Rozdział IX: Za wcześnie, za późno – już! – WHY Story2 – Czas na zmiany

1335

 

Karolina w przeciągu ostatniego roku otrzymała kilka pism z sądu, które podtrzymywały poprzednią decyzję co do zobowiązań jej byłego męża oraz alimentów na rzecz ich dzieci. Problem tkwił w tym, że pierwszeństwo w ściaganiu należności przypadało sądom, w których toczyły się sprawy w sprawie długów Adama, a dopiero w dalszej kolejności plasowali się ich synowie. Jedynym, choć tymczasowym rozwiązaniem było pisanie odwołań.

– A pani mąż utrzymuje jakikolwiek kontakt z synami? – zapytał jak zwykle jej adwokat.

– Tak, spotyka się z nimi zwykle co dwa tygodnie, jeśli akurat nie jest chory albo jego dziecko lub córka jego nowej żony – odpowiedziała Karolina. – Natomiast generalnie zachowuje się wobec nich nie jak ojciec, który ma wychowywać nastolatków, tylko jak starszy brat.

– Jak to? – zdziwił się mecenas.

– Powiedział, żebym do niego nie „wydzwaniała”, kiedy prosiłam go o pomoc w wychowaniu chłopców, żeby czasem poszedł do któregoś na wywiadówkę albo do lekarza. On chce słuchać tylko o ich sukcesach sportowych czy szkolnych! Ostatnio Tomek wyszedł po raz pierwszy do kolegi na noc, wcześniej wybrali się do klubu na bilard, a w jego komórce włączała się automatyczna sekretarka, kiedy do niego dzwoniłam. Adam stwierdził, żebym nie zawracała mu głowy głupotami, bo może chłopak celowo wyłączył telefon, żeby ode mnie odpocząć – opowiadała Karolina, nerwowo skubiąc frędzle kolorowego szalika. – Martwiłam się, że może syn został na dyskotece i nie wiadomo czy ktoś go nie okradł albo stało się jeszcze co innego. Przecież jako samotna matka, muszę myśleć za dwoje rodziców! W końcu udało mi się przez facebooka uzyskać numer telefonu matki kolegi, u którego Tomek miał się zatrzymać.  Chłopak spał u nas kilkakrotnie, ale do tej pory miałam kontakt tylko z jego ojcem, który z nie mieszkał z byłą żoną. W końcu syn włączył telefon i napisał mi: „żyję”.

– Dobrze, niech pani pisze, co należy wysłać do sądu – zaproponował adwokat.

Po kilkunastu minutach dyktowania tekstu zagmatwanym językiem, zrozumiałym chyba tylko dla sędziów, adwokatów czy prokuratorów, którzy mogli wymyśleć, że koszty sądowe są ważniejsze od alimentów dla dzieci, mecenas Cezarski stwierdził:

– Sam nie wiem, jak długo da się tak odwlekać tę ostateczną decyzję.

– Byle jak najdłużej, starszy syn za półtora roku stanie się dorosły i będzie mi trochę łatwiej – westchnęła przejęta. Zawsze czuła ogromny stres, kiedy przychodziła po poradę do mecenasa, gdyż uważała, że cała ta sytuacja urąga jej godności oraz jej synów. Generalnie sama ich wychowywała, nie mogła układać sobie na nowo życia z taką łatwością jak on, a na dodatek Adam uchylał się od pokrycia nawet połowy kosztów utrzymania ich dzieci.

– Tak, ale czy Tomek w przyszłości da sam radę walczyć o to, co mu się należy od ojca? – zapytał prawnik.

No jasne, że chcę mu pomagać do momentu, aż się usamodzielni, poza tym mój drugi syn dopiero z końcem roku skończy 15 lat, jeszcze wiele przede mną. Te pisma z sądu brzmią od rzeczy, ale nie wiem czy nie jest to nie najgorsza sytuacja, bo jak do tej pory zostawiają jakąś furtkę. Zastanawiałam się nawet czy moja koleżanka, która pracuje w wydziale cywilnym jako sędzina nie ma na to jakiegoś wpływu, bo odwiedzałam ją kilkakrotnie, kiedy miałam coś do załatwienia w tej instytucji, a ona akurat mogła mi powięcić chwilę.

– Pani koleżanka? Sędzina?! – mecenas wydawał się zaskoczony.

– Może pan ją zna, Beata, z domu Gorzawska.

– Taka miła brunetka? – zapytał obniżonym głosem.

– No nie, raczej szatynka, chyba, że ostatnio farbowała włosy, nie widziałam jej z jakieś pół roku, a może dłużej.

– Jeśli mamy na myśli tą samą osobę, to przykro mi, ale nie żyje – uciął krótko, jeszcze niższym tonem.

– Jak to nie żyje?! – zaczęła nerwowo szukać telefonu, żeby odnaleźć pełne nazwisko koleżanki. – O mam: Beata Gorzawska, a po mężu Kondradowska.

Skinął głową: – Tak, to ona. Miesiąc temu urodziła dziecko, a tydzień później zmarła. Miała raka i nie mogła się leczyć w ciąży.

– Jak to, ja nic o tym nie wiedziałam –zdziwiła się i pomyślała, że jej problem z alimentami to całkiem inny kaliber. – Przecież Beata była młodsza ode mnie o rok i miała jeszcze dwójkę starszych dzieci na wychowaniu. Kiedyś byłyśmy sąsiadkami. Czyżby moja mama nic o tym nie wiedziała? Beata mieszkała ze swoimi rodzicami i mężem tylko kilka domów dalej od mojego rodzinnego domu. Jej rodzice to wspaniali ludzie, potrafili mieszkać w trzypokoleniowym domu, wspierać się nawzajem, ale byli też bardzo serdecznymi sąsiadami.

– Tak, to była bardzo sympatyczna osoba – przytaknął ze smutkiem

– Nie mogę w to uwierzyć – powiedziała przejęta, czując jak nagle łzy zczęły jej spływać po policzkach.

– Musze niestety podziękować za rozmowę, bo za chwilę mam kolejne spotkanie.

Wychodząc, odebrała trzęsącymi się rękami telefon:

– Czekamy pod pani drzwiami – usłyszała głos tapicera, który przyjechał po jej kanapę do naprawy.

– Już jadę, sprawy urzędowe zatrzymały mnie trochę dłużej, ale będę za pięć minut – obiecała, wracając do prozy życia.

Kiedy panowie wynieśli tapczan do przeróbki, szybko pomogła chłopakom spakować się na wyjazd do ich taty. Poczuła ulgę, że teraz może już jechać do Konrada na weekend. Była głęboko wstrząśnięta tym, co usłyszała od swojego prawnika i chciała się z kimś podzielić tą smutną informacją. Kiedy znalazła się już u niego poprosiła o whisky z colą i dopiero po kilku łykach powiedziała:

– Zachciało jej się bawić w Agatę Mróz, przecież miała już dwójkę dzieci, czy, k…wa, mniejsze zło nie byłoby tu lepsze… – wyrzuciła z siebie Kinga, która zwykle nie przeklinała i dodała: – Wiesz, robiłam sobie kolejne testy, nie jestem w ciąży. Jeśli dostanę okres, to zakładam spiralę.

Konrad nie namawiał jej, żeby poczekać. Wiedziała, że gdyby już była w ciąży, to stawiłby temu czoła, a gdyby dziecko okazało się zdrową dziewczynką byłby najszczęśliwszym ojcem, ale widocznie nie było im to pisane. Kochali się pół nocy, a potem zasnęli mocno przytuleni. Rano poczuła, jak witał się z jej wnętrzem. Nie mogła mu się oprzeć, nigdy nie oponowała, ból głowy nie miał tu nic do rzeczy. Poranna miłość regulowała jej niskie ciśnienie lepiej niż dzbanek kawy. Poczuła krople jego potu na swoich plecach. Nie odrzucało jej to w jego przypadku. Pociągał ją niesamowicie, jak nikt wcześniej. Czasami miewała dość jego samczo-egoistycznego zachowania w dzień, ale w łóżku był wspaniały; czuły, gorący i taki energetyczny. Może właśnie dobranie seksualne wpływało na ciągłą poprawę ich wzajemnych relacji i budowanie zwykłej, ludzkiej więzi. Godzinę później dostała okres. To był już koniec świadomego planowania i dojrzałego rodzicielstwa.

W poniedziałek umówiła się na wizytę u ginekologa. Rejestratorka zapytała ściszonym, niemalże konspiratorskim tonem:

– I jak tam?

– Cóż, przyszłam założyć spiralę – westchnęła Karolina.

– Spiralę? – jęknęła dziewczyna. – Przecież inaczej się umawiałyśmy!

– Ja już nie będę mieć więcej dzieci, ale pani niech się nie wzbrania, ma pani dopiero jedną creczkę, a pani obecny partner też chce być ojcem – Karolina zdobyła się na uśmiech.

– No, ale miałyśmy razem próbować – zażartowała nieco rozczarowana trzydziestolatka.

Karolina opowiedziała jej, co przytrafiło się Beacie. Sama zaczęła się obawiać, entuzjazm poświąteczny już jej zaczął mijać, a Konrad dawno się otrząsnął z tego „szaleństwa”, jak zaczął od tej pory określać jej marzenie. Jeśli nie chciała wziąć na siebie tego całego świadomego planowania rodzicielstwa, to nie miała zamiaru do niczego zmuszać swojego partnera ani zaskakiwać go taką informacją, szczególnie że jego relacje z jej synami były co najwyżej umiarkowanie dobre. Karolina zdecydowała, że jeśli nie może mieć dziecka, to zaczyna przykładać się to otwarcia własnej firmy.

– Robiłam testy ciążowe i nic!

– Ale ja też tak miałam, okres dostałam i dopiero je powtórzyłam, jak mama mi powiedziała, że wyglądam jakoś inaczej – uśmiechnęła się pani Justyna. – Dopiero w siódmym tygodniu zobaczyłam dwie kreski.

Karolina opowiedziała lekarzowi o czterech testach, jakie już wykonała, że właśnie dostała okres i zaczęła wypytywać lekarza czy na pewno nie jest w ciąży.

– Gdyby tak już było, byłabym ogromnie szczęśliwa, ale jeśli nie jestem, to chcę założyć spiralę. Muszę wiedzieć, jaka jest sytuacja, żeby wykluczyć ewentualną ciążę, żeby nie zaszkodzić, w razie czego, dziecku, jesli możemy w ogóle mówić o dziecku.

– Prawdopodobieństwo, że doszło do zapłodnienia w tych okolicznościach to 0,001%. Zróbmy jednak jeszcze USG dla większej pewności – zaproponował ginekolog.

W trakcie badania opowiedziała mu historię Beaty:

Dziwię się trochę, że tak zdecydowała, że nie wybrała tak zwanego mniejszego zła, przecież ktoś teraz musi wychować jej starsze dzieci.

– Nie możemy zgadywać, kiedy się o tym dowiedziała, a poza tym nie miała pewności czy sama by się uratowała, stosując chemię, a dziecko wtedy na pewno by straciła. Mogła mieć też nadzieję, że po porodzie stanie się jakichś cud i jeszcze zdąży. – skomentował fachowo, jak zwykle.

Karolina była poruszona, ale musiała jeszcze pędzić po zakupy, bo przecież sama robiła je najlepiej, najtaniej i najszybciej, jak większość Polek! Kiedy wróciła do domu, okazało się, że Szymon miał dokuczliwe problemy żołądkowe. Pomyślała, że niepotrzebnie po tygodniowym wycisku na obozie zimowym poszedł dzisiaj na kolejne dwa treningi. Zrobiła mu kisiel i zaaplikowała dietę beztłuszczową. Następnego dnia dużo spał, musiał zregenerować siły, a kolejnego poszli do lekarza rodzinnego.

– To była grypa jednodniowa, wszystko już z nim w porządku – stwierdziła lekarka, po zbadaniu żołądka za pomocą stetoskopu. – Masz bardzo ładnie umięśniony brzuch, widać, że sporo trenujesz i niesamowicie urosłeś od ostatniej wizyty. A pani to już może dać chłopakom spokój i pomyśleć o córeczce – mrugnęła wesoło okiem do Karoliny.

– Tak, marzyłam o tym, ale już przestałam – przyznała, delikatnie się uśmiechając. Pomyślała też, że takie wiadomości się szybko rozchodzą, tym bardziej, że pani doktor Marchlewska jest życiową partnerką doktora Piotrowskiego, z którym wcześniej rozmawiała o dziecku, a ciąża po czterdziestce budzi poruszenie nawet wśród lekarzy.

W domu powiedziała chłopcom, że była u ginekologa, że założyła spiralę i wyjaśniła im jak to działa. Jej synowie też nie chcieli więcej rodzeństwa. Zupełnie wystarczało im już to, że mają jednego „półbrata”. Właściwie dopiero, kiedy ich tata ożenił się drugi raz, dali mamie ciche przyzwolenie na spotykanie się z Konradem, wcześniej najczęściej go bojkotowali. Na początku ich znajomości, kiedy Szymon miał 10 lat, związał obcemu panu buty sznurówkami tak, że trzeba je było rozcinać, a Tomek, bardziej bezpośredni, aczkolwiek wychowywany na dżentelmena zapytał zdenerwowany: Panie Konradzie, czy mógłby Pan stąd s…dać?!

Ciągle z nimi rozmawiała o prewencji – przecież miewali swoje sympatie, a babcią nie chciała jeszcze zostać.

– Mama, na razie mnie to nie interesuje, nie mam czasu na stałe związki, bo treningi są ważniejsze – skomentował na wesoło Tomek.

– Jak by jakaś tam moja dziewczyna zaszła w ciążę, to chyba wychowałabyś nam dziecko, bo przecież masz już w tym doświadczenie – żartował Szymon.

– Wybij sobie to z głowy! – zaprotestowała. – Sama z wami mieszkam, więc jak dorośniecie, to będę miała więcej czasu dla siebie. Mogę czasami pobyć z waszymi dziećmi, jak będziecie chcieli wyjść z żonami np. do kina albo kupić maluchom prezenty świąteczne, ale to waszym obowiązkiem będzie je wychować!

Wieczorem skończyła czytać książkę o kobiecie, która na rok położyła się do łóżka*, kiedy jej specyficzne i wymagające dzieci wyjechały już na studia. Widocznie wcześniej miała tyle z nimi pracy, że była aż tak zmęczona! Gdyby tej kobiety stamtąd nie wyjęli prawie siłą, pewnie umarłaby z głodu, pomimo tego, że przez dłuższy czas, pozostając w swojej sypialni, udzielała porad potrzebującym, wykorzystując swój wolny czas i doświadczenie życiowe. Jednak w pewnym momencie przesadziła z tym nieróbstwem! Karolina wiedziała, że musi zacząć działać i planowała regularną pracę nad otwarciem działalności od najbliższego poniedziałku. W zbliżający się weekend planowała nacieszyć się towarzystwem Konrada, który miał przyjechać do nich po powrocie z delegacji w Warszawie, a później już ruszyć z kopyta.

Jej empatyczny i niezwykle spostrzegawczy Szymek zauważył powracającą melancholię i powiedział:

– Mama, nie martw się, tamta pani zachorowała, bo miała ciężką pracę, ze złodziejami i bandytami, a ty musisz nas wychować, bo jeszcze tego nie zrobiłaś…

Miał rację w stu procentach, tyle jeszcze mam do zrobienia, nie można się poddawać! – pomyśłała Karolina.

Kinga Piekarska

Rozdział V: Za wcześnie, za późno – już! – WHY Story2 – Czas na zmiany

Posted by Why Story Polska on 15 stycznia 2016

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here