Rozmowa z Magdą Mleczko, dziennikarką Antyradia Katowice i Chillizet, o kulisach pracy przy mikrofonie, drodze do zawodu, który miał być przypadkiem oraz o tym, dlaczeg o w dziennikarstwie najważniejsze jest słuchanie drugiego człowieka. To także opowieść o zmianach, jakie przynosi czas – zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Właśnie została nominowana do tytułu Kobiety Charyzmatycznej.
Jak wspominasz szkołę? Byłaś prymuską czy raczej buntowniczką?
Było we mnie wszystkiego po trochu. Prymuską byłam tylko w tym, co naprawdę lubiłam, na pewno nie w przedmiotach ścisłych, które zawsze były moją piętą achillesową. Za to humanistyka i sztuka to był mój świat. Byłam duszą artystyczną i w tych dziedzinach radziłam sobie bardzo dobrze.
Bardziej malowanie czy śpiew?
Zdecydowanie malowanie. Po maturze planowałam studia na ASP, ale ostatecznie zabrakło mi umiejętności, żeby się tam dostać. Dziś, z perspektywy czasu, myślę, że dobrze się stało.
I od razu trafiłaś do radia?
Nie, jeszcze nie. Studiowałam i jednocześnie pracowałam – m.in. w McDonaldzie, przy otwieraniu restauracji w Katowicach. To była praca na część etatu.
Co studiowałaś?
Zaczęłam dziennikarstwo zaocznie, później także reklamę. W międzyczasie moja mama poważnie zachorowała i moje plany trochę się posypały. Co ciekawe, nigdy nie marzyłam o byciu dziennikarką – nie widziałam w sobie takiego talentu. Absolutnie nie myślałam, że powinnam iść w tę stronę, ale ktoś zobaczył go we mnie na szczęście.
Jak do tego doszło?
Sławomir Herman, który do dzisiaj pracuje jako redaktor w Radiu Katowice, bardzo dobry dziennikarz. To był mąż siostry mojej mamy, Ani Herman, która była z kolei z wykształcenia muzykiem. Pisała m.in. nuty dla orkiestry Jerzego Miliana, ale również pracowała w Radiu Katowice. I to oni powiedzieli mi, że Sławek został poproszony o to, żeby założyć i poprowadzić Radio Puls w Gliwicach na Wójtowej Wsi. Zaproponował, żebym przyszła na przesłuchanie. Ktoś inny miał mnie ocenić – jeśli uzna, że się nadaję, obiecał mi pomóc. Tak się stało. Usłyszałam, że mam talent i w ten sposób zaczęłam swoją radiową drogę. Pierwsze serwisy czytałam na dwa głosy z Kubą Poradą.
Dojeżdżałaś wtedy z Sosnowca?
Mieszkałam wtedy właśnie u siostry mojej mamy i Sławka. Miałam niewiele ponad dwadzieścia lat. Gliwice to miasto, które ma duszę. Ono żyje przez to, że ma swoją historię, jak i przez to, że jest ośrodkiem studenckim. Tam latem te wszystkie kawiarenki przy tym ryneczku są pozajmowane do ostatniego miejsca. Piękne miasto, miło to wspominam. Chociaż musiałam wstawać o bardzo drakońskiej porze, bo to wtedy jeszcze nie było ani PAP, ani telefonów komórkowych.
Jak wyglądała wtedy praca?
Zupełnie inaczej niż dziś. Wstawałam o 3 rano, nagrywałam na kasetę Serwis Radia Katowice, żeby wiedzieć, co się dzieje. Następnie z tą kasetą jechałam najpierw autobusem, a potem tramwajem na Wójtową Wieś. W małym sklepiku odbierałam gazety. Z tym wszystkim szłam do radia. Tam na maszynie do pisania, bo komputerów jeszcze wtedy nie było, spisywaliśmy te informacje, przeglądaliśmy gazety. Zbieraliśmy także informacje telefoniczne. Obdzwaniało się służby, policję – czy coś się wydarzyło, czy nie. Dziś mamy systemy, które układają serwisy i pełnią funkcję promptera. To zupełnie inny świat.
Jak trafiłaś z Radia Puls do Radia Top?
Zobaczyłam ogłoszenie o naborze i stanęłam w ogromnej kolejce. Spotkałam tam znajomego, Zbyszka Miska, który trochę mi pomógł się przesunąć, ale resztę musiałam zrobić sama. Przesłuchiwali mnie Kamil Durczok i Bartek Dąbrowski. Zaproponowali mi czytanie informacji zamiast pracy reportera – i to była bardzo dobra decyzja.
Później był RMF…
Tak, to była ogromna szansa. Zadzwonił do mnie śp. Stanisław Smółka i zaproponował pracę w katowickim oddziale RMF. To była prawdziwa szkoła dziennikarstwa — ogólnopolska antena, wysoki poziom i konkretne wymagania. Na początku musiałam spędzić dwa tygodnie w Krakowie, tam miałam zajęcia z logopedą oraz z Ewą Drzyzgą. Uczyli mnie czytać w ich określonym stylu, bo każde radio ma taki swój własny styl, więc to była nauka czytania, pisania informacji. Po dwóch tygodniach wróciłam do Katowic, no i zaczęłam czytać nasze lokalne wiadomości, a w weekendy robiłam reporterkę, bo mieliśmy dyżury. To były złote czasy RMF – wszystkie imprezy, słynne Inwazje Mocy, olimpiady, huczne obchody 10-lecia RMF w Zakopanem… RMF był najlepszą szkołą jeśli chodzi o dziennikarstwo informacyjne.
A potem Antyradio?
Po zmianach w strukturze RMF trafiłam do radia Adpoint, które z czasem stało się Antyradiem. Jestem tu już 18 lat. Równolegle prowadzę też program „W pogoni za kulturą” w Chillizet.
To był Twój pomysł?
Nie – dostałam propozycję i od razu ją przyjęłam. Dziś łączę oba światy: informacyjny i kulturalny. W Antyradiu czytam serwisy informacyjne, oprócz tego robię serwisy kulturalne „Pełna Kultura”. Lecą one na antenie cztery razy po minucie w ciągu dnia. Robię także wywiady do „Śląskiego Magla”, który leci w Antyradiu w każdy weekend. My mamy koncesję na wypełnianie lokalności, więc maglujemy sprawy śląskie związane z regionem.
Kto z rozmówców zrobił na Tobie największe wrażenie?
Na pewno Marian Dziędziel i Grażyna Bułka – rozmowy z nimi zapadły mi w pamięć na długo. Bardzo ważne było też dla mnie spotkanie z Wojciechem Siudmakiem. A jednym z pierwszych wywiadów był ten z Janem Kantym Pawluśkiewiczem – byłam wtedy kompletnie zestresowana.
Czego nauczyło Cię dziennikarstwo?
Nauczyło mnie, że wywiad to nie jest „przepytywanie” jak w szkole. Najważniejsze jest słuchanie i autentyczna ciekawość drugiego człowieka.
Z czego jesteś dziś najbardziej dumna?
Z tego, że robię coś, co naprawdę kocham. Lubię wstawać do pracy i czuję, że jestem na swoim miejscu. Prywatnie — z mojego syna Jakuba, który studiuje filologię angielską i groznawstwo. On jest duszą artystyczną, a z drugiej strony jest poukładany, drobiazgowy i szczegółowy. Do tego mądry i inteligentny. Skończył szkołę muzyczną w klasie akordeonu, ale nie poszedł dalej w stronę muzyki.
A co robisz w wolnym czasie?
Uwielbiam swój ogród – nauczyłam się wszystkiego metodą prób i błędów. Latem to mój azyl. Zimą stawiam na narty, a ostatnio wraz z synem uczę się snowboardu. Lubię też gotować i czytać, choć na to drugie zawsze brakuje mi czasu.
Jakie są plany przed Tobą – zawodowe i prywatne?
Jestem już w takim momencie życia, że wszystko mogę, a nic nie muszę. Zawodowo po prostu cieszę się tym, gdzie jestem – i chciałabym, żeby to trwało jak najdłużej. Mam wszystko poukładane tak, jak lubię. Kocham to, co robię, i niech tak zostanie.Prywatnie? Trudno powiedzieć, co przyniesie przyszłość. W listopadzie 2024 roku zmarł mój mąż. To bardzo zmieniło moje życie. Dziś uczę się bardziej z niego czerpać i żyć trochę „po swojemu”. Na ten moment jesteśmy we troje – ja, mój syn i kot bengalski.
A marzenia?
Chciałabym zobaczyć jeszcze kawałek świata, mieć zdrowie i spokój. No i żeby mój syn dobrze się wykształcił i ułożył sobie życie.
Jaką radę dałabyś młodym dziennikarzom?
Przede wszystkim: nie bać się ludzi. Rozmawiać, być otwartym. Media społecznościowe i telefony sprawiły, że coraz trudniej przychodzi nam bezpośredni kontakt. A bez tego nie ma dobrego dziennikarstwa. Trzeba umieć słuchać i być naprawdę ciekawym drugiego człowieka.
Szymon Pęczalski
Beata Sekuła
