Jurka Owsiaka droga do realizacji pasji i marzeń…

1822

Z sercem na dłoni

Znany wszystkim Polakom i bliski sercom milionów Jurek Owsiak właśnie otrzymał nominację do tytułu Lider z powołania w kategorii: Lider społeczny. Nie trzeba chyba tłumaczyć skąd ta nominacja, gdyż doskonale wiemy, że należy on do najbardziej charyzmatycznych i zaangażowanych w pomoc społeczną liderów. Skąd i jak te wszystkie pobudki, ale także zdolności i umiejętności zebrały się w jednym człowieku?! Na podobne pytania, np. jak pokonywał swoje własne blokady, odpowiedzi szukała Beata Sekuła, autorka Programu i artykułu.

 

Wychowany w grupie

Chęć pomagania, działania w zespole oraz umiejętność zarządzania grupą zaangażowanych ludzi nie wynika u Jurka Owsiaka z jego doświadczeń z dzieciństwa takich, jak np. pełnienie roli przewodniczącego klasy. Sam twierdzi, że zajmowali się tym zwykle uczniowie lepsi od niego. Jego powody były zupełnie inne…

Cechy społeczne przejąłem po ojcu, pułkowniku milicji, który jako mały dzieciak został sierotą, bo jego rodzice, którzy brali udział w wojnie polsko-rosyjskiej odeszli znacznie za wcześnie – zaczyna swoją opowieść. – Moja prababcia umieściła go w słynnym sierocińcu Kazimierza Jerzewskiego dla dzieci legionistów, z którego sieroty często były adoptowane przez rodziny ziemiańskie. Mój tata trafił do państwa Domańskich. Dzięki tym ludziom miał w sobie zakodowane, że jak się coś ma, to trzeba się tym dzielić. Takie wartości Zbigniew Osiak przekazywał też swoim synom, nie robił im wykładów na ten temat, ale chłopcy często obserwowali, jak ojciec pomagał wszystkim, którym przytrafiało się coś złego.

Jurek ponadto wspomina lata szkolne jako okres, kiedy wszystko, co najważniejsze, toczyło się na podwórku. Sens życia tkwił w przebywaniu razem, w grupie. Urodził się w Gdańsku, chociaż jego mama pochodziła z Warszawy. Mieszkali w blokowisku wybudowanym w latach pięćdziesiątych i, jak wszyscy, mieli swój wyznaczony dzień mycia klatki schodowej. – To życie społeczne miało ogromny wpływ na to, kim teraz jestem. Wszyscy sąsiedzi dobrze się znali i zawsze mogliśmy liczyć na wzajemną pomoc. Wszystkie te historie związane z pożyczaniem szklanki mąki, cukru czy mleka naprawdę miały miejsce. – śmieje się Jurek. – Życie w takiej symbiozie mimo, że można w naszych czasach na to różnie patrzeć, przynosiły efekty, bo nikomu na podwórku krzywda się nie stała, gdyż sąsiedzi na każdego brzdąca zwracali uwagę, jak na własnego. Wspomina, że czymś zupełnie normalnym było, że dziecko pukało do drzwi sąsiadki z prośbą o kromkę chleba z masłem. Jurek podkreśla też, że nie istniało zjawisko odgradzania się od siebie z powodu wyższego statusu społecznego czy stanu posiadania, pewnie dlatego, że wszyscy mieli tyle samo.

W drugiej klasie szkoły podstawowej wrócili do Warszawy, gdzie zamieszkali przy ulicy Czerniakowskiej. – Życie w tej dzielnicy wymagało potwierdzenia, że jest się stąd, ale już gdzie indziej była bitwa o to, by chronić honor swojego miejsca. To także rozwijało relację z kolegami należącymi do grupy – wspomina z nostalgią. – Dziwi mnie, kiedy patrzę na dzisiejsze dzieciaki, które potrafią spędzać cały wolny czas przed komputerem i porozumiewają się ze sobą tylko w sposób elektroniczny, jakoś tak skrótowo. Moja teściowa w ogóle nie rozumie sposobu, w jaki się komunikują. Ze wzruszeniem opowiada o swojej szkole podstawowej z czasów socjalizmu, gdy gloryfikowane wartości przedstawiano w filmach typu Czterej pancerni i pies. Była to zupełnie inna ideologia niż dzisiaj. Z drugiej strony miał poczucie, że szkoła i dom były ze sobą ściśle powiązane, co sprzyjało wychowaniu dzieciaków. Kiedy coś spsocił, np. poszedł na wagary to natychmiast jego rodzice byli o tym informowani, więc konsekwencje były wyciągane bezzwłocznie.

Pokolenie Jurka wszystko przeżywało wspólnie, razem odkrywali np. muzykę, której słuchali w grupie. Kiedy był nastolatkiem usłyszał, że gdzieś za granicą jest organizowany wielki festiwal w Ameryce, podczas którego wszyscy dobrze się bawią. Na którym grają muzycy, których nazwisk nie potrafił nawet wymówić. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych był to zupełnie inny świat. Był zachwycony, kiedy widział na zdjęciach hipisów z Ameryki, którzy nosili dzwony i sprawiali wrażenie szczęśliwych, żyjąc w grupie. Sam poszedł do szewca, który zrobił mu buty z frędzlami. Okazały się niewyobrażalnie drogie, więc kupił je na dziesięć rat, ale sprawiły, że poczuł się szczęśliwy.

Uważam, że nie było nic złego w tym, że człowiek szukał jakieś wzoru, do którego chciał się upodobnić, bo w ten sposób odnajdował też własną formę ekspresji, a obraz amerykańskich hipisów i sposób w jaki żyli był przez nas idealizowany na tle siermiężnej polityki socjalizmu – przyznaje. – Człowiek myślał, że komuna będzie istnieć do końca świata. Przy takim myśleniu pozostawało tylko to, co sprawiało największą przyjemność, czyli nieokiełznana wyobraźnia i przebywanie z przyjaciółmi.

Kolejną rzeczą, która wręcz pochłonęła Jurka był autostop. Twierdzi, że takie wędrowanie po Polsce okazało się niesamowitym zjawiskiem w tamtym ustroju politycznym. Chociaż trzeba było się zarejestrować i otrzymać książeczkę autostopowicza, to dawało to młodym ludziom jakąś formę wolności. Był to dla niego kolejny etap zdobywania samodzielności, ponieważ podczas takiej podróży trzeba było sobie radzić samemu. Rodzice byli przestraszeni, bo miał wtedy dopiero siedemnaście lat. – Nie byliśmy jako społeczeństwo przygotowani do wielu rzeczy, na taki szok kulturowy, przyzwyczajaliśmy się do nowych możliwości powoli. Jednak dzięki moim doświadczeniom życiowym, kiedy rozpocząłem po latach działalność na rzecz Orkiestry Świątecznej Pomocy, nigdy nie miałem żadnych oporów lub obaw czy akcja się uda, po prostu robiłem i robię to, co do mnie należy i jeszcze przy tym się dobrze bawię. A gdyby ktoś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu powiedział mu, że ma prowadzić program telewizyjny, to twierdzi, że postukałby się po głowie.

 

Od Ludowego Wojska Polskiego, przez pracę terapeuty i witrażysty do mediów

 Jako nastolatek wybrał naukę w liceum ekonomicznym, a od szesnastego roku życia planował studia na Akademii Sztuk Pięknych. Lubił przedmioty humanistyczne, szczególnie uwielbiał literaturę, więc sporo czytał, natomiast matematyka szła mu kiepsko. Mógł się z niej wykazać jedynie na geometrii, bo nauczycielka zawsze brała go do tablicy, kiedy trzeba było rysować graniastosłupy i inne figury geometryczne.

Kilka razy próbował dostać się na ASP, ale niestety nie było to proste. W międzyczasie został powołany do wojska, symulował więc chorobę psychiczną, jak wielu innych w tamtym czasie. Szczęśliwie na wniosek pani doktor, pełnej pozytywnej energii i wiary w młodzież, został szybko zwolniony. Lekarka kazała mu przygotowywać się do egzaminów na jego wymarzoną uczelnię, ale niestety znowu się nie dostał. Zupełnie nie wiedział, co ma w tej sytuacji dalej ze sobą zrobić. Chodził do poradni psychoterapeutycznej, żeby uzyskać dokument, który zwolniłby go na dobre ze służby wojskowej. W ośrodku tym pracowali ludzie, którzy byli guru ówczesnej psychiatrii. Stwierdzili oni, że Jurek nie powinien być pacjentem, tylko terapeutą, bo ma świetny kontakt z ludźmi. Zapytali młodego Owsiaka czy nie chciałby z nimi pracować. Chociaż ogromnie go to zaskoczyło, zaryzykował i podjął tam pracę, równocześnie zdobywając uprawnienia psychoterapeuty.

Teraz mogę powiedzieć, że wszytko zawdzięczam Ludowemu Wojsku Polskiemu, bo wzięli mnie do siebie, a ja uciekłem, poszedłem się leczyć, a ostatecznie zacząłem pomagać innym – mówi ze śmiechem. – Przez te dwa lata pracy bardzo dużo się nauczyłem, przede wszystkim jak rozwijać relacje z ludźmi i jak wyrażać swoje emocje. Zrozumiałem też, że to nie inni są odpowiedzialni za nasze negatywne odczucia tylko, że one tkwią w nas samych. Pracował m.in. z młodymi osobami, którzy cierpiały na schizofrenię, leczyli się farmakologicznie i wychodząc ze szpitala musieli wrócić do psychicznej równowagi. Było to ciekawe doświadczenie, ale nagle pojawiła się inna interesująca oferta pracy.

Zaczął pracować dla Teresy Marii Reklewskiej, artystki plastyczki oraz wybitnej twórczyni witrażu. Tak go to pochłonęło, że tkwił tam przez parę lat. Potem założył własną pracownię, która świetnie prosperowała. W latach osiemdziesiątych ludzie, którzy mieli pieniądze nie wiedzieli co z nimi robić. Na rynku brakowało wszystkiego, chętnie więc kupowali witrażowe lampy wykonane przez Jurka.

Kolejnym zrządzeniem losu, został poproszony przez rozgłośnię harcerską o przeprowadzenie wywiadu z zespołem Voo Voo. Tyle podczas niego mówił, że redaktor Jan Tomczak, obecnie jego serdeczny przyjaciel, zażartował, że zniszczył mu nagranie, bo zupełnie nie dopuścił artystów do głosu, ale jednak wyemitował audycję na antenie. Potem szukał Jurka po całej Warszawie, żeby do nich wrócił i odpowiedział na listy, które przyszły od słuchaczy. „Poszedł jak burza” i od tamtego czasu, czyli od 28 lat jest związany z radiem. Mocno się jąkał, jednak nigdy się nie cofnął. – Na antenie zawsze bawiłem się rewelacyjnie. Na moich wykładach motywacyjnych często powtarzam, żeby nigdy nie dopuszczać myśli, że może nam się coś nie udać. Ktoś inny może powiedzieć, że jesteśmy w czymś słabi, ale to my musimy zrobić wszystko, żeby w danej dziedzinie stać się jak najlepsi, żeby zrealizować własne plany i marzenia – mówi z przekonaniem. Przy wsparciu zespołu Voo Voo założył organizację happeningową Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników, od której wiele się w jego życiu zmieniło. A było to prawie trzydzieści lat temu.

 

 

Działalność gospodarcza

Jeszcze wykonując witraże Jurek Owsiak założył swoją pierwszą działalność gospodarczą, później prowadził firmę, która przygotowywała programy telewizyjne, miał też swój program w Canal Plus. Cztery lata temu został szefem firmy Złoty Melon założonej przez Fundację WOŚP, która organizuje szkolenia, np. z pierwszej pomocy, ale także komercyjne, oraz organizuje imprezy firmowe, wyjazdy integracyjne czy kolonie dla dzieci. Spółka zajmuje się też sprzedażą ubrań, płyt i gadżetów fundacyjnych.

Fundacja WOŚP posiada w niej 100% udziałów. Powołanie spółki podyktowane było przede wszystkim chęcią wyraźnego oddzielenia działalności statutowej od działalności gospodarczej, a oddzielny podmiot gospodarczy oznacza przejrzysty sposób prowadzenia działalności. Spółka ma za zadanie wspierać Fundację w zakresie jej działalności, pomagać w optymalizacji kosztów i pozyskiwaniu dodatkowych źródeł przychodów, które są przekazywane do Fundacji w postaci dywidendy.

 

Lider z powołania

Każdy lider jest dobry, kiedy jest widoczny i dostępny, wręcz „dotykalny”. Myślę, że można mówić o dobrym zarządzaniu daną instytucją, kiedy ona trwa, ważna jest jej ciągłość. W tym roku odbędzie się XXV edycja Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej – podkreśla. – Zaczynaliśmy jej działalność w biurze mojej firmy, nikt nie myślał wtedy, że będzie to fundacja, która się rozrośnie na taką skalę.

Fundacja zatrudnia obecnie prawie czterdzieści osób. Nie ma znaczenia skąd pochodzą, jakie mają przekonania religijne czy polityczne. Natomiast ważnym jest, żeby cały zespół pracował w siedzibie WOŚP-u, nawet grafik czy informatyk, którzy mogliby swoją pracę wykonać w domu, bo chodzi o to, żeby tworzyć zespół. Takie mają zasady, a jeśli ktoś chce być członkiem tej grup, to musi się z tym zgadzać. Szczycą się tym, że mają najlepszą stronę pozarządową. Chcą mieć kontakt z ludźmi, żeby znać ich problemy i móc pomóc.

Osiągamy sukces jako fundacja, bo skupiamy się na tym, co robimy, nigdy nie odpuszczamy. Pracujemy z ludźmi, którzy czują do tego powołanie, a tego nie da się nauczyć, to trzeba mieć w sobie – wyraźnie podkreśla założyciel WOŚP-u. Zbierając pieniądze, koncentrują się na dwóch celach: pediatrii, a od kilku lat również na geriatrii. Od samego początku ściśle współpracują z nauczycielami i lekarzami. Jurek dokładnie pamięta, jak podczas pierwszej edycji to oni własnoręcznie malowali ściany w pomieszczeniach, gdzie instalowano nowe urządzenia medyczne, przesyłali mu też zdjęcia z użytkowania sprzętu. Mówi, że bardzo żałuje, że obecnie nie buduje się już poczucia misji tych zawodów. Kiedyś lekarzem czy pedagogiem było się całą dobę.

Od czternastu lat corocznie od lutego do listopada, w pięknie położonym ośrodku Szadowo – Młyn, niedaleko Kwidzyna, Orkiestra prowadzi zajęcia z pierwszej pomocy połączone ze szkoleniami integracyjnymi. Nie ma tu znaczenia wiek uczestników, chodzi bowiem o to, żeby pomóc im pokonać ich własne blokady. Muszą działać razem w dziesięcioosobowej grupie i trzymać równy poziom. Ktoś może zostać wolontariuszem na Festiwalu Woodstock, kiedy jest nastolatkiem, ale zdobytą tu wiedzę będzie mógł wykorzystać w całym swoim życiu, nawet w biznesie. Na koniec tego weekendowego kursu wręczany jest certyfikat. W trakcie każdego szkolenia wyłania się liderów, którzy podczas następnego kursu mogą tu wrócić i uczyć innych. Chodzi o to, żeby przez te trzy dni dowiedzieć się, jak słuchać lidera oraz żyć z innymi. – Przywódcą jest ten, który idzie na pierwszy ogień i mówi, jak wykonać zadanie bez zbędnych komplikacji. Buduje też zaufanie do siebie – zauważa Jurek. – Rozwijanie kompetencji lidera jest tutaj niezwykle istotne.
http://www.wosp.org.pl/pokojowy_patrol/szkolenia/terminy_szkolen

Podstawowym warunkiem uczestnictwa w tych szkoleniach jest późniejszy przyjazd na festiwal Przystanek Woodstock i praca w Pokojowym Patrolu w charakterze wolontariusza Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dzięki temu Przystanek jest (w ocenie zawodowych służb) najbardziej profesjonalnie przygotowaną i najbezpieczniejszą imprezą masową w Polsce i nadal ma swój niepowtarzalny charakter, oparty na hasłach „Miłość! Przyjaźń! Muzyka! Stop przemocy! Stop narkotykom!”.

Na scenie w Woodstock zawsze przypominam, że jeśli ktoś dopuści się przemocy lub przemyci tu narkotyki to festiwal więcej nie powstanie. Nagle w tej całej masie znajduje się coś, co łączy wszystkich, którzy przyjeżdżają na festiwal. Ludzie mówią często, że nie ważne, kto będzie grał, że chcą tam być, bo jest dialog między nimi – zauważa szef Orkiestry. – Woodstock kojarzy się ze mną, z tym, że ja go prowadzę, że musimy na to znaleźć pieniądze, że nikt tu nie zarabia. Ludzie potem mówią, że my ich słuchamy i robimy to, czego oczekują. Bywają też bardzo wzruszające momenty. Jurek zwracając się do swoich słuchaczy, mówi, że nie chce ich pouczać, bo twierdzi, że lepiej od niego znają języki obce i mają większą wiedzę w różnych dziedzinach. Zachęca ich jednak do podróżowania po świecie i otwartości na nowe zjawiska oraz tłumienia złości i nienawiści, która niczego dobrego nie buduje.

Sam unika środowisk, które mu nie odpowiadają, ale przede wszystkim ma wokół siebie bliskich ludzi, przyjaciół, rodzinę, sprawdzony zespół i to jest właśnie to, co sprawia że jest dobrym liderem i szczęśliwym człowiekiem!

 

Rodzina

Z Lidią Niedźwiedzką-Owsiak jest żonaty od wielu lat. Poznał ją jeszcze w liceum ekonomicznym. Była prymuską, najlepszą uczennicą, więc ściągał od niej, udzielała mu też korepetycji. I tak się to zacieśniało, aż się pobrali i są razem po dzień dzisiejszy. Lidia jest członkiem zarządu Fundacji WOŚP. Mają dwie córki – Aleksandrę i Ewę.

Ola skończyła na Uniwersytecie Columbia w Chicago wydział telewizyjny, po czym od razu wróciła do Polski z pomysłem na siebie. Teraz jest menadżerem własnej restauracji. Oprócz tego ze swoim partnerem prowadzą firmę organizującą różnego rodzaju eventy, koncerty muzyki poważnej. Dobrze się w tym realizuje – mówi z dumą o starszej córce.

Chwali się też młodszą, Ewą, która pasjonuje się teatrem. Zatrudniła się w Telewizji Polskiej, ale wytrzymała tam tylko osiem miesięcy. Nie dała rady dłużej, ze względu na konserwatywne podejście do młodych pracowników. Skończyła filmówkę, a teraz studiuje na Uniwersytecie w Londynie na wydziale teatralnym. Ciężko pracuje, ostatnio z ludźmi z całego świata, np. z Koreanką, Chinką czy Węgierką – to ją kształtuje. Jurek sam sporo podróżował i lubi mieszankę kulturową.

 

Podążanie za sobą

Często mówi ludziom, żeby nie cofali się o rok, dwa, czy trzy tylko o dekady, żeby zobaczyć postęp, który dokonał się w ich życiu. – Ja, na przykład, rysuję przez to, że nie dostałem się na ASP, miałem być malarzem, a zostałem rysownikiem. Wszystko, co robimy sami, daje nam największą satysfakcję – podkreśla.- Trzydzieści lat temu, kiedy byłem na terapii, mieliśmy napisać co chcemy robić za piętnaście lat. Przyznałem się, że chciałbym zajmować się profesjonalnie muzyką, bo grałem wtedy na perkusji. I to się spełniło. Początkowo chciał zorganizować jeden niewielki festiwal, a stał się on jednym z największych na całym świecie.

Uważa, że Polacy mówią z oporami o swoich marzeniach, a nasz system edukacyjny nie pomaga w realizowaniu własnych pasji oraz indywidualnych zdolności. Przygotowując reportaże o szkołach amerykańskich, zwrócił szczególną uwagę na fakt, że tamtejsza młodzież świetnie wie, czym jest autoprezentacja, bo tego ich uczą, a polskie dzieci dużo rzadziej. Młodzi Amerykanie w ogóle nie krępowali się występować przed kamerą, pytali tylko, gdzie będzie można zobaczyć to nagranie. Jurek podkreśla też, że szkoły za granicą znacznie bardziej skupiają się na nauce zawodu, a w Polsce przekazywana wiedza jest zbyt obszerna i teoretyczna. Nie jesteśmy też narodem tętniącym pomysłami. – Nie mówię, że tu w Polsce się cofamy, bo jednak się rozwijamy, produkujemy np. najlepsze okna na świecie, a Niemcy kupują nasze autobusy. Jest coraz lepiej. Brakuje nam jednak sukcesów w jakichś niszowych dziedzinach – zauważa.- Może dlatego, że często rodzice chcą by ich dzieci zostały prawnikami, lekarzami, wszystkim tylko nie tym, o czym same marzą.

Podczas prowadzonych przez siebie wykładów motywujących, Jurek często powtarza, żeby jego słuchacze nie przegapili żadnej nadarzającej okazji, bo ona już nie wrócić. Uważa, że można poradzić sobie prawie z każdym wyzwaniem i należy iść przed siebie, tak jak robią to młodzi ludzie, którzy nie myślą o tym, że mogą się wygłupić. Sam, kiedy miał osiemnaście lat, podpisał umowę na siedem programów radiowych codziennie, które były puszczane na antenie w dzień, a po nocach je montowali, ale dali wtedy radę. Miał też odwagę poprosić Stanisława Mikulskiego, żeby przebrał się w mundur i wypowiedział pewną kwestię w określonym celu, nie było to łatwe, ale udało mu się w końcu przekonać znanego aktora do swojego pomysłu. – Dziś, kiedy podchodzi do mnie młody człowiek z jakąś prośbą, to jestem otwarty na ciekawe pomysły – przyznaje. – Przypominam też ludziom, że jeśli chcą coś osiągnąć i nie wpadać w doły, to muszą szanować swoją energię i nauczyć się ją wytwarzać.

Jak sam podsumowuje, należy brać sprawy w swoje ręce, a co się odwlecze, to nie uciecze. Jest przekonany, że jeśli ma się do czegoś predyspozycje, to nie trzeba być młodym, żeby się tym zająć na poważnie, można to robić w każdym wieku. Uważa, że wielkim pozytywem są uniwersytety trzeciego wieku. Obserwuje jak jego teściowa jeździ na różne spotkania, na koncerty, do teatru, nauczyła się posługiwać komputerem, sprawnie korzysta z telefonu, a jest kobietą po osiemdziesiątce – więc można.

 

Apla:

Jerzy Zbigniew Owsiak (ur. 6 października1953 w Gdańsku) – polski dziennikarz radiowy i telewizyjny, showman, działacz charytatywny i społeczny. Znany jest przede wszystkim z kierowania Fundacją Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, której jest założycielem i prezesem od 1993 roku. Od tego momentu co roku realizuje Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która obecnie jest jedną z największych akcji charytatywnych w Europie. W ciągu ponad 24 lat istnienia WOŚP podczas Finałów zebrano ponad 700 milionów złotych, które to wydawane są głównie na rzecz medycyny dziecięcej, dzięki czemu sprzęt oferowany przez Fundację trafił do wielu szpitali w całej Polsce oraz przyczynił się do uratowania zdrowia i życia dzieci. Jest również pomysłodawcą i organizatorem największego w Europie festiwalu open-air Przystanek Woodstock, organizowanego od 1995 roku, który gromadzi wielu artystów z kraju i zagranicy.

W latach 1991–2007 Owsiak współpracował z TVP. Od grudnia 1991 zaczął przygotowywać dla Dwójki program Róbta, co chceta, czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki, który od lata 1994 zmienił nazwę na Dziura w koszu, a od 1996 – na Kręcioła. W telewizji publicznej prowadził też coroczne finały WOŚP oraz program Bezpieczne wakacje. W 2009 roku wydawnictwo Świat Książki opublikowało autobiograficzną książkę Jurka Owsiaka, Róbta co chceta, czyli z sercem jak na dłoni opisującą historię powstania i działalności Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Jako dziennikarz radiowy i telewizyjny współpracował z Telewizją Polską, Polskim Radiem, TVN i Canal+ (w obu ostatnich wymienionych przypadkach prowadził autorski kanał telewizyjny O.TV). Wielokrotnie za swoją działalność społeczną i charytatywną otrzymał nagrody, medale i odznaki, a także otrzymywał odznaczenia państwowe od Prezydenta RP. Od 2014 roku Honorowy Obywatel miasta stołecznego Warszawy.

Beata Sekuła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here