Magazyn WhyStory.pl

Skuteczne łączenie psychologii z prawem

Rozmowa z Moniką Wszołek – prawniczką, właścicielką kancelarii adwokackiej, członkinią Narodowego Centrum Obrony Praw Ojca, opiekunką prawną osób niepełnosprawnych i wykluczonych społecznie o tym jak spełnia się na polu zawodowym, ale i w roli matki i partnerki oraz o swoich niezwykłych odkryciach i marzeniach. Właśnie pani mecenas została nominowana do tytułu Liderki z powołania.

Kiedy uświadomiłaś sobie, że jesteś liderką?

Już w domu rodzinnym wykazywałam się inicjatywą, a wynikało to z faktu, że byłam „córeczką tatusia”. Muszę jednak przyznać, że poza domem przez długi czas byłam osobą nieśmiałą. Na Śląsku nie mieliśmy rodziny, więc rodzice zabierali mnie wszędzie ze sobą, a zatem jestem tym dzieckiem, które w czasie rozmów dorosłych siedziało pod stołem.

Teraz piszesz książkę…

A nawet dwie. Pierwsza, o której chcę wspomnieć dotyczy mojej rodziny, czasów wojennych i późniejszych. Przy tej okazji dowiedziałam się, że mam korzenie żydowskie.

W jaki sposób?

To bardzo dziwna historia. Jeszcze w liceum śniła mi się moja babcia. Przychodziła do mnie i mówiła, że tylko ja mogę dowiedzieć się prawdy. Wtedy zaczęłam wypytywać rodziców, czy jestem adoptowaną Żydówka. Okazało się, że to wynika z historii mego ojca, który jest ofiarą Holocaustu i że dziadkowie zginęli prawdopodobnie w czasie Powstania Warszawskiego. Myślę, że istotnym jest fakt, iż mój wujek przyjaźnił się z Romanem Polańskim, a moja ciocia z Bronisławą Horowitz – ostatnią żyjącą i ocalałą kobietą z Listy Schindlera. Osoba, która w filmie podaje Schindlerowi tort z chleba to właśnie moja ciocia. Bardzo dużo czytam, a współczesna historia podpowiada mi, w jaki sposób powinnam zacząć pisanie książki. Ostatnio, kiedy zainteresowałam się genami mojej rodziny, odezwał się do mnie Ambasador Infrastruktury Południowej Australii oznajmiając, że mamy wspólne geny i że posiada wiedzę na temat mojej rodziny z Krakowa. Warto dodać, że mój ojciec pochodził z największej krakowskiej żydowskiej rodziny.
Masz trójkę dzieci: najstarszy to dwudziestoczteroletni Kuba, czternastoletnia Ania i najmłodszy dwunastoletni Leon. I tu też pojawia się ciekawostka związana z Twoja rodziną…
Tak. Okazuje się, że moi pradziadkowie mieli dziewięcioro dzieci, a trójka z nich to właśnie Ania, Kuba i Leon. Nie wiedziałam o tym i całkiem przez przypadek właśnie tak nazwałam swoje pociechy.

Jesteś dumna ze swoich dzieci?

Oczywiście. Cieszę się, że są. Nie dlatego, że mam z nimi dobry kontakt, że dobrze się uczą, ale dlatego, że są. To pozwala mi czuć się spełnioną.

Ta empatia spowodowała, że bronisz dziś praw dzieci oraz ich ojców?

Bronię praw dzieci, a ojców dlatego, że im się rykoszetem obrywa. Planuję nawet wkrótce założyć fundację, ale na razie działam w Narodowym Centrum Obrony Praw Ojca i przez dwie godziny tygodniowo udzielam charytatywnie porad prawnych.

Masz rodzeństwo?

Tak, starszego bata. Nie zawsze było między nami różowo. Kłóciliśmy się, a nawet dochodziło do dziecięcych bójek, ale kiedy kilka lat temu zmarł nasz ojciec, brat wcielił się w jego rolę i stał się bardzo opiekuńczy. Widział pewnie, jak przeżyłam tą stratę. Tata pełnił szczególną role w moim życiu, przez 20 lat pracowaliśmy biurko w biurko. Był wobec mnie bardzo wymagający i surowy. Powtarzał mi: „jesteś moją córką, pracujemy razem, a więc masz być w pracy 15 minut przed wszystkimi pracownikami i wychodzić 15 po nich”. Dziś szczególną role w moim życiu pełni brat, mogę na niego zawsze liczyć, bardzo go kocham.

Masz troje dzieci, partnera i dobrą pracę – czyli spełniasz się.

Tak, dziś już tak. Bardzo lubię swoją pracę. Jestem też dumna z tego, że odzyskałam poczucie własnej wartości, które przez wiele lat było mocno zachwiane. Dwa lata temu poważnie zachorowałam, a rok temu ostatecznie rozstałam się z mężem – to był dla mnie bardzo trudny czas. Dziś jestem szczęśliwa. Poznałam kogoś wyjątkowego, z kim dzielę wspólne pasje i mogę liczyć na jego wsparcie. Kiedyś uwielbiałam uczestniczyć w światowych rajdach samochodowych – teraz robimy to razem. Dużo podróżujemy, zwiedzamy, robimy wspólnie zakupy, cieszymy się życiem. Mam poczucie bezpieczeństwa, którego przez wiele lat nie doświadczyłam.

Od ilu lat jesteś adwokatką?

Od dziesięciu, ale od trzydziestu pracuję w zawodzie prawnika. Zawsze wiedziałam, że chce być prawnikiem i robić, to na czym znam się najbardziej. Bardzo lubię swoją pracę.

Zajmujesz się tylko sprawami dzieci i ojców?

Nie tylko. Otrzymujemy także sprawy przydzielone z urzędu. Z racji tego, że zajmuje się prawem rodzinnym, jestem też kuratorem dla dzieci. Mam też swoich podopiecznych – ubezwłasnowolnionych.

Jak wygląda twoja opieka nad nimi?

To powinna być tylko funkcja związana z formalnościami, ale ustawa tego nie precyzuje, więc często występuję w roli opiekuna. Obecnie mam pod opieką piętnaścioro dzieci i około 40 podopiecznych ubezwłasnowolnionych. Chodzę z nimi na wizyty lekarskie, rozmawiamy telefonicznie lub ich odwiedzam.

Jak się relaksujesz kiedy w końcu znajdujesz wolny czas?

Najchętniej wyjeżdżamy z moim partnerem do jego domu w Bieszczadach. Tam chodzę na spacery po górach, gotuję, sadzę, robię przetwory, sadzę roślinki, to daje mi balans w życiu. Tam jestem Moniką nie Panią Mecenas.

A dlaczego zajęłaś się jeszcze psychologią i podjęłaś studia na tym kierunku?

Dzięki tym studiom uczę się jak rozmawiać z moimi podopiecznymi. Trzeba pamiętać, że to osoby poturbowane przez życie. Poza tym zajmuje się bardzo obciążającą dziedziną prawa i mam trójkę własnych dzieci.

Jesteś zadowolona ze swojej drogi zawodowej?

Tak. Cieszę się i karmię się tym, że dla niektórych moich podopiecznych jestem tą jedyną, że 28-letni Pawełek mówi do mnie mamo, że dwie 50-ciolatki czekają na mnie, jak na osobę, którą najbardziej kochają. Gdy przygotowuje dla nich paczki doskonale wiem, co ma się w nich znaleźć – od torebek po perfumy. Wiem, co dla kogo. Moje dzieci, nawet te pełnoletnie, zawsze czegoś potrzebują i wiedzą, że mogą na mnie liczyć.

Wojciech Skowroński
Beata Sekuła

Exit mobile version