Rozmowa z Mariuszem Czerkawskim – najbardziej rozpoznawalnym polskim hokeistą, olimpijczykiem i wieloletnim zawodnikiem NHL, a dziś także m.in. przedsiębiorcą oraz członkiem zarządu Polskiego Związku Hokeja na Lodzie – o przywództwie, odwadze w podejmowaniu decyzji, cenie sportowego sukcesu i o tym, jak doświadczenia z lodowiska wykorzystuje dziś poza sportem. Mariusz Czerkawski został właśnie uhonorowany tytułem Lidera z powołania w uznaniu za całokształt dotychczasowych osiągnięć.

Czy liderem trzeba się urodzić, czy można się nim stać?

Trochę nieskromnie zabrzmi, jeśli powiem, że chyba od zawsze miałem w sobie potrzebę przewodzenia. Jako dzieciak częściej organizowałem grupę, niż podążałem za innymi. Na osiedlu w Tychach ciągle coś się działo. Wtedy nikt nie mówił o kompetencjach przywódczych – trzeba było po prostu zebrać ludzi i coś razem zrobić. Sport później bardzo to rozwinął, bo w drużynie szybko uczysz się odpowiedzialności nie tylko za siebie.

Hokej pojawił się u Ciebie wcześnie. Co sprawiło, że został na pierwszym miejscu?

Miałem osiem lat, kiedy tata zabrał mnie na mecz hokejowy. Zakochałem się w tej dyscyplinie od razu, choć interesowałem się też innymi sportami. Grałem w piłkę, koszykówkę i piłkę ręczną, ale hokej był numerem jeden. Zacząłem trenować w GKS-ie Tychy i z czasem stało się jasne, że to nie jest już tylko dziecięca pasja.

W wieku szesnastu lat trafiłeś do pierwszej drużyny seniorów. Jak łączyłeś sport ze szkołą?

Rano były treningi pierwszej drużyny, więc dotychczasowej szkoły nie dało się już pogodzić z hokejem. Przeniosłem się z technikum do liceum wieczorowego, żeby móc trenować i jednocześnie kontynuować naukę. Rodzice pilnowali, żebym nie odpuszczał szkoły. Wtedy zrozumiałem, że jeśli naprawdę czegoś chcesz, musisz podporządkować temu część codzienności.

Co było największym wyzwaniem na początku zawodowej kariery?

Nie treningi ani mecze. Najtrudniejsze było odcięcie pępowiny w wieku dziewiętnastu lat i samotny wyjazd do Szwecji. W Tychach miałem kolegów i swoje środowisko. Nagle wylądowałem w Sztokholmie, nie znając języka i mając właściwie bilet w jedną stronę. Klub zaprosił mnie na trzydniowe testy i miałem powalczyć o kontrakt. Dzisiaj młody człowiek jest cały czas w kontakcie ze światem. Wtedy wyglądało to zupełnie inaczej.

Ten wyjazd zbiegł się z wielką zmianą gospodarczą i społeczną w Polsce.

Tak i w moim przypadku okoliczności miały ogromne znaczenie. Wcześniej zawodników w moim wieku praktycznie nie wypuszczano legalnie za granicę. Na początku lat dziewięćdziesiątych kopalnie zaczęły ograniczać finansowanie klubów. GKS Tychy potrzebował pieniędzy, a klub ze Szwecji był zainteresowany moim transferem. Za mój wyjazd Tychy otrzymały środki, które pomogły utrzymać sekcje sportowe. Czasem sukces jest efektem pracy, ale trzeba też mieć szczęście do momentu, w którym pojawia się szansa. Trzeba ją po prostu wykorzystać.

Później przyszła NHL, reprezentacja Polski i igrzyska olimpijskie. Które osiągnięcia mają dla Ciebie dziś największą wartość?

Grałem zawodowo przez około dwadzieścia lat – od szesnastego do trzydziestego szóstego roku życia. NHL i udział w Meczu Gwiazd są czymś wyjątkowym, podobnie jak reprezentowanie Polski i igrzyska olimpijskie w 1992 roku, ale sport nie jest pasmem sukcesów. Są przegrane mecze, słabsze sezony, ból i treningi, na które nie masz ochoty. Dopiero z tej perspektywy naprawdę docenia się to, co udało się osiągnąć.

Życie w Szwecji, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych czy Szwajcarii czegoś Cię nauczyło poza samym sportem?

Przede wszystkim samodzielności i funkcjonowania w różnych środowiskach. Gdy wyjechałem do Szwecji, nie znałem angielskiego, więc nauczyłem się szwedzkiego. Po pół roku udzieliłem pierwszego wywiadu w szwedzkiej telewizji. Później angielski stał się podstawą komunikacji. W sporcie szybko uczysz się, że nieważne, skąd ktoś pochodzi. Wchodzisz do szatni pełnej mocnych charakterów i musisz znaleźć swoje miejsce, zbudować relacje i zdobyć zaufanie. To przydaje się później również w biznesie.

Po zakończeniu kariery nie pojawiła się pustka?

Nie. Miałem ten komfort, że zakończyłem karierę na własnych warunkach. Mógłbym grać dłużej, ale czułem, że nie jestem już w stanie wejść na wyższy poziom, a nie chciałem schodzić niżej tylko po to, żeby przedłużać karierę. Sport nadal jest w moim życiu. Trenuję, chodzę na fitness i gram w golfa. Jestem też w reprezentacji Polski golfistów amatorów 50+ i we wrześniu jedziemy na drużynowe mistrzostwa Europy do Francji. Rywalizacja wciąż mnie kręci.

Jednocześnie mocno angażujesz się w rozwój polskiego hokeja.

Tak, to jest dziś dla mnie ważniejsze niż opowiadanie bez końca o przeszłości. Jako prezes Stowarzyszenia Sport 7 działam razem z byłymi olimpijczykami i ludźmi związanymi z hokejem. Organizujemy turnieje dla dzieci i szkolenia dla trenerów. Jednym z głównych projektów jest Czerkawski Cup – turniej dla dzieci do dziesiątego roku życia, w którym razem grają dziewczynki i chłopcy. Docieramy do ponad dwudziestu ośrodków hokejowych w Polsce i co roku staramy się pojawiać w innych miejscach. Chodzi o to, żeby zarazić dzieciaki hokejem i pokazać im, że droga z polskiego lodowiska do wielkiego sportu istnieje.

Jesteś też członkiem zarządu Polskiego Związku Hokeja na Lodzie. Jak widzisz dziś swoją rolę?

Nie potrzebuję stanowiska prezesa. Kilkanaście lat temu pojawiały się takie propozycje, ale dziś mamy prezesa, który dobrze sprawdza się w tej roli. Chcę go wspierać i wykorzystać swoje doświadczenie, kontakty i rozpoznawalność tam, gdzie mogą pomóc. Hokej jest sportem wymagającym organizacyjnie. Żeby rywalizować na wysokim poziomie, trzeba zbudować drużynę, zaplecze i system szkolenia. Nie wystarczy jeden wybitny zawodnik. Dlatego tak ważna jest praca od podstaw.

Po sporcie pojawił się także biznes. W jakich obszarach dziś działasz?

Prowadzę działalność gospodarczą i od lat interesuję się różnymi formami inwestowania. Sporo działam w nieruchomościach, interesują mnie także giełda i fundusze. W nieruchomościach kupujemy teren, przygotowujemy go, załatwiamy pozwolenia i później sprzedajemy, zwykle pod projekty związane z logistyką albo branżą spożywczą. Mam wspólnika z Poznania z dużym doświadczeniem w tej dziedzinie. Tu także liczą się przygotowanie, cierpliwość i odpowiedni moment.

Czy sportowy sposób myślenia pomaga w biznesie i pracy z ludźmi?

Na pewno. Sport uczy, że sam talent nie wystarczy. Możesz mieć w szatni dwudziestu pięciu ludzi z mocnymi osobowościami i każdy chce być ważny. Trzeba znaleźć dla siebie miejsce, ale też pracować na wynik całego zespołu. Podobnie jest w biznesie. Liczą się przygotowanie, odporność na niepowodzenia i umiejętność podejmowania decyzji. Nie wszystko da się zaplanować. Czasem możesz zrobić wszystko dobrze, a i tak przegrać. Najważniejsze, żeby wyciągnąć wnioski i iść dalej.

Z czego jesteś dziś najbardziej dumny – zawodowo i prywatnie?

Prywatnie z dzieci i z tego, że możemy nazywać się fajną rodziną. Zawodowo z gry w reprezentacji Polski, udziału w igrzyskach olimpijskich i ponad dekady spędzonej w najlepszej lidze świata. Mam nadzieję, że kiedyś ktoś z Polski ten wynik przebije, bo będzie to oznaczało, że polski hokej poszedł do przodu. Nie mam potrzeby pilnowania rekordów dla samego rekordu. Jeżeli moja droga może być dla młodych zawodników przykładem, że z Polski również można dojść do światowego hokeja, i inspiracją, by odważnie realizowali własne cele, to ma dla mnie największy sens.

Szymon Pęczalski
Beata Sekuła