55 lat zespołu i wspólnoty kilku pokoleń

0
141

Rozmowa z Arleną Różycką-Gałązką i Waldemarem Gałązką, dyrygentami chóru Resonans con tutti, o muzycznej drodze, która prowadziła od szkolnych fascynacji, wiolonczeli i rockowej gitary do współtworzenia jednego z najbardziej rozpoznawalnych chórów młodzieżowych w Polsce. To również opowieść o prof. Norbercie Kroczku, nagłym przejęciu odpowiedzialności po jego śmierci, pracy z kolejnymi pokoleniami młodych ludzi, międzynarodowych konkursach, rodzinie zanurzonej w muzyce. Artyści podkreślają, że sztuka wymaga nie tylko pasji, lecz także realnego mecenatu. Arlena Różycka-Gałązka została nagrodzona tytułem Kobiety Charyzmatycznej, a Waldemar Gałązka tytułem Lidera z powołania.

Czy Kobietą Charyzmatyczną się urodziłaś czy się nią stałaś?

Arlena: Przyznaję, że byłam raczej wstydliwa, introwertyczna. Chór i dyrygentura trochę mnie do tej roli wychowały. Później przyszło też kierowanie MDK, czyli odpowiedzialność nie tylko za zespół, ale i za placówkę, ludzi, zajęcia i dokumenty. Dzisiaj wiem, że liderowania można się nauczyć, a charyzmę po prostu chyba się ma.

A jak to jest z liderem?

Waldemar: Wydaje mi się, że można się nim stać. W Resonansie przeszedłem wszystkie szczeble: od zwykłego chórzysty, przez śpiewanie w tenorach, prowadzenie prób sekcyjnych, aż po dyrygowanie całym zespołem. Pierwsze doświadczenie liderowania miałem jednak wcześniej, w podstawówce, kiedy założyłem z kolegami kapelę rockową. Grałem na gitarze elektrycznej i trochę ten zespół prowadziłem.

Jak zaczęła się Wasza wspólna droga muzyczna?

Arlena: Poznaliśmy się w szkole muzycznej. Ja miałam siedemnaście lat, a Waldek był już związany z chórem. To on właściwie zaciągnął mnie do Resonansu. Kiedy trafiłam do prof. Norberta Kroczka, bardzo się nim zachwyciłam. Śpiewałam u niego cztery lata, jeździłam na konkursy i wtedy pomyślałam, że też chcę pracować z muzyką w taki sposób.

Waldemar: Ja jestem z zabrzańskiej dzielnicy Mikulczyce, więc chodziłem do pobliskiego technikum elektrycznego. Muzyka przyszła do mnie trochę od strony rocka. Po koncercie Maanamu w Zabrzu stwierdziłem, że muszę grać na gitarze. Dopiero później pojawił się w moim życiu chór i decyzja, że zawód elektryka nie jest moim powołaniem. Do szkoły muzycznej trafiłem późno, więc musiałem nadrabiać.

Chór po przesłuchaniach konkursowych Podczas Festiwalu Lloret de Maar w Katalonii w 2023 roku (3 złote medale)

Prof. Norbert Kroczek był Waszym mistrzem, idolem?

A: Zdecydowanie, tak. Po latach szkoły muzycznej dopiero w jego osobie zobaczyłam prawdziwego pasjonata. Wcześniej myślałam nawet o medycynie, bo bardzo lubiłam biologię – mając ten cel na myśli, poszłam do I LO do klasy biologiczno-chemicznej, ale chór zmienił moje życie. Norbert Kroczek pokazał mi, że praca nad utworem może być czymś głębokim, żywym i bardzo odpowiedzialnym.

W: Profesor Kroczek stworzył z Resonansu zespół z ogromną marką. My weszliśmy w tę historię najpierw jako chórzyści i instruktorzy. Dopiero dramatyczne wydarzenie sprawiło, że musieliśmy wziąć na siebie znacznie więcej.

Mówicie o Irlandii w 1994 roku?

W: Tak. Pojechaliśmy z chórem na konkurs. Byłem wtedy początkującym asystentem dyrygenta, prowadziłem próby sekcyjne, ale nigdy wcześniej nie dyrygowałem całym chórem. Po koncercie inauguracyjnym profesor Kroczek zasłabł i zmarł. Zespół uznał, że praca nie może pójść na marne, zresztą sam profesor mawiał, że jeśli umrze kiedyś na scenie, to nie wolno nam przerwać, mamy dalej śpiewać… Padło na mnie. Przez dwie noce nie spałem, przygotowywałem się. Wystartowaliśmy i wygraliśmy.

A: Po powrocie wcale nie było łatwiej. Resonans miał renomę, a my byliśmy młodymi studentami Akademii Muzycznej. Wiele osób nie akceptowało, że nagle właśnie my prowadzimy taki zespół. Musieliśmy bardzo ciężko pracować, żeby udowodnić, że potrafimy go utrzymać.

Jak dziś dzielicie się obowiązkami?

A: Waldek jest głównym dyrygentem, ale ja też dyryguję i prowadzę zespół. Mamy trochę inne temperamenty. On lepiej odnajduje się w koncertach, gdzie trzeba reagować na żywo, a ja lubię konkursy, bo tam można wszystko dopracować. Zajmuję się też bardziej stroną organizacyjną: wyjazdy, zgłoszenia na konkursy, organizacja warsztatów, dokumenty, korespondencja festiwalowa. Waldemar ustala szczegóły koncertów, logistykę, planowanie grafiku i strategii prób. Pilnuje, żeby zdążyć z wszystkimi programami, nad którymi pracujemy równolegle. Ja nie mam poczucia czasu – kiedy zatopię się w utworze, nie zauważam końca próby. Waldek mnie świetnie dyscyplinuje. Publiczność widzi koncert, ale wcześniej są miesiące prób, pracy, rozmów, zgód, pism etc.
Ta część bardzo łączy się z moją pracą w Młodzieżowym Domu Kultury nr 1. Nie planowałam zostać dyrektorką. Przejęłam tę funkcję w trudnym momencie, żeby zachować ciągłość działania placówki. Szybko okazało się, choć oczywiście mogłam się tego spodziewać, że to ogromna odpowiedzialność: zajęcia, ludzie, budynek, procedury, sprawozdania, przepisy. Trzeba było się tego nauczyć w biegu.

W: W takim zespole sama muzyka nie wystarczy. Trzeba pilnować ludzi, terminów, poziomu, finansów i atmosfery. Arlena wzięła na siebie dużą część tej niewidocznej pracy, bez której nie byłoby prób, wyjazdów ani koncertów.

Czym dla Was jest praca z młodzieżą?

A: W MDK ważne jest dla mnie, żeby to było miejsce żywe, a nie tylko budynek z grafikiem zajęć. Mamy zajęcia taneczne, sportowe, muzyczne, plastyczne, malarskie, techniczne, współpracujemy ze szkołami, organizacjami i lokalnym środowiskiem. Chodzi o to, żeby młody człowiek mógł znaleźć coś dla siebie, spotkać ludzi i odkryć pasję. To jest bardzo bliskie temu, co robimy w Resonansie.

W: Bierzemy młodzież bez przygotowania muzycznego. Podstawą jest słuch. Co roku przesłuchuję około 700-800 osób, z tego wybieram 120-150, realnie przychodzi około czterdziestu, a po roku zostaje mniej więcej dziesiątka. To dobry wynik. Uczymy wszystkiego od podstaw: emisji głosu, czytania nut, interwałów, techniki, teorii i pracy z tekstem.

Marina-Preveza – 44th International Choir Festival, July 2026

Jak szeroki jest repertuar chóru?

A: Bardzo szeroki. Śpiewamy muzykę sakralną i świecką, klasykę, rozrywkę, oratoria, np. Requiem Mozarta, Mesjasza Händla, Ein Deutsches Requiem Brahmsa czy Symfonię Tysiąca Mahlera, ale też muzykę filmową, operową czy nawet opera rap. Małe i wielkie formy. Dla młodzieży to ważne, bo doświadcza różnych gatunków i widzi, że chór nie jest muzealną formą.

W: Mamy też wiele sukcesów konkursowych. Cenię szczególnie Palestrinę w Rzymie, Neerpelt – Summa Cum Laude czy konkurs w Ochrydzie, na którym otrzymałem nagrodę dla najlepszego dyrygenta, a zespołów było aż pięćdziesiąt. Najważniejsze jest jednak to, że przez lata udaje się utrzymywać wysoki poziom.

Co jest największym wyzwaniem poza sceną?

A: Finanse. Moglibyśmy jeździć na konkursy kilka razy w roku, ale to ogromne koszty dla tak dużego chóru. Autobus, którym kiedyś podróżowaliśmy w grupie 85 osób do Hiszpanii, kosztował 57 tysięcy złotych. Za wyjazd konkursowy do Grecji młodzież płaci około 1200 zł za osobę, a resztę i tak musimy zdobywać z projektów i wsparcia sponsorów.

W: Nie chcemy, żeby pieniądze były dla młodych ludzi barierą. To jest zespół amatorski, ale kiedy reprezentuje miasto i kraj na konkursach, potrzebuje realnego zaplecza. Kultura też wymaga mecenatu, nie tylko pasji. To duże wyzwanie i utrudnienie w planowaniu przyszłości zespołu.

Marina-Preveza – 44. Międzynarodowy Festiwal Chóralny, lipiec 2026 r

Muzyka jest też Waszym życiem rodzinnym.

A: Nasze dzieci od urodzenia jeździły z nami na obozy chóralne dwa razy w roku. Potem zbuntowały się przeciw szkole muzycznej, założyły zespół rockowy, a w klasie maturalnej stwierdziły, że jednak chcą zdawać na Akademię Muzyczną. Oboje ukończyli dyrygenturę chóralną. Dziś syn Szymon studiuje realizację dźwięku na Wydziale Jazzu Akademii Muzycznej w Katowicach i oczywiście pracuje w tym zawodzie, a córka Natalia prowadzi Chór Dziecięcy Opery Śląskiej, realizuje liczne projekty muzyczne jako dyrygentka i basistka – np. z Krzysztofem Zalewskim czy Czesławem Mozilem – uczy się w klasie kontrabasu jazzowego PSM im. Mieczysława Karłowicza w Katowicach, sporo koncertuje z kolegami a także oczywiście pomaga nam prowadzić Resonans.

W: To piękne, ale też trudne, bo zespół jest obecny cały czas. Ktoś może zadzwonić o dowolnej godzinie, coś ustalić, zamówić, zapytać. Z takiej pracy właściwie się nie wychodzi.

Z czego jesteście dziś najbardziej dumni?

W: Z tego, że udało się utrzymać zespół. Po śmierci profesora Kroczka wiele osób przewidywało, że Resonans się rozpadnie. Nie rozpadł się. Przetrwał, rozwinął się i nadal przyciąga młodzież.

A: Ja jestem dumna z dzieci, ale też z tego, że przetrwaliśmy z Waldkiem te trzydzieści kilka lat prowadzenia chóru, że mieliśmy nominację do nagrody Fryderyka, a mój małżonek jest od tamtego czasu członkiem kapituły przyznającej to wyróżnienie, że cały czas gromadzimy fantastycznych młodych ludzi i wprowadzamy ich w świat muzyki. Ostatni jubileusz z okazji 55-lecia działalności artystycznej, kiedy na scenie stanęło 177 chórzystów i około 40 osób w orkiestrze, pokazał, że Resonans con tutti to nie tylko zespół. To wspólnota kilku pokoleń.

A Wasze plany na przyszłość?

W: Za nami koncert jubileuszowy, a teraz wybieramy się na konkurs do Grecji i kolejne koncerty. Trzeba wybierać mądrze, bo nie da się robić wszystkiego. Chór musi się rozwijać, ale ludzie muszą mieć też siłę i poczucie sensu.

A: Utrzymywać ciągłość zespołu, rozwijać się, udoskonalać metody pracy, pozyskiwać środki na nasze działania – wyjazdy festiwalowe i konkursowe, może kupić autokar chóralny (śmiech). To by rozwiązało wiele naszych potrzeb.
A prywatnie moja miłość czyli mój energetyzujący ogród. Po całym dniu prób, wypełniania dokumentów, telefonów, pracy w MDK i organizacji dobrze wejść między drzewa i przez chwilę po prostu być. Bo żeby dawać energię młodym ludziom, trzeba ją też skądś odzyskiwać.

Szymon Pęczalski
Beata Sekuła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj