesłaniu, jakie za pomocą opowieści niesamowitej chciał przekazać autor. Ba! Kinowy widz (czytelnik to zdecydowana mniejszość, kropla w morzu) nie znał i nie zna autorów najsłynniejszych powieści z gatunku grozy. Widz – ta nasza masowa elita – bez problemu rozpoznaje Frankensteina, Wilkołaka czy Draculę. Doktor Jekyll i Mr. Hyde doczekał się 9 adaptacji filmowych, przy czym pierwsza pojawiała się już w 1908 r. Frankenstein 4 a Dracula aż 15. Wszystkie okazały się kasowymi przebojami. W okresie przedwojennym, nawet jeszcze w czasach kina niemego monstrum charakteryzowało się klasycznym wyglądem. Prosta, a czasem nawet nieco prymitywna charakteryzacja stawiała na wytworzenie aury strachu. Wystarczy przypomnieć niemiecką ekranizację Nosferatu, symfonia grozy (wyk. Max Schreck, 1908), w której strach wzbudza nie tylko główny bohater (podkrążone oczy, wydłużone palce z długimi pazurami), ale pojawiający się jego cień. To właśnie motyw cienia podkreśla grozę sytuacji zwiastując przyjście realnego monstrum. Wielki i sztywno poruszający się Boris Karloff (wł. William Pratt) jako tytułowy Frankenstein ma wzbudzić u widza przerażenie. Wszak jest żywym trupem a sztywność stawów nie jest wynikiem artretyzmu. Zresztą kino szło jeszcze dalej i Frankenstein jest tego najlepszym przykładem. Mery Shelley poprzestała na jednej powieści, kinematografia zarabiając pieniądze dobudowała już własne fabuły tworząc kolejne epizody (dzisiaj nazywa się to sezonem) jak Narzeczona Frankensteina czy Syn Frankensteina burząc tym samym wszelki literacki artyzm. Skoro pojawiła się narzeczona to konsekwencją musiał być syn (pierworodny). Ludzkość niewiele co prawda na tym skorzystała, nie powstała rodzina Frankensteinów (dysfunkcyjna dodajmy) ani przesiąknięte grozą plemię wyniszczające ludzkość. Rosła za to rzesza fanów, którzy aż do znudzenia zaliczali kolejne seanse filmowe.

Współczesne wersje przyciągają efektami i charakteryzacją sprowadzając fabułę do banału. Tak było z Frankensteinem w reżyserii Kennetha Branagha z Robertem de Niro w roli głównej czy Draculą w reżyserii Patricka Lussiera, gdzie w postać wampira wcielił się Gerard Butler. Wielcy reżyserzy z przyjemnością odświeżali tematykę literatury grozy dodając własne wątki czy wręcz tworząc nowe. Jakoś im się to udawało. Mniejsi twórcy filmowi sięgają już do tematów, w których horror sprowadza się do masakry ludzkiego ciała, żywych trupów (zombi) pożerających wszystko na swej drodze czy inwazji wielkich owadów (pająków czy pszczół) nastawionych niezwykle bojowo. Horror stał się więc komercyjną metodą zarabiania pieniędzy przez przemysł filmowy i taśmowo produkujących scenariusze autorów, których nazwiska pozostają uwięzione w czeluści zapomnienia. Gatunek horroru tym samym umiejętnie posegregował swych odbiorców na tych, którzy boją się w sposób kulturalny i tych, dla których strach ma prostackie oblicze a przeplatany jest mlaskaniem pochłanianego popcornu i chłeptaniem coca-coli. Najciekawsze są jednak anonse: Tego jeszcze nie było! Straszne, życiowa sielanka zmienia się w piekło! Wejdź do ciemnego lasu a przekonasz się co tam zobaczysz, nie chciałbyś tego ujrzeć za żadne pieniądze! Tyle reklama – nie chciałbyś zobaczyć, ale zapłać to dobrze się zabawisz – własnym strachem, który my sprowadzimy do czystego banału.

Piotr Ostaszewski

(w przygotowaniu: Skazani na kłamstwo, czyli … nie zawsze po stronie prawdy)

 

 

 

 

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here