Czy spółka z mężem jest zawsze bezpieczna ? Historia Jowity

6418

Jowita wychowała się w biedzie. Ojciec zginął na kopalni, więc matka samotnie wychowywała ją i młodszego brata. Nie było łatwo, ale udało jej się zapewnić dzieciom wykształcenie i w miarę dobry start w dorosłe życie.

 

– O Jacka się nie martwię – powtarzała matka. – Twojemu bratu zawsze będzie łatwiej, bo to mężczyzna. Ty musisz mieć wykształcenie i zadbać o siebie. Jak wyjdziesz za mąż, pamiętaj, żebyś miała swoje pieniądze. Pracuj, to będziesz niezależna. W życiu różnie bywa.

Jowita pamięta te słowa do dziś. Teraz brzmią one ironicznie. Jej małżeństwo się rozpadło. Co z tego, że zadbała o siebie. Zadbała tak, jak rozumiała to mama. Ale czy to wystarczyło?

Andrzeja poznała na studiach. Tak dobrze się rozumieli, że już po niecałych trzech miesiącach wydawało im się, że znają się wieki i wieki też będzie trwać ich miłość. I małżeństwo, o którym pomyśleli prędko. Pobrali się, wynajęli kawalerkę w Katowicach, obronili magisterki i nie musieli się martwić o pracę, bo były to lata, gdy działalność gospodarcza to było to. Andrzej pojechał na krótko do Niemiec, nawiązał kontakty i natychmiast zaczęli oboje sprowadzać stamtąd części do maszyn dziewiarskich. Najpierw to, potem handel akcesoriami meblarskimi, a następnie Andrzej dostał propozycję założenia biznesu jako przedstawiciel dużej marki motoryzacyjnej w Polsce. Dzięki temu pomysłowi dorobili się znaczącego kapitału, który pozwolił im otworzyć firmę produkującą sprzęty z branży sanitarnej. Szło im świetnie. Zgarniali zyskowne zamówienia, trochę eksportowali i rozwijali park maszynowy spółki. Dobra znajomość języka to również był atut. Oni zaś nie mieli z tym problemu, posługiwali się swobodnie angielskim i niemieckim, co pomagało im w kontaktach poza Polską.

Tyrali oboje. Ale opłacało się. Jowita prowadziła księgowość, zajmowała się wszystkimi sprawami „papierkowymi”, zatrudniała pracowników, dbała o administrowanie biznesem. Andrzej pozyskiwał kontakty i zlecenia. Kupowali nieruchomości, wybudowali dom, drugi mały kupili w Beskidach. Cieszyli się, że mają dla kogo pomnażać majątek, bo były przecież dzieci. Ania i Przemek – parka „po królewsku” – jak mawiała matka Jowity. Wszystko jak w bajce. O drogich wczasach na Dominikanie czy nartach w Alpach, wakacjach zagranicznych dla dzieci i „wypasionych” sprzętach oraz samochodach nie trzeba chyba wspominać.

Jowita czuła się bezpiecznie. Oboje z mężem mieli równe udziały w swojej spółce, zarządzali nią wspólnie, prywatne konta bankowe należały do obojga, podobnie jak domy i działki. Decyzje podejmowali razem, umowy podpisywali razem, pieniądze wydawali swobodnie, mając do nich równy dostęp. Wszystko uzgadniali wspólnie, nie raz kłócąc się ze sobą, ale kto się nie kłóci? Grunt, że sobie ufali.

– Andrzej nie ma co myśleć o rozwodzie z Tobą, gdyby mu taka głupia myśl przyszła do głowy – powiedziała kiedyś przyjaciółka Jowity. – Widzisz, jacy są faceci po czterdziestce. Ty przynajmniej jesteś zabezpieczona, wszystko jest wspólne – zaśmiała się sardonicznie. – Nie to, co u mnie. Dałam się wyrolować mojemu ślubnemu i zostałam z niczym. – Magda często wspominała swoją naiwność, która pozwoliła jej podpisać z mężem intercyzę, dzięki czemu po rozwodzie została na lodzie. – Zaufałam gnojkowi. Ty nie będziesz taka głupia.

Któregoś wieczora Andrzej wspomniał o nowym kontrahencie, który zaprasza go do Australii. Rozważali kolejny krok biznesowy prawie przez miesiąc. W końcu stanęło na tym, że Andrzej pojedzie do Sydney na tydzień, dwa, pozna realia, oceni, a potem zastanowią się co dalej. Ustalili plan pracy na kolejne tygodnie i Andrzej wyjechał.

Po tygodniu zadzwonił, że zostanie dłużej. Jowita przyjęła to do wiadomości. Życie w Polsce szło utartym torem. Praca, dzieci, dom, praca. Tylko, że Andrzej nie wracał przez kolejne dwa miesiące. Ich rozmowy telefoniczne coraz częściej przerywało odłożenie słuchawki – albo przez nią, albo przez niego. Andrzej z tygodnia na tydzień podawał coraz to nowe powody przedłużenia pobytu. A to czekał na spotkanie, a to spotkanie przełożyli, a to nagła zmiana planów. Potem czekał na odpowiedź, następnie szukał nowych kontaktów. Znów czekał na rekomendacje, później na druk katalogu w Polsce i tak dalej. Jowita irytowała się coraz bardziej, nie rozumiała dlaczego tym razem tyle to trwa, podczas gdy Andrzej decyzje zawsze podejmował sprawnie, a jak coś się przedłużało, to odkładał temat, żeby skupić się na tym „co idzie”, jak mawiał. Teraz było inaczej, a niczego jej nie tłumaczył.

W końcu przyjechał. Zbliżały się święta. Do Wigilii praktycznie nie rozmawiali o tym, co załatwił. Wszystko miało „się okazać” później. Andrzej spokojnie zapewniał, że teraz trzeba czekać. Każde wróciło do swoich zadań i tak dociągnęli do Nowego Roku.

Czwartego stycznia Jowita wróciła do domu z pracy, wzięła się za obiad przed powrotem dzieci i zadzwoniła do męża. Telefon był wyłączony. Próbowała kilka razy, ale bezskutecznie. Po obiedzie odwiozła syna na tenisa, a córkę na basen i kolejny raz wykręciła numer do Andrzeja. Znowu poczta głosowa. Pojechała do firmy. Wszyscy już wyszli i w biurze było cicho. Za sprawą światła przenikającego przez szklane drzwi w pokoju panował półmrok. Siedziała, próbując ponownie się połączyć i niepokojące scenariusze zaczęły kłębić się jej w głowie. Chyba nie miał wypadku – wtedy zadzwoniliby do niej z komórki męża, gdzie na ekranie blokady był wpisany jej numer ICE. Przecież nigdy mu się nie rozładował telefon. Rano pojechał na spotkanie do Gliwic, co prawda nie odezwał się potem, ale przecież nie zawsze dzwonił po spotkaniu. Zauważyła na biurku teczkę Andrzeja. Czyli był tu w ciągu dnia, gdy ona już wyszła. Cień na ścianie wydał jej się dziwny. Zaświeciła lampkę na biurku. Sejf był otwarty. Podeszła bliżej. Sejf był otwarty i pusty. W środku trzymali gotówkę „na czarną godzinę” i w tym tygodniu były tu jeszcze trzy koperty dla dostawców za ostatnie zlecenia. To nie były małe pieniądze. Podobny sejf był w domu. Zamknęła pokój i opuściła firmę.

Kiedy weszła do domu, poczuła wodę kolońską Andrzeja. Łazienka była zaparowana. W garderobie brakowało walizki. Weszła do garażu. Jego auto stało na miejscu. Wróciła do sypialni i odsunęła tylną ściankę komody, za którą w ścianie był ukryty drugi sejf, wystukała szyfr i pociągnęła za drzwiczki. Pusto. Telefon męża nadal milczał.

Po odebraniu dzieci z zajęć spędziła z nimi wieczór na codziennych sprawach. Trochę zadania na jutro, trochę rozmowy, lekka kolacja i w końcu poszli spać. Zrobiło jej się smutno, że nawet nie spytali gdzie tata. Wytłumaczyła sobie jednak, że może trochę odzwyczaili się od niego z uwagi na ten długi pobyt w Australii.

Weszła na stronę banku, zalogowała się do konta osobistego, które służyło im do codziennych wydatków. Przetarła oczy z zdumienia, bo nawet debet był wykorzystany. Przedwczoraj, kiedy płaciła w markecie za zakupy, pieniądze były. Zauważyła, że limit przelewów został zmieniony. Ostatni przelew poszedł na konto Andrzeja. Jego osobiste, nieznane jej konto. Ale to i tak za mało. Gotówką wyjął resztę. Tutaj limit także był zwiększony. Tak samo było w dwóch innych bankach. W jego telefonie słychać było tylko pocztę głosową.

Kolejne dni wyjaśniły sprawę. Andrzej rzeczywiście spotkał się z kontrahentem, wszystko pozałatwiał do południa, a potem, gdy wyszła z biura, musiał opróżnić sejf i rachunki bankowe. Później po prostu minęli się w domu. Tam opróżnił sejf domowy, spakował się, pewnie zamówił taksówkę i tyle. Ciekawe, co by jej powiedział, gdyby wróciła wcześniej. Liczył, że będzie się martwić i pojedzie do biura? Wiedział, że odwozi dzieci, więc nie będzie jej w domu? Ciekawe, co miałby jej do powiedzenia. Szybko się tego dowiedziała, gdy na drugi dzień otworzyła maila firmowego. Firmowego! Napisał do niej z telefonu: „Skarbie, muszę wracać do Sydney, pogadamy, jak zadzwonię jutro, dobrze? To jest poważna sprawa w sumie, ale wyjaśnię Ci to później.”

Czas pokazał, że jego jedyne wyjaśnienie to był mail ze zdjęciem w towarzystwie szczupłej blondynki, najwyraźniej młodszej, którą obejmował wpół, uśmiechając się do obiektywu. Jowitę zemdliło.

„Jowi, myślałem, że mi to minie, ale postanowiłem. Obiecaliśmy sobie, że będziemy mówić, gdyby coś się z nami działo. Więc piszę, jak jest. Wróciłem do Australii i zostaję. Pieniądze, które pobrałem z naszych zapasów musiałem mieć na początek tutaj. Dziewczyna na zdjęciu to Connie. Skarbie, to nasze małżeństwo, to już za długo trwa, ja chcę czegoś innego. Wiem, że sobie poradzisz, z dziećmi pogadam za jakiś czas. Na razie powiedz, że po prostu wyjechałem. Może to faktycznie draństwo z mojej strony, ale zawsze mówiliśmy sobie, że każdy ma prawo do swojego życia. Moje życie z Tobą już nie było dla mnie takie, jak kiedyś. Odezwę się za jakiś czas, jeśli będziesz chciała. Jeśli chodzi o rozwód, to winę biorę na siebie. Rozmawiałem z prawnikiem i on się wszystkim zajmie. Zostaję w Australii.”

Zostaje w Australii. Co za dupek.

Teraz, Drodzy Czytelnicy, historia ta pomoże nam tylko poznać prawne konsekwencje sytuacji, w której znalazła się Jowita z dziećmi. Nie wsłuchamy się w jej emocje, nie dowiemy się czy popadła w depresję, czy była silna i jak przeżyła zmianę oraz stratę. Nie dowiemy się, jak zareagowały dzieci ani jej rodzina. Nie usłyszymy też czy Jowita  wynajęła płatnego zabójcę, który pojechał do Australii i załatwił sprawę z mężem, odsyłając go do krainy wiecznych łowów… Otóż to ostatnie rozwiązanie, paradoksalnie, z punktu prawnego o wiele mniej skomplikowałoby życie jej i dzieciom…

A tymczasem…

Firma została sparaliżowana, ponieważ Andrzej nie zostawił żadnych pełnomocnictw. Skoro małżonkowie nie mieli zawartej intercyzy i wszystko „było na pół”, Jowita nie mogła dokonać samodzielnie żadnej czynności odnośnie majątku. Z wyjątkiem oczywiście płacenia podatków i rachunków.

Umowy, oświadczenia woli i wszystkie najważniejsze decyzje, zgodnie z reprezentacją przewidzianą w ich spółce – czyli dwóch członków zarządu łącznie – małżonkowie podpisywali wspólnie. Prawnicy wcześniej podsuwali inne pomysły i sygnalizowali rozmaite rozwiązania, lecz oni ufali sobie i zdecydowali, że trzymają się we wszystkim razem. Co za głupota.

Zakładając spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, wspólnicy ustalają ilość udziałów każdego z nich, wskazują siedzibę spółki, zakres jej działalności i wysokość kapitału zakładowego. Ustalają też w umowie spółki sposób jej reprezentacji. Dopuszczalna jest forma reprezentacji jednoosobowej, zaś zasadą jest reprezentacja przez dwóch członków zarządu lub też reprezentacja łączna jednego członka zarządu wraz z ustanowionym prokurentem. Wtedy pod nieobecność jednego z członków zarządu, drugi może działać wraz z prokurentem, podpisując wymagane dokumenty. Zmiany w sposobie reprezentacji muszą być dokonane poprzez zmianę postanowień umowy spółki i to większością dwóch trzecich głosów.

Jowita zrozumiała, że jednak trzeba było przyjąć zasadę, że spółkę, oprócz dwóch członków zarządu łącznie, reprezentować może także jeden członek zarządu wraz z prokurentem. Tego ostatniego mogli przecież ustanowić na wszelki wypadek, choćby w osobie brata Jowity. I teraz Jowita mogłaby prowadzić sprawy spółki bez zakłóceń. Niestety, na to było już za późno. Zdała sobie sprawę, że ta sama sytuacja z grubsza czekałaby ją, gdyby Andrzej miał wypadek i zapadł w śpiączkę.  

Była w impasie.

W tej sytuacji w imieniu Andrzeja, a właściwie w jego miejsce, zgodę na cokolwiek musiałby wydać sąd. Wiadomo jednak, że takie sprawy nie są załatwiane od ręki.

Tymczasem ewentualne dochody i długi obojga nadal szły na wspólne konto.

Uzyskanie rozdzielności majątkowej przed sądem rejonowym było wątpliwe. To z uwagi na trudności w doręczeniu Andrzejowi wezwania i nieznany adres zamieszkania, co skutkowałoby w efekcie koniecznością ustalenia dla niego kuratora do sprawy sądowej. Wszystko to zabiera wiele czasu. Ona musiała znaleźć rozwiązanie jak najszybciej.

Rozdzielność majątkową sąd ustala w razie, gdy sytuacja małżonków nie pozwala na zarządzanie majątkiem wspólnym, niesie zagrożenie jego uszczuplenia, a okoliczności wskazują, że małżonkowie nie będę się w stanie porozumieć. Po ustanowieniu jednak rozdzielności przez sąd oboje małżonkowie pozostają nadal współwłaścicielami dotychczasowego majątku, jednak dochody przez nich osiągane i nabywanie majątku następuje do majątku osobistego każdego z nich. Można także dokonać podziału majątku – przed sądem lub w formie notarialnej. Podczas takiego podziału rozliczane są także nakłady, jakie poczyniono z majątku wspólnego na majątki osobiste małżonków i odwrotnie. W razie zaś zaciągania długów każdy z małżonków czyni to na własny rachunek.

Po dwóch miesiącach Jowita otrzymała pismo z sądu. Andrzej, za pośrednictwem swojego adwokata, któremu pełnomocnictwa udzielił przed wyjazdem, złożył pozew z wnioskiem o rozwód bez orzekania o winie, potwierdzając, że małżeństwo uległo trwałemu i zupełnemu rozpadowi, a to z powodu między innymi rozłąki. Wskazał Jowitę jako rodzica wykonującego władzę rodzicielską nad Anią i Przemkiem, a alimenty dla dzieci zaproponował nader wysokie ze swojej strony. Na papierze. Sam do tej pory jakoś nie łożył na dwoje nastolatków, choć minęło kilka miesięcy. Sąd rozprawę wyznaczył za trzy miesiące. Jowita złożyła odpowiedź na pozew wraz z wnioskami o zabezpieczenie zarówno pieczy nad dziećmi, jak i alimentów, licząc, że sąd wyznaczy bliższy termin rozprawy. Tak się jednak nie stało, mimo że przepisy przewidują miesiąc na rozstrzygnięcie sprawy o zabezpieczenie, jeśli wymaga to przesłuchania stron.

Do końca drugiego kwartału feralnego roku wszystkie zrealizowane przez spółkę umowy zostały rozliczone, zaś o nowe kontrakty Jowita nie mogła się starać, bowiem umowy z dostawcami czy odbiorcami musiałyby być podpisane przez oboje – Jowitę i Andrzeja. Próba zaś zawarcia ich w oparciu o zgodę sądu byłaby nierealna, gdyż w biznesie liczy się czas i żaden kontrahent nie będzie czekał aż sąd rozważy czy postanowienia umowy są korzystne dla spółki Jowity, by zezwolić jej na ich zawarcie pod nieobecność męża – tutaj drugiego członka zarządu, a także wspólnika.

Aby ratować to, co się da, założyła oddzielną działalność gospodarczą dla podtrzymania chociaż części kontaktów biznesowych. Nie mogła się starać o większość zleceń, bo nie miała referencji i nie była w stanie wykazać wymaganego doświadczenia nowej firmy. Legalnie także nie mogła wykazać prawa do korzystania z linii produkcyjnych spółki swojej i Andrzeja. Spółka przecież nie mogła podpisać z nią umowy dzierżawy środków produkcji. Wobec tego Jowita zdecydowała się przekroczyć reguły i we własnej spółce stała się bezumownym użytkownikiem, który de facto zawłaszczył jej środki produkcji, aby na nich pracować. Zrobiła to, by przetrwać. Bez umów na dzierżawę linii produkcyjnych i tak musiała zrezygnować z większości kontraktów, bo zamawiający wymagali takiego dokumentu. Teraz przynajmniej miała zajęcie chociaż dla części pracowników, mimo tego, że płacić musiała wszystkim. Płaciła im zarobionymi w nowej firmie pieniędzmi, które przelewała spółce, by ta wypłacała pracownikom pensje. Zwolnienie pracowników przez spółkę byłoby nie dość, że niemożliwe, to i zbyt kosztowne, a legalnie przejąć ich nie mogła.

Pracownicy spółki zatrudnieni na czas nieokreślony mogą zostać zwolnieni za wypowiedzeniem, w którym pracodawca musi podać przyczynę rozwiązania umowy. W razie, gdy przyczyna leży po stronie pracodawcy, pracownikowi należy się tzw. odprawa. Możliwe jest też przejęcie zorganizowanej części przedsiębiorstwa wraz z pracownikami, lecz tutaj konieczne jest porozumienie pracodawców oraz zachowanie wymogów i terminów ustawowych oraz zawiadomienie właściwego urzędu pracy. Z kolei pracownicy zatrudnieni na czas określony, gdy strony umowy przewidziały co najmniej dwutygodniowy okres wypowiedzenia, mogą zostać zwolnieni za wypowiedzeniem bez podania przyczyny, jednak mogą zwrócić się do sądu o przyznanie im tzw. odprawy, gdy pracodawca rozwiąże z nimi umowę z przyczyn stojących po jego stronie.

Utrzymanie spółki, która nie mogła pracować, bo nie miał kto dla niej zawrzeć umów, także generowało koszty. Pozbyć się ich mogła tylko poprzez złożenie wniosku o upadłość. Na to było jednak za wcześnie, bowiem spółka nie miała takich długów, jakie przewiduje prawo, by orzeczona mogła być upadłość. Płacenie wynagrodzeń pracownikom zmniejszało potencjalne zadłużenie spółki. Dla niej samej, po pokryciu rachunków za media, także w imieniu spółki, zostawało niewiele. Nie płaciła tylko kredytu i leasingu, licząc na cud. Zresztą i tak nie miała z czego. Ale trwała.

Sąd, badając wniosek o upadłość, sprawdza czy spółka stała się niewypłacalna. Dłużnik jest niewypłacalny, jeżeli nie wykonuje swoich wymagalnych zobowiązań. Sąd może oddalić wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli opóźnienie w wykonaniu zobowiązań nie przekracza trzech miesięcy, a suma niewykonanych zobowiązań nie przekracza 10% wartości bilansowej przedsiębiorstwa dłużnika. Na wartość bilansową z kolei składa się wartość majątku.

Likwidacji spółki musi zostać podjęta w formie uchwały wspólników. Należy wyznaczyć likwidatora, spółka musi zakończyć działalność, wypełnić wszystkie zobowiązania oraz otrzymać należności, a następnie złożyć do sądu wniosek o wykreślenie jej z Krajowego Rejestru Sądowego. Zasadność wniosku bada sąd.

Zlikwidować spółki więc nie mogła, ponieważ do tego również potrzebny byłby Andrzej i jego zgoda. Nie mówiąc już o konieczności wypłacenia odpraw zwolnionym pracownikom i pozostałych kosztach oraz podatkach. Mogła też w pewnym momencie przestać płacić pracownikom. Już teraz przestała płacić za leasing samochodów spółki i kredyt na zakup kilku maszyn. Była na drodze do upadłości tak czy inaczej. Widmo zlicytowania co najmniej wyposażenia firmy stało przed nią na pewno. A wtedy i ona sama – w swojej nowej firmie działającej bezumownie na majątku spółki – zostałaby bez grosza.

Tymczasem nadeszła jesień.

Najgorsza była odpowiedzialność za pracowników. Rozumiała dobrze, że brak pensji to brak zupy w garnku. Sama to poczuła, gdy zapłaciła za gaz po sezonie grzewczym i tym sposobem została bez pieniędzy. Mając domy, działki, budynki, firmy, nie miała za co kupić chleba. Sprzedała spłacony samochód Andrzeja, swój pozostawiając, bo sprzedać i tak się go nie opłacało z uwagi na leasing. Idiotyczne.

Wszystko to ją głęboko dotknęło. Pretensje pracowników, telefony z banku i firmy leasingowej, leżące na biurku rachunki za energię, wodę, paliwo i Bóg wie, co jeszcze. Ta sytuacja kiedyś wydawałaby się jej nierealna.

Andrzej nie przyjechał też na pierwszą rozprawę rozwodową. Jego pełnomocnik podtrzymał żądanie rozwodu. Z uwagi jednak na nieobecność męża Jowity sprawę odroczono. Po rozprawie adwokat minął ją śpiesznie na korytarzu, unosząc ręce do góry i kręcąc głową na jej prośbę o numer telefonu do Andrzeja. Dalej stała w miejscu.

Słowa matki, by dbała o siebie, teraz nabrały innego znaczenia. Myślała, że zadbała, bo wszystko dzieliła z Andrzejem, on też nie mógł zasadniczo niczego zrobić bez niej. W razie rozwodu mieliby majątek, którego część należąca do niej miałaby ją zabezpieczyć. Miała zawód, jako ekonomistka świetnie prowadziła sprawy spółek, na podatkach też się znała. Zdała sobie jednak sprawę, że jej bezpieczeństwo było oparte na uczciwości i odpowiedzialności Andrzeja. Nowa sytuacja wcale nie była dla niej bezpieczna. Potencjalnie dla Andrzeja także nie, bo wspólny majątek się zadłużał – no, ale on odciął się od wszystkiego i nadal nie odpowiadał na telefony ani maile. Do dzieci czasem odzywał się na Facebooku. Jego sytuacja wydawała się komfortowa. Po części zadłużony, ale nadal był współwłaścicielem całego ich dorobku życiowego, w tym pieniędzy, które Jowita zarobiła sama po założeniu nowej firmy. Żył z dala od problemów, które sam wygenerował i w razie czego miał do czego wrócić.

Tak też się stało na Wielkanoc. Od wyjazdu do Australii minął ponad rok. Gdy Jowita wracała z dziećmi od swojej matki, zadzwonił jej telefon.

– To ja – usłyszała męski głos.

– Kto ja? – spytała marszcząc czoło. Nawet do głowy jej nie przyszło z kim może rozmawiać.

– Andrzej, stoję przed domem, nie mam kluczy.

Nasze życie przypomina jazdę samochodem, pomyślała Jowita. Masz wiele opcji i możliwości, możesz jechać gdzie chcesz, ale pewne zasady funkcjonują. To znaki, reguły pierwszeństwa i zasada ograniczonego zaufania. I skrzyżowania. Andrzej władował żonę w korek. Stała w nim ponad rok, nie mogła wysiąść, zawrócić, paliwa ubywało, kolejka poruszała się wolno. W końcu dojechała do skrzyżowania, na którym go znowu spotkała. Będzie musiała wybrać co dalej. Pozwolić mu wsiąść? Ominąć? Skręcić w prawo czy lewo? Życie to wybory.

Katarzyna Martyka

www.kancelaria.martyka.org

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here