Tajemnica popularności programów Piotra Poraja

158
Zawsze uwielbiałem działać – mówi Piotr Poraj
Zawsze uwielbiałem działać – mówi Piotr Poraj

Piotr Poraj Poleski, uznany autor programów edukacyjno-społecznych oraz reżyser filmów dokumentalnych, pracuje w telewizji już od 30 lat. W wieku szesnastu lat zadebiutował w programie „Jeśli nie Oxford to co?”. Jego najpopularniejszy program – „Sanatorium miłości” zdobywa coraz więcej nagród – również za granicą. Z pochodzenia arystokrata, wielki pasjonat medycyny oraz sztuki klasycznej. Sam też bywa artystą. Właśnie został nominowany do tytułu Lider z powołania.

Panie Redaktorze, oglądając Pana programy wyraźnie widać, że ich autorowi przyświeca pewien system wartości.
Dla mnie ważne są takie wartości jak odpowiedzialność i szacunek wobec ludzi, spraw oraz tradycji.

Skoro mówimy o tradycjach, czy to prawda, że pochodzi Pan z rodziny arystokratycznej?
Tak. Rodzina Porajów miała ordynację na Śląsku. Mój pradziadek, hrabia Michał Poraj Poleski, osiadł we Włodowicach, był mecenasem sztuki i dzięki niemu miejscowość ta zyskała nazwę Aten Olkuskich. Dziadek z kolei był wybitnym chemikiem, założycielem wydziału agronomicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
W mojej rodzinie ogromną uwagę zwracano na uczenie dzieci dobrych manier, zasad zachowania przy stole, reguł właściwego odnoszenia się do osób starszych, ale przede wszystkim tego, jak pielęgnować rodzinne tradycje. Od najmłodszych lat poznawałem też historię Polski, ale tę niezakłamaną. O tym, co wydarzyło się w Katyniu wiedziałem już mając 7 lat.
Angażowałem się też w życie społeczne, od początku uwielbiałem działać, należałem do różnych organizacji – na przykład samorządu szkolnego. Występowałem również w teatrze.

Proszę o tym opowiedzieć.
Przez 25 lat grałem w teatrze amatorskim, i grywam do dnia dzisiejszego. Byłem członkiem rady teatralnej najstarszego teatru amatorskiego w Polsce w Otwocku pod Warszawą, który niedawno obchodził stulecie istnienia. To w nim debiutował Ignacy Gogolewski, a wiele lat później Ryszard Pietruski. Z wielką przyjemnością przyjeżdżała tu Hanna Bielicka. Sam występowałem w wielu rolach komediowych, ale zdarzyło mi się także zagrać szefa SS. A w marcu w tym teatrze odbędzie się recital utworów Marka Grechuty, który będę miał przyjemność wyreżyserować, i zaśpiewać w nim.

Piotr Poraj Poleski z Anną Popek i Beatą Chmielowską Olech

Skąd w takim razie pomysł na programy medyczne i prozdrowotne?
Od dawna interesuję się medycyną i gdybym nie został dziennikarzem, to zapewne wybrałbym zawód lekarza. To zresztą poniekąd także tradycja – członkiem mojej rodziny był prof. Tadeusz Ostrowski, wybitny chirurg Uniwersytetu Jana Kazimierza, który został zamordowany na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie. To z jego domu wyprowadzono Boya Żeleńskiego podczas przeprowadzonej przez sowietów akcji skierowanej przeciwko lwowskim profesorom.

A jak narodziła się idea „Sanatorium miłości”?
„Sanatorium miłości” jest dzieckiem wcześniej zrealizowanych programów medycznych. Pewnego razu podczas pracy nad programem „Czas dla ciebie zdrowie” pojechaliśmy do Ustronia i traf chciał, że znaleźliśmy się w uzdrowiskowym Klubie Kuracjusza. To, co tam zobaczyliśmy, sprawiło, że stanęliśmy jak wryci. Cały dzień obserwowaliśmy starszych ludzi, którzy uczęszczali na zabiegi, zachowywali się zgodnie z wiekiem i rytmem sanatoryjnym, a nagle wieczorem stawało się coś niewiarygodnego… tańce, żywiołowość, randki. Obserwowałem to przez trzy dni, nie mogąc się napatrzeć na to, jak ci ludzie się zmieniają – rano byli staruszkami, a wieczorem osiemnastolatkami. Było to naprawdę niezwykle inspirujące. Wtedy też wpadłem na pomysł, żeby zrobić z tego dokument „Życie sanatorium”, ale Iwona Karpiuk, z którą współpracujemy zaproponowała: „nie róbmy z tego dokumentu, niech to będzie reality show”. Projekt w takiej postaci zgłosiliśmy do telewizji i się udało. „Sanatorium miłości” odniosło sukces w całej Europie, zdobyło nagrodę na targach w Cannes.
W Polsce ciągle jeszcze opiekujemy się starszymi ludźmi i jesteśmy z nimi blisko. Zdziwiliśmy się, kiedy się dowiedzieliśmy jak wygląda to w Europie – szczególnie we Francji, Anglii, a nawet we Włoszech. Ludzie po sześćdziesiątce są spychani na margines, nigdzie nie wyjeżdżają. Rodzina zaprasza ich bardzo rzadko. W Polsce funkcjonuje unikalny system, który zawdzięczamy w pewnym stopniu komunizmowi, ponieważ właśnie wtedy powstały te sanatoria, centra odnowy i rehabilitacji dla starszych ludzi. Podobnie jest jeszcze tylko w Hiszpanii, gdzie starsi ludzie mogą przebywać ze swoimi rówieśnikami, co sprawia, że naprawdę odżywają. Natomiast w Holandii czy w Belgii ta tradycja kompletnie zanika – starsi ludzie są tam tak samotni, że to aż boli.

Skąd czerpie Pan energię i motywację do tych wszystkich niezwykłych działań?
W Telewizji Polskiej przeszedłem drogę od asystenta redaktora, po reżysera i autora programów telewizyjnych. W swoim życiu zrealizowałem już około 300 programów autorskich.
Nadal wierzę, że kreatywność to nie wszystko, że oczywiście trzeba mieć pomysły, ale może nawet ważniejsze jest jak znaleźć sposób, by nadać im właściwą formę, siły by je zrealizować. Ważne także, by mieć dobrych współpracowników.
Z czasem coraz bardziej fascynuje mnie film dokumentalny. Wszystkie pięć filmów, które zrealizowałem, zaczynając od historii Marka Grechuty, poprzez Irenę Sendlerową, Dżem i Ryśka Riedla aż po Janusza Bieleckiego – to właśnie efekt fascynacji biografią. Te dokumenty są biografiami ludzi sztuki, a sztuka także mnie fascynuje. Ciekawe jest to, jakie środowiska ich kształtowały, skąd przyszli i dlaczego w ogóle tworzyli.

A z którego programu jest Pan najbardziej dumny?
Siłą rzeczy chyba z „Sanatorium miłości”, osiągnęło przecież sukces na skalę europejską. „Operacja zdrowie” to z kolei program ogromnie ważny dla wielu ludzi, emitowany trzy razy w tygodniu na antenie TVP2 i TVP3. Gromadzi w sumie około 600 tys. widzów, a są to osoby realnie potrzebujące pomocy oraz informacji. Produkcje te dają ludziom nadzieję i zapewniają dużą dozę wiedzy. Programy medyczne prowadzę już od dwudziestu lat, miałem zaledwie 19 lat, kiedy Nina Terentiew mi zaufała i pozwoliła prowadzić mój pierwszy talk show w telewizji. Byłem wtedy najmłodszym autorem programu – nosił on tytuł „Polak potrafi” i wraz z Januszem Weissem rozmawialiśmy w nim o wynalazkach i wynalazcach.

Kocha Pan sztukę, a jakie gatunki szczególnie?
Najbardziej lubię malarstwo, posiadam zbiory gromadzone w mojej rodzinie przez wiele pokoleń. Nie jestem miłośnikiem sztuki współczesnej, o wiele bardziej cenię klasykę międzywojenną, barok czy renesans – dzieła z tych epok znajdują się w mojej kolekcji. Twierdzę, że sztuka powinna ozdabiać, być przede wszystkim dekoratywna i przyjemna dla oka, dobrze jednak, jeśli opowiada także jakąś historię.
Jeżeli chodzi o muzykę to zdecydowanie preferuję klasyczną, choć ze współczesnych kompozytorów cenię na przykład Michała Lorenza, niedawno też odkryłem dla siebie Giulio Cacciniego i jego cudowną interpretację Ave Maria, której słucham nieustannie, nawet jadąc samochodem.

Jakie są Pana marzenia i plany?
Chciałbym za 5–6 lat kupić sobie dom na południu Europy lub na Półwyspie Arabskim, gdyż ogromnie fascynuje mnie kultura orientu. A jeżeli chodzi o plany zawodowe to oczywiście ciąg dalszy „Operacji zdrowie” i „Sanatorium miłości”. Pracuję już jednak także nad bardzo dużym projektem, który być może ukaże się na antenie jesienią. To format łączący formułę programu satyrycznego z talent show. Jeden z większych projektów telewizyjnych funkcjonujących obecnie na rynku, dlatego potrzeba minimum półrocznego okresu przygotowań. Przeprowadziliśmy już rozmowy z Global Agency i myślę, że jesteśmy na dobrej drodze. Wkrótce zobaczymy…

Marta Baranowska
Beata Sekuła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here