Sukcesy i zmagania – Gabrieli Pudlo-Chojnackiej – Kobiety Charyzmatycznej

3857

Zdeterminowana i ambitna. Każdy egzamin zdany w terminie. Kobieta czynu.

 

Gabriela Pudlo-Chojnacka właścicielka firmy P.G.B. i P.H. „Poch” Sp. z o.o. Żona, matka, babcia, która zbudowała nie tylko firmę ale także dom. Miała być lekarzem, została inżynierem mechanikiem. Zahartowana przez życie i kopalnię.

 

 Wręczenie dyplomu Gabrieli Pudlo-Chojnackiej (Prezes POCH Sp.Z.O.O w ramach programu „Kobieta Charyzmatyczna” przez Magdalenę Saganowską – redaktor Whystory.pl

Kobieta inżynierem mechanikiem? To niemożliwe…

– W przyszłości, chcę zostać głównym mechanikiem na kopalni – powiedziała tacie. Z czasem, mimo przeszkód, zrealizowała młodzieńcze ambicje. Twierdzi, że jest w czepku urodzona. Wyrosła w domu, w którym wartością była rodzina, Bóg i odpowiedzialność.

W szkole podstawowej miała więcej kolegów niż koleżanek. Uważa, że była za chuda, bo przy wzroście 168 cm ważyła zaledwie 36 kg. Przyznaje, że zazdrościła wówczas rówieśniczkom kobiecych kształtów. Do trzeciej klasy liceum chciała studiować medycynę, ale kiedy ojciec zabrał ją na zabawę organizowaną przez Kopalnię, poznała tam ówczesnego Głównego Mechanika pana Ernesta Plutę i stwierdziła, że chce pójść w jego ślady. – Zaintrygował mnie dostojny mężczyzna w smokingu i w muszce, do którego wszyscy zwracali się z ogromnym szacunkiem. Już wtedy chciałam zająć jego stanowisko – śmieje się.

Chociaż zawód lekarza wydawał się jej bardziej kobiecy, to chemia i biologia zeszły teraz na dalszy plan, bo matematyka i fizyka stały się najważniejszymi przedmiotami. Zdecydowała się zdawać na Politechnikę Śląską w Gliwicach na Wydział Mechaniczno-Technologiczny. Rodzice zadbali o jej dobrą edukację, były więc korepetycje z przedmiotów ścisłych. W klasie maturalnej zdała kurs prawa jazdy i egzamin końcowyw Szkole Muzycznej. Grała na akordeonie, kontynuując rodzinną tradycję. Po zdanej maturze, przyszedł czas na egzaminy wstępne na studia. – Jeden z przewodniczących komisji zawołał kolegę z sali obok i powiedział: „zobacz, jak ta dziewczyna jest świetnie przygotowana” – wspomina z dumą. Dostała się na męski kierunek – na stu dwudziestu studentów było tam zaledwie dwanaście kobiet, ale nie miała z tym żadnych problemów.

 

Studia i macierzyństwo

Wspomina, że w młodości rodzice trzymali ją krótko – nie pozwalali na wyjazdy czy nocne wyjścia. – Centrum Zabrza było dla mnie jak stolica – śmieje się pani Gabriela. Na drugim roku studiów wyszła za mąż. Była dwa razy w ciąży podczas studiów. Ukończyła je jednak w terminie, nie korzystając z żadnego urlopu dziekańskiego. Jedno dziecko straciła, ale się nie poddała. Nie lubiłam dawać plamy. Tak byłam nauczona z domu. Nie mogłam nikogo zawieźć, niezależnie od ceny, jaką musiałam zapłacić– mówi o sobie. – Nie wiem skąd mi się to brało, ale trudne przeżycia zamiast mnie osłabiać, tylko mnie wzmacniały. W ten sposób się hartowałam.

Była pilną studentką. Z jej notatek korzystał brat i mąż oraz wszyscy studiujący na wydziale. Przychodziła z zajęć i przepisywała notatki, podkreślając kolorami ważne informacje. – Tak się uczyłam, dużo zostawało mi w głowie, mam pamięć wzrokową – opowiada.

Interesowała się też modą, będąc zawsze elegantką, ale wychowywała się w czasach, w których w sklepach nie było nic. Na szczęście miała rodzinę w Niemczech, która przesyłała jej tkaniny. W nocy szyła spódnice lub sukienki, a rano wychodziła w nich na zajęcia.

 

Praca i płaca

Od lewej Magłorzata Gembala-Obuchowska (Fundusz Górnośląski), Gabriela Pudlo-Chojnacka (Prezes POCH Sp.Z.O.O), Beata Twardowska (Prezes Fundacji Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej)

 Otrzymała stypendium fundowane w Hucie im. 1 Maja w Gliwicach. Pracowała w Dziale Głównego Technologa, projektowała odkuwki. Miała specjalizacje mechaniczno-technologiczną – przeróbkę plastyczną – kucie, walcowanie, ciągnienie rur. – W tym dziale byłam ja i pan technolog, który regularnie dostawał premię za eksport. Ja nie, mimo że wykonywałam porównywalną pracę – wspomina. Wróciła myśl z wczesnej młodości o pracy na Kopalni, tym bardziej, że wprowadzono książeczki górnicze, a praca w soboty i w niedziele dawała możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy. –Wtedy były mi one szczególnie potrzebne. Był to rok 1982, budowałam właśnie dom systemem gospodarczym. Huta nie dawała takich przywilejów jak Kopalnia – podsumowuje.

Postanowiła działać, zadzwoniła do Działu Kadr na Kopalnię Pstrowski. Zapytała czy nie potrzebują inżyniera mechanika. Została skierowana na rozmowę do głównego mechanika. – Pamiętam jak dziś, ubrałam się na rozmowę jak na egzamin; w białą koszulę z kokardą i spódnicę. Przychodzę i mówię że byłam umówiona w sprawie pracy. Pani? To szef się zdziwi, powiedziała sekretarka. Tak też się stało. Myślał że zgłosi się mężczyzna. Trzymał mój dyplom w ręce i nie dowierzał – mówi pani Gabriela. Nie została przyjęta od razu, dopiero po miesiącu otrzymała pozytywną odpowiedź. Jednocześnie w Hucie zwalniał się etat. Główny technolog zmieniał pracę, ona była tam bardzo potrzebna. Mimo to poszła do dyrektora na rozmowę, podczas której zgłosiła swoje niezadowolenie z dotychczasowych warunków pracy. Nie stwarzał problemów, mogła odejść i przyjąć się w Kopalni. – Zaczęłam jako dozorca. Pierwszy stopień, jeśli chodzi o osoby dozoru technicznego Kopalni – wspomina.

 

Kobieta pod ziemią

Rozpoczęła pracę na oddziale mechanicznym – „Ruch Mikulczyce” Kopalni Pstrowski, do którego należały warsztaty, kotłownia, pompownia wody pitnej – pierwsze pompy mieściły się na poziomie 282 m. Bardzo chciała zjechać na dół, ale nie było to takie łatwe. – Musiałam ukończyć dodatkowo trzymiesięczny kurs załatwiany przez Stowarzyszenie Górnictwa dla inżynierów nie-górników kończący się egzaminem państwowym. Pomyliłam się w trakcie egzaminu i zamiast powiedzieć organ urabiający, powiedziałam narząd urabiający, ale dostałam piątkę i ubawiłam komisję – śmieję się pani Gabriela. Często otrzymywała do wykonania trudne zadania. Kiedy trzeba było coś uzgodnić to wysyłano właśnie ją. „Idź Gabrysia, Ty to potrafisz wszystko załatwić” – wspomina słowa swoich przełożonych. Koledzy nie szczędzili jej żartów. Czyszczenie kotłów na kotłowni wiązało się z ich oględzinami od wewnątrz. – Stawałam na ruszcie, a pracownicy stukali na zawieszone wężownice aby obsypać mnie pyłem. Ponieważ miała dystans do siebie, śmiała się razem z nimi. Pamiętam, że ubrałam swoją nową spódnicę i kiedy już byłam przy pompie urządzenie wciągnęło mi falbanę. Dziura była ogromna, a spódnica nie nadawała się już do noszenia – dodaje z błyskiem w oku.

W sumie przepracowała na Kopalni jedenaście lat i skończyła jako nadsztygar. – Tata czuł się niekomfortowo, że byłam w dozorze, a on był górnikiem elektrykiem. Zwolnił się zaraz po tym, jak ja się zatrudniłam – dodaje. Była jednocześnie kierownikiem oddziałów powierzchni, podlegały jej odziały: elektryczny, łączności, energetyczny i mechaniczny. Była także przewodniczącą Rady Pracowniczej Kopalni. – Sami pracownicy mnie wybrali. Ufali mi, wiedzieli, że dotrzymuję słowa – mówi. Jako Przewodnicząca musiała wyjść do górników prowadzących strajk przed gmachem biurowca. Nie została wywieziona na taczce, chociaż gwizdali. Była nieugięta, ale potrafiła rozmawiać z ludźmi. W zeszłym roku dawni współpracownicy zaprosili panią Gabrielę na spotkanie. To było bardzo miłe, zwłaszcza że już od 22 lata nie współpracują. Z zespołu pięćdziesięcioosobowego zostało zaledwie piętnaście osób. Wspominali, jak to było ćwierć wieku temu…

W międzyczasie podjęła trudną decyzję o rozwodzie. Została „czarną owcą” w rodzinie, w której nikt wcześniej się nie rozwodził. – Myślałam wtedy, że to była moja klęska, że nie podołałam mojemu małżeństwu. Z perspektywy czasu oceniam to, jako słuszną i odważną decyzję. Jeśli w związku nie ma wsparcia i pewnej zgodności, to nie ma on przyszłości – przyznaje.

 

Tłumaczka niemieckiego oraz własny biznes

Podczas rozmów z kontrahentami z Niemiec występowała w roli tłumacza języka niemieckiego. Po jednej z takich rozmów Dyrektor kopalni zaproponował jej stanowisko Prokurenta w spółce Joint-venture, polsko-niemieckiej. Musiała to przemyśleć. Pomysł na pracę w spółce z zagranicznym kapitałem nie zyskał aprobaty rodziców. Zwłaszcza ojca, który uważał, że praca w kopalni jest stabilna i pozwala zarobić na życie. Tymczasem ona wiedziała już, że pozycja nadsztygara to kres jej kariery. Pojawiła się szansa na nowe, więc spróbowała. Otrzymała pół roku bezpłatnego urlopu na Kopalni, gdyby chciała wrócić. Pojechała na spotkanie do Katowic. Kandydatów było trzech, w tym ona jedyna kobieta. – Mieliśmy opowiedzieć swój życiorys.Ja zamiast spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, powiedziałam po niemiecku spółka z niepewną przyszłością. Wszyscy myśleli, że żartuję, a ja się zwyczajnie przejęzyczyłam – śmieje się. – To nie koniec pomyłek. Nie potrafiłam sobie przypomnieć odpowiednika słowa zarządzać, więc powiedziałam że żyję ze 120 mężczyznami. Po dwóch dniach odebrała telefon, że są duże szanse na to, że otrzyma to stanowisko. Niezwykle lukratywna propozycja, zarobki czterokrotnie wyższe, służbowy samochód i telefon. Pracowała w tej spółce trzy lata, ale nie widziała perspektyw rozwoju. Miała świadomość, że po trzech latach wakacji podatkowych spółka zostanie zlikwidowana. Ten okres sprawił, że poznała mechanizmy działające w biznesie, sporo dowiedziała się na temat stali i umiejętności rentownej sprzedaży. Dlatego nie miała problemu, kiedy Dyrektor Kopalni, z którą nie była już związana, poprosił ją o pomoc. Miała nastąpić restrukturyzacja Kopalni, ograniczono wydobycie węgla. Żeby ratować załogę podjęte zostały rozmowy…

 

Narodziny POCH

Zaproponowała, że może wydzierżawić warsztat na powierzchni. – POCH zajmował się rozbiórką budynków, ale wiedziałam sporo o konstrukcjach stalowych, mogłam więc dać ludziom pracę. To nie było takie proste. Negocjowaliśmy ze związkami zawodowymi ponad rok. Bronili praw pracowników, a ja musiałam im tłumaczyć, że Kopalnia i tak ich zwolni. Mówiłam że mam Spółkę i mogą przyjść do pracy zaraz po zwolnieniu. Dyrektor wyraził zgodę, pod warunkiem że załoga będzie zgodna w tej decyzji. To zrozumiałe, że ludzie obawiali się przejść z państwowej firmy do prywatnej. Przeszli w pełnym składzie. To był rok 1994. – Doszliśmy do porozumienia z Kopalnią. Mieliśmy zapewnione dwa lata pracy na rzecz Kopalni w zamian za zarobki zatrudnionych Spółce na tym samym poziomie. Był to okres, w którym pracownicy uczyli się nowych rzeczy i było to dla nich niełatwe. Przypadło jej w roli tłumaczenie nowych zasad, to ona także musiała szukać klientów, a pracownicy dobrze wykonać swoją pracę, dbając o narzędzia i miejsce wokół. Zlecenie musi być dobrze wykonane, żeby klient chciał zapłacić. Z czasem firma POCH, która rozpoczęła działalność w 1992 roku, zatrudniała dwieście osób. Zaczęły się zgłaszać kolejne działy Kopalni. – Namówiłam wspólników do podjęcia uchwały, że przez dziesięć lat, mimo osiąganych zysków, nie będzie wypłacana dywidenda, tylko środki te będą przekazywane na inwestycje i modernizację. Każdą następną działalność finansowało się zyskami jakie wygenerowała Spółka. – Zaczęliśmy wprowadzać konstrukcje stalowe i kowalstwo artystyczne. Z zysku lat ubiegłych w 1996 roku, otworzyliśmy restaurację „Pod Wawrzynem”. W tym samym czasie zaczęła się budowa fabryki Opla w Gliwicach dającą wieloletnią owocną współpracę z generalnym Wykonawcą, między innymi w charakterze dostawcy kruszywa powęglowego – opowiada.

Pani Prezes Gabriela Pudlo-Chojnacka jest jednoosobowym zarządem Spółki Poch od 2000 roku. Wcześniej składał się on z trzech osób. Kiedy nastała sytuacja kryzysowa, księgowa, która była Członkiem Zarządu, odeszła. W tym samym czasie mąż otworzył Kopalnię Siltech i ściągnął tam brata, który był również Członkiem Zarządu.

Trzy lata temu firma Poch zanotowała pierwszą stratę. Rok temu zysk. – Mamy środki na funduszu zapasowym dlatego takie momenty nie zagrażają istnieniu Firmy. Co roku podnoszę fundusz płac, a to podnosi koszt produkcji – mowi. Podwyżka VAT-u była odczuwalna w postaci utraty części klientów indywidualnych. Wiadomo, że chcieli zamawiać jak najtaniej. Tworzą ciężkie konstrukcje stalowe, takie jak wiaty czy płoty. Remontują urządzenia dla górnictwa. Poza tym obsługują powierzchnię Kopalni Siltech. – Mamy profesjonalną pralnię, pierzemy dla Kopalni, NZOZ, straży pożarnej, hoteli. Mamy też szwalnię i początkowo naprawialiśmy ubrania robocze. Kiedy zwolnił się budynek łaźni górniczej, zastanawiałam się co z nim zrobić – opowiada Pani Gabriela.

Z pomocą przyszła córka Sandra…

 

Profesjonalna pracownia krawiecka – nowy kierunek działalności Firmy.

Córka pani Gabrieli – Aleksandra odziedziczyła smykałkę do biznesu, ale posiada wrodzony talent do projektowania. Ma świetny gust. Zawsze, kiedy chcę zmienić kolor ścian w domu bądź meble, polegam na jej opinii, to samo dotyczy sposobu doboru mojej garderoby – z dumą mówi o dziewczynie. Jej ciągłe podróże do Warszawy i Łodzi, związane z biznesem modowym były uciążliwe.Zaproponowałam córce, żeby poszerzyć działalność naszej firmy. Pokazałam jej łaźnię, a ona świetnie zaadaptowała jej surowe, industrialne wnętrze na miejsce nowoczesnej pracowni krawieckiej oraz projektowej ubrań. Łaźnia górnicza otrzymała drugie życie.

 

Druga miłość – z czasem pokochała

Swojego drugiego męża poznała w czasie pracy na kopalni. Był udziałowcem POCH-u, więc siłą rzeczy musiała go spotykać. Był też Głównym Inżynierem Elektromaszynowym. To on motywował ją do rozwoju, stawiając trudne zadania. Nie lubiła go. Nie miała z nim lekko. – Pamiętam jak przyszedł i zapytał mnie czy kotłownia, w której zatrudnianych było 50 osób zarabia na siebie. Mówię, że nie wiem, że księgowość ma takie informacje. Kazał mi zrobić obliczenia. Poszłam na podyplomowe studia ze spawalnictwa, tak „wjechał mi na ambicję” – dodaje. Zdała państwowe egzaminy na Członka Rady Nadzorczej Spółek Skarbu Państwa, Syndyka i Likwidatora. Ze względu na łączące ich wspólne interesy, Jan Chojnacki stawał się częstym gościem w jej domu. Stopniowo zaczęła dostrzegać jego zalety. – Imponował mi życiową mądrością, był wymagający, ale bez przesady. Ujmował mnie życzliwymi gestami. Kiedy córka pani Gabrieli miała wyjechać do Szwecji na obóz taneczny, pojawił się problem z paszportem. – Mogłam liczyć na jego pomoc, dzięki temu córka mogła wyjechać. Zyskiwał tym, że nie był nachalny. Jednocześnie pomagał i wspierał ją. – Wiedziałam, że nie lubi zbytnio muzyki. Tym bardziej zdziwiłam się, kiedy po koncercie Budki Suflera, zobaczyłam go pod Spodkiem. Zapytałam: A co Ty tu robisz? Byłem na koncercie. Śledził mnie, zależało mu na mnie – uśmiecha się. Kiedy była panienką zwracała uwagę na wygląd zewnętrzny mężczyzn, miała pewien ideał. Życie zweryfikowało jej poglądy. Długa była droga do miłości do pana Jana.

 

Pasje i pomaganie innym Kobiety Charyzmatyczne 2016 – Whystory.pl

Lubi pływanie, jazdę na nartach. Wspólnie z rodziną wyjeżdżają na wakacje. – Lubię spędzać czas z wnukami – podsumowuje. Jak to na Śląsku, cała rodzina mieszka blisko siebie. Pomaga innym w myśl powiedzenia swojej babci: „dosz, to mosz”. To sprawdzało się w jej życiu. Mam zabezpieczoną przyszłość swoją i najbliższych. Zawsze byłam pierwsza do pomocy w rodzinie. Poza nią również. Wspomaga nie tylko zabrzańskie szkoły, gimnazja czy kluby sportowe. Często pomaga indywidualnym osobom, takim które same zgłaszają się po pomoc. Zwłaszcza lubi zainwestować w ludzi albo rzeczy „z potencjałem”.

Magdalena Saganowska

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here