Czym jest energia Uni-Vibe

0
108

Rozmowa z Leszkiem Cichońskim – polskim gitarzystą bluesowo-rockowym, wokalistą, kompozytorem i aranżerem, autorem podręczników dla gitarzystów i programów edukacyjnych w TVP, wykładowcą warsztatów muzycznych, twórcą Thanks Jimi Festiwal i Gitarowego Rekordu Świata. Współpracował m.in. z Tadeuszem Nalepą i Wojciechem Karolakiem. Od 7 lat promuje ideę Uni-Vibe (Uniting Vibration of Music). Artysta został właśnie nominowany do tytułu Lidera z powołania w kategorii Lider w sztuce.

Czy urodziłeś się liderem?

Raczej nie (śmiech). Jako nastolatek byłem raczej nieśmiały. Sam o sobie czasem mówię, że jestem muzykiem z przypadku, ale liderem… stałem się rzeczywiście z potrzeby ducha. Zadziało się to spontanicznie, jak prawie wszystko moim życiu. Nie planowałem tego. To po prostu się działo. Dzisiaj wiem jedno – największą frajdę daje mi nie samo granie, tylko łączenie ludzi dzięki muzyce, dzięki idei wspólnego grania. Gitary i „Hey Joe” były początkiem, ale to, co z tego wyrosło, to coś znacznie większego. Za każdym razem mam ciarki na plecach gdy tysiące ludzi podnosi gitary do góry.

Na czym polega fenomen Gitarowego Rekordu Świata?

Na generowanej wspólnie emocji. Na tym, że nagle znika podział: scena – publiczność. Wszyscy uczestnicy stają się wykonawcami. Grają i przeżywają muzykę. To bezcenne doświadczenie i jednocześnie wyjątkowa wartość naszego Festiwalu.
Pierwszy Gitarowy Rekord odbył się w 2003 roku. Spodziewałem się może stu osób, a przyszło 558 gitarzystów. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy po raz pierwszy, spontanicznie, podnieśli gitary do góry i zobaczyłem coś w ich oczach: radość, ekscytację, takie „coś”, czego nie da się zaplanować. Po latach nazwałem to UNI-VIBE – Uniting Vibration of Music.

Czyli rekord nie jest najważniejszy?

Właściwie nigdy nie był. Rekord to tylko pretekst. Najważniejsze jest to, co dzieje się między ludźmi. Ta energia, którą czujemy razem. Dlatego często mówię, że to nie jest koncert – to jest zjawisko „socjologiczno-energetyczne” ( śmiech).

Skąd wziął się ten pomysł?

Od bardzo prostego doświadczenia – kilkanaście osób grających razem „Hey Joe” na warsztatach bluesowych w Zakrzewie.
Poczułem wtedy energię, której wcześniej nie znałem. Nie było wizji tysiąca gitar górze, ale jakaś ważna informacja widocznie została w serduchu. I pomyślałem: trzeba to zagrać na więcej gitar, a potem – zróbmy to jeszcze raz. I gramy co roku 1 maja już 24 lata.

Twoja wersja „Hey Joe” jest inna niż oryginał…

Tak, napisałem nowe słowa, bo oryginalny tekst jest o przemocy. Zawsze odczuwałem nieprzyjemny dysonans, że wszyscy, w tym młodzież i dzieci grają „Hey Joe” i się cieszą, a Joe przecież zastrzelił swoją kobietę i uciekł do Meksyku. Nie, nie – tak być przecież nie może… ja wierzę, że zawsze można wybrać inną drogę.
W mojej wersji Joe wyrzuca broń do rzeki. Wybiera życie. Wybiera szczęście ze swoją kobietą. To było dla mnie ważne – pokazać, że każdy z nas może zrobić ten jeden krok, by zmienić całe życie.

To był początek idei Uni-Vibe?

Tak. Bardzo konkretny. Jechałem wcześnie rano samochodem na wrocławski Rynek na Rekord i śpiewałem sobie nową wersję „Hey Joe – New Story”, w której Joe biegnie z kwiatami do swojej żony, bo właśnie urodziła mu chłopców i tych chłopców jest trzech – pokazałem sobie 3 palce I nagle pojawiło się olśnienie, przecież to są dwie połączone litery U i V – jak Uniting Vibration. Czyli Uni-Vibe. Dość często mam poczucie prowadzenia z „Góry”, wtedy pojawiło się poczucie, że to, co robimy, ma głębszy sens. Że to nie jest tylko muzyka. To jest ważny przekaz.
Z tego momentu narodził się znak i idea Uni-Vibe i całe myślenie o tej energii jako czymś realnym – czymś, co można budować, rozwijać i przekazywać dalej.

Pandemia była testem tej idei?

Ogromnym. Nie mogliśmy się spotkać fizycznie, siedzieliśmy zamknięci w domach, przerażeni i zastraszeni, wszystko nagle stanęło pod znakiem zapytania. I wtedy my we Wrocławiu powiedzieliśmy: gramy dalej!
Uzyskaliśmy zgodę Przezydenta na koncert bez publiczności i zrobiliśmy Gitarowy Rekord ONLINE. Zagrała z nami gitarzystka Michaela Jacksona Jennifer Batten, Jan Borysewicz, Marek Napiórkowski, Marek Raduli i prawie wszyscy topowi Polscy gitarzyści. Ludzie w całej Polsce i za granicą grali w domach, na balkonach, łączyli się z nami przez internet. Wysyłali zdjęcia i filmy ze znakiem Uni-Vibe. I wydarzyło się coś niezwykłego – mimo odległości pojawiło się między nami wszystkimi prawdziwe poczucie jedności.
Dostawaliśmy od ludzi setki sygnałów, że to daje nadzieję. Że ten znak, ten gest – Uni-Vibe – i świadomość że jesteśmy razem, naprawdę coś w nich uruchamia. A Jennifer Baten powiedziała o Uni-Vibe: „The World Needs this Sign” i nagrała o tym piękne video na You Tube.

Twoja działalność to nie tylko Rekord, ale też konkretne osiągnięcia artystyczne… Twoje trzy płyty były nominowane do Fryderyków.

Bardzo cenię te wyróżnienia. Płyta. „Sobą gram” jest bardzo osobista, opowiada o życiu, o refleksjach, o tym, co naprawdę czuję. Tekst tytułowego utworu napisał Jacek Cygan.
Bardzo ważna była też płyta „Thanks Jimi Symphonic” nagrana z orkiestrą symfoniczną Narodowego Forum Muzyki we Wrocławiu – to pierwszy i jedyny na świecie krążek z opracowaniami utworów Hendrixa na orkiestrę symfoniczną. To było ogromne wyzwanie i wspaniała przygoda artystyczna.

Do tego dochodzą odznaczenia – srebrny i brązowy medal Gloria Artis.

Traktuję to jako docenienie drogi, którą konsekwentnie idę od lat.

35 lat temu opracowałeś i wydałeś podręcznik z kasetami, który zmienił zupełnie edukację gitarową w Polsce.

Kurs „Blues-Rock Guitar Workshop” powstał z potrzeby serca – chciałem przekazać wiedzę, której sam kiedyś szukałem. Tysiące młodych ludzi zaczęło swoją przygodę z gitarą właśnie od tego podręcznika.

Twoi uczniowie dziś sami są znanymi artystami…

I to jest jedna z najpiękniejszych rzeczy i źródło mojej ogromnej satysfakcji. O wielu z nich trudno powiedzieć, że są moimi uczniami, ale mój podręcznik pojawił się na początku ich przygody z gitarą i zupełnie zmienił ich życie. Z mojego Workshopu korzystali m.in. Piotr Kupicha (Feel), Piotr Łukaszewski (IRA), Piotr Lekki z TSA, Robert Drężek z Luxtorpedy, Andrzej Domżoł, a nawet rosyjski wirtuoz Roman Miroshnichenko.
Planuję teraz wznowienie tego kursu. Mimo, że czasy kaset magnetofonowych dawno minęły, to „Blues-Rock Guitar Workshop” dzięki skutecznej metodzie edukacyjnej ciągle budzi ogromne zainteresowanie.

A Twoja pierwsza gitara?

Podkradałem gitarę starszemu bratu i mu ją regularnie rozstrajałem. Rodzice zauważyli, że z tego powodu rodzą się domowe konflikty i kupili mi pierwsze małe pudło Defila – od tego się zaczęło. A w roku 1975 pojechałem do NRD po pierwszą elektryczną gitarę – Musima – miała kształt startocastera, więc marzyłem o takim właśnie instrumencie. Sprawdziłem wiele gitar tej marki, jednak ostatecznie wybrałem czeską Jolanę, która mimo zupełnie innej konstrukcji zagrała genialnie – po prostu odezwała się do mnie ludzkim głosem. Na tej gitarze do tej pory grywam w projekcie „VIVA SANTANA” z Jose Torresem.

Kto Cię uczył gry na gitarze?

Wszyscy najbardziej znani giganci – – BB. King, Eric Clapton, Jimi Hendrix. Peter Green, Carlos Santana i inni. Przegrywaliśmy wtedy najciekawsze zespoły z Radiowej Trójki na magnetofon szpulowy. Później, gdy kolega dostał sprzęt kasetowy, przegrywaliśmy szpule na „kaseciaka” – było czego słuchać w tamtych czasach.

Jaką sztuką jest muzyka?

Niematerialną, jest jak dusza, nie można jej dotknąć, a ma na nas bardzo ogromny wpływ. Podobnie jest z jej odbiorem. Jest „niematerialny”. Każdego roku na wrocławskim rynku spotyka się tysiące gitarzystów, by zagrać razem i doświadczyć tego zjawiska. To wspólne doświadczenie pokazuje jak bardzo jesteśmy sobie bliscy, mimo że przecież jesteśmy często bardzo różni. Żadne spory nie mogą nas dotyczyć, bo jesteśmy wtedy ponad tym, połączeni dźwiękiem gitar i energią Uni-Vibe.

W Twoim życiu bardzo ważna jest rodzina…

To właśnie rodzina jest dla mnie podstawą spełnienia i szczęścia w życiu… zachowanie balansu między pasją i byciem blisko z drugą osobą to duża sztuka i nad tym pracuję całe życie. Dokładnie o takiej relacji jest tytułowy utwór z płyty „Sobą gram” – Jacek Cygan trafił z tekstem w sedno.
Dopiero od niedawna zauważam, że w moim życiu nie było przypadków – po prostu nie mogło być inaczej. Pamiętam dokładnie rok 1970. Wyjechałem wtedy na kolonie letnie, miałem 12 lat, byłem więc dzieciakiem, gdy poznałem niebieskooką, rok młodszą dziewczynkę – Jolę – i po prostu odleciałem (śmiech). Ja mieszkałem we Wrocławiu, ona w Złotoryi, więc możliwości spotkania się właściwie nie było. Pięć lat później, gdy wyjechałem po wspomnianą gitarę do NRD, pomyślałem sobie, że może to właśnie jest idealna okazja, by odwiedzić moją miłość z lat szczenięcych lat i tak też zrobiłem. Później w klasie maturalnej Jola zaprosiła mnie na Sylwestra. Pojechałem i…po prostu zatrzęsła się Ziemia. Gdy to teraz wspominam wydaje mi się, że jakieś anielskie istoty były wtedy z nami i już wtedy moja dusza wiedziała, że to na pewno Ona. Teraz, jesteśmy 43 lata po ślubie, mamy trójkę dzieci, czworo wnucząt, ale najważniejsze jest, że między nami ciągle iskrzy. 😊

Pamiętasz nazwę swojego pierwszego zespołu?

Tak. Nazywaliśmy się Colegium i daliśmy pierwsze koncerty w klubie studenckim Index. Wtedy też jeszcze nie wiedziałem, że będę grał. Potem był CDN – nota bene pierwszy zespół Pawła Kukiza. Była to po prostu zabawa w muzykowanie. Równolegle planowaliśmy się pobrać z Jolą i tu miałem poważny dylemat. Trzeba było przecież skończyć uczelnię. Z tytułem magistra inżyniera wkraczałem więc w dorosłość. Mój ojciec był radcą prawnym w dyrekcji zakładów karnych i ja miałem zostać tam inspektorem sanitarnym z zapewnioną „świetlaną przyszłością”. Życie jednak czasem płata figle. Moja narzeczona wyszła za mąż za poważnego, dobrze rokującego młodzieńca – magistra inżyniera, a już po czterech dniach od ślubu była żoną rockowego muzyka. 😊

Pisałeś też teksty?

Raczej rzadko. Zwykle inspiracją bywały różne sytuacje życiowe, z którymi musiałem sobie poradzić. Nad swoja w pełni autorską płytą tak naprawdę usiadłem 13 lat temu. „Sobą gram” to concept album. Utwory tam zebrane są wynikiem przemyśleń, pytań związanych z życiem i jego problemami. Pierwszy tytuł mówi wszystko – „Co masz w głowie?” – w czasach globalnej manipulacji to ważna sprawa, by czasem „przeskanować ten komputer”, a drugi „Kim jestem?” jest o miłości, to dedykacja dla mojej żony, z którą spędziłem tyle lat . Muzyka z tej płyty była dla mnie trochę terapią, dzięki niej poczułem, że udało mi się znaleźć w życiu długo poszukiwany balans. Dziś jestem spełnionym, szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. I ciągle mam poczucie, a właściwie potrzebę , żeby dzielić się dobrą wibracja z innymi. Chyba właśnie z tego narodził się pomysł idei Uni-Vibe.

Czym jest dla Ciebie Uni-Vibe dziś?

Dzisiaj widzę Uni-Vibe już nie tylko jako doświadczanie jednego wydarzenia, ale jako szeroką ideę, która zaczyna żyć własnym życiem i ma potencjał wyjścia daleko poza Wrocław i Polskę. Coraz częściej pojawiają się sygnały z różnych miejsc na świecie, ludzie grają z nami online, pojawia się zainteresowanie w takich miejscach jak San Francisco czy w Japonii i czuję, że to może być początek czegoś większego. Uni-Vibe może stać się ruchem, który w prosty sposób – bez wielkich haseł – realnie zmienia coś między ludźmi na lepsze.

Twoja kariera wiąże się także z telewizją.

To prawda. Pamiętam, że wydarzyło się to w okresie, kiedy z Tadeuszem Nalepą wróciłem z koncertów w USA. Już wtedy miałem plan opracowania szkoły dla gitarzystów.

I wtedy zainteresowała się Tobą telewizja

To był rok 1995 więc kilka lat później. Nagrałem w sumie 52 odcinki dla TVP Edukacyjnej. Do swoich programów zapraszałem m.in. Jurka Styczyńskiego, Marka Radulego, Wojtka Pilichowskiego, Grzegorza Skawińskiego czy Janka Borysewicza. To były bardzo popularne programy i inspiracja dla wielu młodych ludzi do sięgnięcia po gitary.

Powiedziałeś kiedyś, że zmieniasz świat?

Powiedziałem, że „razem zmieniamy świat na lepszy”. Może to zabrzmi górnolotnie, ale to prawda. Rzeczywiście, doświadczenie jakie daje wspólne granie na Gitarowym Rekordzie we Wrocławiu podnosi wibracje świata. W tym roku oprócz „Hey Joe” zagramy przebój Boba Marleya „ONE LOVE” razem z jego gitarzystą Alem Andersonem. Chcę żeby właśnie takie przesłanie poszło w świat z Wrocławia – ONE LOVE, ONE VIBE, UNI-VIBE! 😊
Jeśli tysiące ludzi przez chwilę czują taką jedność – to coś się zmienia. A jeśli zabierają to ze sobą do swojego życia – to zmienia się więcej, niż nam się wydaje.

Dlaczego jesteś liderem z powołania?

Nie urodziłem się liderem i długo w ogóle o sobie w ten sposób nie myślałem – to raczej kolejne sytuacje w naturalny sposób stawiały mnie w miejscu, w którym trzeba było coś poprowadzić i wziąć za to odpowiedzialność. Z czasem zrozumiałem, że kiedy pojawia się przestrzeń do wspólnego działania, to instynktownie ją tworzę, rozwijam i spinam ludzi wokół idei, nawet jeśli wcześniej tego nie planowałem. Jeśli więc mam powiedzieć, dlaczego dziś nazywam to powołaniem, to chyba dlatego, że to nie jest wybór – tylko coś, co się po prostu wydarza i prowadzi mnie dokładnie tam, gdzie powinienem być.

Wojciech Skowroński
Beata Sekuła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj