reklama
Magazyn WhyStory logo
reklama
Kultura i Sztuka > muzyka
wtorek, 08 sierpień 2017 06:01

W ramach kolejnej odsłony letnich koncertów na Śląskim Ranchu, na scenie Muzycznego Lata wystąpi Loka!

Zespół Loka został założony w 2012 roku przez producenta muzycznego Kamila Mikułę i wokalistę Grzegorza Porowskiego (dawniej wokalista Rotary i autor ich wielkiego przeboju "Na jednej z dzikich plaż"). Prawdziwe powietrze – pierwszy singiel zespołu i dotychczas największy ich hit – emitowany był na najwyższych rotacjach stacji radiowych i tv. Na koncertach Loka wykonuje swój autorski materiał, w skład którego wchodzi również utwór Na jednej z dzikich plaż autorstwa m.in. Grzegorza Porowskiego. Zespół współpracuje czynnie ze znanymi muzykami i producentami, czego owocem jest m.in. aktualnie promowany teledysk i utwór Tańczę sam nagrany z gościnnym udziałem Grzegorza Skawińskiego (na gitarze) oraz Piotra Cyrwusa (w teledysku).

Impreza odbędzie się na Śląskim Ranchu w Zabrzu przy ul. Webera. Start o godz. 20. Wstęp wolny.

czwartek, 03 sierpień 2017 06:01

Choć oficjalne otwarcie Najpiękniejszego Festiwalu Świata tradycyjnie odbędzie się w czwartek, to już dziś w Kostrzynie nad Odrą dzieje się wiele. Kilka godzin temu wystartowały scena Viva Kultura i Miasteczko Leszka Chmielewskiego, a za dosłownie chwilę w namiocie Akademii Sztuk Przepięknych rozpocznie się występ Kabaretu Młodych Panów. 23. edycja Przystanku Woodstock rozkręca się coraz bardziej.

wood2

Atrakcje dla woodstockowiczów przygotowali również partnerzy i sponsorzy festiwalu. Jednym z nich jest Lech, który dziś otworzył Miasteczko Leszka Chmielewskiego, składające się z miejsca prezentacji zespołów biorących udział w woodstockowych eliminacjach, Strefy Eko i wyjątkowej gry zręcznościowej, Kuźni Talentów z warsztatami artystycznymi, Strefy Sprawdź Promile i wielu innych. Podczas gdy uczestnicy korzystają z atrakcji, organizatorzy nieustannie pracują nad zabezpieczeniem wydarzenia. Wczoraj w szpitalu polowym miała miejsce pozoracja medyczna, w ramach której medycy zapoznali się z topografią terenu, wyposażeniem szpitala i specyfiką pracy na Przystanku Woodstock. Z kolei dziś odbyły się ćwiczenia służb zabezpieczenia festiwalu - m.in. policji, straży pożarnej i wolontariuszy Pokojowego Patrolu. Obie symulacje wypadły pozytywnie, co potwierdza wysoki poziom zabezpieczenia imprezy i profesjonalizm pracujących przy niej służb. Oficjalne otwarcie 23. Przystanku Woodstock odbędzie się 3 sierpnia o godz. 15:00 Wydarzenie transmitowane będzie na kanale KręciołaTV oraz w mediach społecznościowych Fundacji WOŚP.

czwartek, 20 lipiec 2017 06:01

Już 20 lipca (czwartek) o godz. 12:00 w Urzędzie Marszałkowskim w Zielonej Górze odbędzie się konferencja prasowa poświęcona tegorocznej edycji Festiwalu Przystanek Woodstock.

artykul

Na wydarzenie prowadzona jest obowiązkowa akredytacja w Bazie mediów WOŚP.

Konferencję poprowadzi Jerzy Owsiak. Wezmą w niej udział: Elżbieta Anna Polak - Marszałek Województwa Lubuskiego, przedstawiciel Miasta Kostrzyna nad Odrą oraz sponsorzy i partnerzy 23. Przystanku Woodstock.

środa, 17 maj 2017 09:29

Jak w jednym utworze połączyć setki różnych dźwięków płynących z fortepianu, elektrycznych skrzypiec, saksofonu i gitary z odgłosem domofonu, rozbijającej się tafli lodu czy pracującej wiertarki? Wie o tym Radzimir Dębski, który wczorajszego wieczoru, wspólnie z laureatami oraz orkiestrą, zaprezentował utwór wieńczący Projekt 30/90.
W ten sposób przypieczętowana została współpraca kompozytora i producenta muzycznego z marką Wyborowa.

 

Finał Projektu 30/90 w warszawskim Teatrze Palladium był ukoronowaniem inicjatywy muzycznej JIMKA, marki Wyborowa oraz miłośników muzyki, których artysta zaprosił do współpracy. Sympatycy marki, fani twórczości Radzimira Dębskiego, znajomi i przyjaciele artysty, a także przedstawiciele świata mediów wzięli udział w wyjątkowym wydarzeniu zwieńczającym ten projekt. Podczas koncertu odbyła się prapremiera utworu stworzonego przez JIMKA przy współudziale laureatów Projektu 30/90, a także klipu, będącego jego dopełnieniem.

Do występu w koncercie finałowym muzyk zaprosił orkiestrę złożoną ze studentów oraz absolwentów Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Wśród gości wydarzenia znaleźli się laureaci Projektu 30/90, znani muzycy oraz bliscy i przyjaciele JIMKA, a wśród nich: Anna Jurksztowicz, Bovska, Gabi Drzewiecka, Novika, Odeta Moro, Gosia Baczyńska i Bartek Jędrzejak.

 

wtorek, 28 marzec 2017 09:30

Frank Turner to autor tekstów i piosenkarz, któremu towarzyszy zespół instrumentalny The Sleeping Souls w składzie: Ben Lloyd (mandolina, gitara), Tarrant Anderson (gitara basowa), Matt Nasir (klawisze), Nigel Powell (perkusja). Frank Turner gra na gitarze akustycznej, śpiewa, pisze teksty piosenek i dokonuje czegoś niespotykanego w świecie muzycznym - tworzy folkową muzykę z prawdziwie punkowym sznytem, łącząc melodie zainspirowane tradycyjnymi utworami folk i country z mocnymi, agresywnymi prawdziwie punkowymi brzmieniami.

 
wosp
 
Frank wspomina, że pierwszą płytą którą sobie kupił, to było nagranie Iron Maiden i, że mimo miłości do gitarowych, folkowych dźwięków, nadal uwielbia ciężkie, metalowe brzmienia. W 2001 roku Turner dołączył do hardcorowego zespołu Million Dead. Punkowa formacja wydała dwa, bardzo dobrze przyjęte nagrania. Po rozpadzie ekipy Million Dead w 2005 roku, Frank postanowił skupić się na swoim upodobaniu do muzyki folkowej i country i rok później ukazało się jego pierwsze solowe wydawnictwo - epkę pod tytułem „Campsite Punkrock”. Jego świeże podejście do łączenia z pozoru sprzecznych ze sobą gatunków wzbudziło zainteresowanie w muzycznym świecie i pierwsza płyta studyjna Franka Turnera, pod tytułem „Sleep Is for the Week”,  ukazała się w 2007 roku. 
Artysta wydał dotychczas 6 studyjnych albumów, 3 kompilacje zawierające muzyczne rarytasy i nieznane dotąd utwory oraz pięć epek. Występował na ogromnej scenie Wembley Arena i grał na scenie prestiżowego Royal Albert Hall w Londynie. 

Najnowszy album „Positive Songs for Negative People” ukazał się w czerwcu 2015. Turner uchyla rąbka tajemnicy i wyjaśnia jakie inspiracje kierowały nim podczas pracy nad szóstym albumem: - „To już mój szósty album studyjny. Szóstka nie jest szczególnie ekscytującą cyfrą. Ostatnio myślałem bardzo wiele o debiutach. Wygląda to tak, że kiedy zespół pracuje nad swoją debiutancką płytą, to artyści wchodzą do studia by nagrać swój występ na żywo. Jest w tym świeżość, czuje się ich ekscytację. Z czasem widać jak ta radość i świeżość zanika. Chciałem zrobić płytę która będzie mieć w sobie energię takiego debiutanckiego nagrania. Nie udało się nam jeszcze przecież jeszcze nagrać płyty, która w pełni oddałaby to wszystko na co mnie i the Sleeping Souls stać podczas występu na żywo.” 

W tym roku woodstockowa publiczność będzie mieć okazję przekonać się o tym, na co dokładnie stać Franka Turnera & The Sleeping Souls, ponieważ muzycy zagrają ostatni koncert na tegorocznym Przystanku Woodstock!
środa, 04 styczeń 2017 18:12

Filharmonia Zabrzańska znana jest z doskonałych adaptacji najbardziej znanych filmowych motywów muzycznych. Już w piątek (13 stycznia) o godz. 18 zaproponuje koncert muzyki filmowej zatytułowany "My name is Bond".

image004

Muzycy przedstawią muzykę ze Star Treka, Gwiezdnych Wojen, Ostatniego Samuraja, House of Cards, serii filmów            o przygodach Agenta Jej Królewskiej Mości, Incepcji i wielu, wielu innych.

Koncert poprowadzi i orkiestrze dyrygować będzie Maciej Sztor.

Bilety do nabycia w kasie filharmonii w cenie 30 i 50 zł.

Paweł Franzke

 

 

wtorek, 25 październik 2016 15:15

Drugiego dnia 23. Przystanku Woodstock, 4. sierpnia, na dużej scenie, zagra zespół Amon Amarth. To szwedzka, metalowa kapela, której początki sięgają połowy lat 90-tych. Ich znakiem rozpoznawczym jest bezkompromisowa muzyka osadzona w realiach świata mitycznych Wikingów.

 

Na muzykę Amon Amarth składają się niszczycielskie fale rytmu, wyszukane melodie i pobudzające, buntownicze zwrotki refrenów. Od czasu wydania pierwszego albumu "Once Sent From The Golden Hall" w 1998, Amon Amarth wkroczyli na drogę usianą sukcesami. Zespół z nieporównanym oddaniem koncertował po świecie i szerzył swe inspirujące credo, które błyskawicznie podchwyciły hordy wiernych idei metalu fanów. W pierwszej kolejności Amon Amarth podbili Europę, by później, w prawdziwym stylu Wikingów, ruszyć przez Ocean Atlantycki do Ameryki. 

niedziela, 17 lipiec 2016 07:51

 Ze sceny Najpiękniejszego Festiwalu Świata Jurek Owsiak, pomysłodawca, dyrektor i promotor festiwalu, wygłosił specjalny apel. 

Chcemy odnieść się do tego, co wydarzyło się w Nicei. Nie odgrodzimy się od siebie, nie wykopiemy rowów, nie zrobimy zasieków. Musimy coś zmienić w głowach. Na całym świecie. Przede wszystkim u polityków. To oni muszą coś zmienić. Reagując przemocą na przemoc nie uda się nigdy osiągnąć nic dobrego. Musimy inaczej patrzeć na ludzi, na religię, na ich przekonania. Musimy szanować się nawzajem.

Dziś solidaryzujemy się z tymi, którzy mają ogromny ból w swoich sercach, solidaryzujemy się z tymi, którzy stracili najbliższych, przez przemoc, przez nietolerancje, przez nienawiść - mówił Jurek ze sceny. 

Nie może przemocą walczyć z przemocą! Bądźcie pokojowo nastawieni do życia i do świata. Pokażcie, że to miejsce jest również pokojowo nastawione, że jesteście na Najpiękniejszym Festiwalu Świata. 

Pod sceną festiwalu zebrała się kilkusettysięczna publiczność. Był to jeden z najbardziej poruszających momentów w 22-letniej historii festiwalu Przystanek Woodstock.

środa, 06 lipiec 2016 09:23

W zabrzańskimm Domu Muzyki i Tańca, a nie, jak pierwotnie planowano, w katowickim NOSPR, odbędzie się koncert legendarnego Rodrigueza, jednego z najbardziej zaangażowanych gitarzystów-samouków i wokalistów na świecie! Wystąpi 14 lipca o godz. 19.

 

Rodriguez to legendarny gitarzysta-samouk i wokalista. Swoje pierwsze koncerty zagrał w latach 60. ubiegłego wieku w barach i klubach rodzinnego Detroit. To właśnie w tym mieście Rodriguez zarejestrował dwa studyjne albumy – „Cold Fact” (1969) i „Coming from Reality” (1971). Niestety wydawnictwa przeszły wówczas bez zasłużonego bez echa, a muzyk postanowił skoncentrować się na innych dziedzinach, kończąc filozofię na Wayne State University.

poniedziałek, 23 maj 2016 22:03

 12 maja w klubie XOXO odbyła się premiera dwupłytowego albumu „Radio Kolor: POP, SOUL, R’N’B”, który powstał we współpracy z wytwórnią Sony Music Polska. Płyta do kupienia jest w dobrych sklepach muzycznych już od 13 maja.

 

To była kolorowa noc, przepełniona najlepszą muzyką znaną z anteny Radia Kolor 103 FM. Tej nocy klub XOXO wypełniony był po brzegi przyjaciółmi Radia Kolor, wśród których znaleźli się: słuchacze, partnerzy biznesowi i zaprzyjaźnione gwiazdy.

Przybyli goście bawili się do utworów, które znalazły się na dwupłytowej składance. Na pierwszej z nich znajdziemy dynamiczne brzmienia. Wśród nich - hity ostatnich miesięcy jak "Nieprawda" Ani Dąbrowskiej, "Ex's & Oh's" Elle King czy "Sax" Fleur East. Drugi krążek
to zupełnie inny klimat. Na nim umieściliśmy najpiękniejsze ballady i czarujące zmysłowe brzmienia od takich artystów jak Simply Red, Leon Bridges czy Robbie Williams.

Prócz szampańskiej zabawy, wyśmienitych przekąsek przygotowanych przez firmę Catering Bocian, na gości czekał zjawiskowy występ Pin Up Candy - najjaśniej świecącej gwiazdy na polskiej scenie burleski, która jako pierwsza Polka prezentowała burleskę na pokazach
w Paryżu, Wiedniu i Berlinie. Na imprezie wykonała najbardziej pożądany pokaz burleski w gigantycznym kieliszku szampana. Swoim show, oczarowała przybyłych gości, podobnie jak niegdyś jurorów programu „Mam Talent".

Składanka "Radio Kolor: Pop, Soul, R'n'B" trafi do sprzedaży 13 maja 2016 roku. Patroni medialni płyty: VH1, Gala, ELLE, Cityboard Media, Interia.

Adrian Majchrzak

 

wtorek, 29 marzec 2016 22:34

Epicor to projekt muzyczny, który nie powiela utartych wzorców i brzmień, by niczym niewielki element wtopić się w wielką układankę, w której nie ma miejsca na indywidualizm. Swoją muzyką są w stanie odmalować uczucia jakie towarzyszą nam wszystkim. Jest to grupa, którą określiłbym mianem epicki metal core.

 

 

Jak sami niegdyś przyznali w jednym z wywiadów: Nasza muzyka to połączenie rytmicznych riffów gitarowych z bogatą paletą dźwięków i męskiego wokalu. Gatunkowo nasza muzyka zawiera elementy gothic, industrial i symphonic metal. Dobre aranżacje, w których słychać elementy symfoniczne potęgują przemyślane teksty wprowadzając odbiorcę w rzeczywistość zaczynającą się od koszmarów, by na zakończenie wejść w świat marzeń i snów. Właściwy charakter muzyki, którą reprezentują możemy odnaleźć w utworach z ich długo oczekiwanej debiutanckiej płyty zatytułowanej „From Nightmare to Dreams”, która miała premierę pod koniec 2015 roku. Dla mnie ten album wydaje się nie być porozrzucanymi myślami albo oderwanymi od siebie tekstami. Epicor wydaje się mieć koncepcję nie tylko na tą płytę, ale również na dalszą działalność artystyczną. Zapraszam do zapoznania się z ich pierwszym teledyskiem do utworu Last Fight.

Historia tego projektu sięga 2006 roku, kiedy Maksym Komar zajął się muzyką, przyjmując połączenie dwóch słów „Epi” (od słowa: epos) i „Core” (z łaciny: serce) za swój pseudonim artystyczny. W 2009 roku przyjechał do Polski z Ukriany, gdzie poznał basistę Wojciecha Karmańskiego i gitarzystę Bartosza Falkowskiego. Ci gentlemani znają się na sztuce, bo też ich wszechstronny artyzm oparty jest na znajomości nie tylko różnych gatunków muzyki, ale też literatury, filozofii, historii i psychologii. Nienaganne maniery całej trójki i spokój ducha w życiu prywatnym w muzyce zmieniają ich w odkrywców drugiej strony ludzkiej duszy. Aż chciałoby się powiedzieć za pułkownikiem z filmu Czas Apokalipsy: Everybody has an evil side of his angel. Epicor w pewnym sensie to właśnie odkrywa, ale daleki jest od dekadentyzmu.

Maksym Komar: kiedy tworzę nie ma miejsca na inne zajęcia, jestem całkowicie pochłonięty swoją pracą. Pomysły czerpię z otoczenia. Po prostu widzę jakąś scenę, zachowanie ludzi, czy rzecz i krystalizuje się we mnie wizja jak utrwalić to najpierw tworząc muzykę, a potem dobrać odpowiednie słowa, by przekazać te myśli i towarzyszące emocje.

– A to łatwiej czy trudniej? – pytam.

Maksym: dla mnie łatwiej zespolić tekst z dźwiękiem, ale nie zawsze jestem zadowolony z tego co stworzyłem, bo zawsze znalazłbym coś co można byłoby poprawić…

– ulepszyć? Wtrącam nieśmiało.

– Nie, trudno jest ulepszyć odczucia i uczucia, musisz oddać stan ducha.

– ale on się może zmieniać.

- Zgadza się i to jest problem.

piątek, 19 luty 2016 20:58

 

Nie spotkałem jeszcze osoby, która nie starałaby się dociec, co oznacza nazwa Pink Floyd? Pink to oczywiście różowy, ale Floyd? Jak to przetłumaczyć? Różowy Floyd – zupełnie bez sensu. Pytanie ...a, tak naprawdę, to który z was ma na imię Pink? pojawiało się wielokrotnie podczas podpisywania kontraktów z przedstawicielami firm fonograficznych. Wreszcie znalazło się nawet w tekście utworu Have a Cigar (Zapal cygaro) na płycie Wish You Were Here, który zresztą wykonywał nie Roger Waters a Roy Harper. Pink Floyd śmiali się z tego, ale nie skrywali, że nazwa wzięła się z zestawienia imion i nazwisk dwóch muzyków bluesowych: Pinkney Anderson i Floyd Council. Oto tajemnica nazwy grupy, której utwory Money, Time, Wish You Were Here czy Another Brick in the Wall na trwałe zapisały się nie tylko w historii muzyki, ale cywilizacyjnego dorobku ery powojennej.

Reanimacja Pink Floyd w 2014 roku to dość kontrowersyjne przedsięwzięcie. Wszak niedawno ukazała się płyta Endless River, którą Lesław Dutkowski określił mianem pośmiertnego wydawnictwa wielkiego zespołu. Ocenę pozostawmy każdemu słuchaczowi. Tymczasem przenieśmy się do roku 1963, kiedy trzech studentów wydziału architektury Regent Street Polytechnic w Londynie o imieniu Roger Waters, Nick Mason i Richard Wright postanowiło założyć grupę Sigma 6. Cała trójka traktująca muzykę na poły jako rozrywkę, na poły jako inspirację do eksperymentowania z instrumentami otrzymała propozycję od jednego z przyjaciół, będącego również na pierwszym roku studiów, by spróbować zagrać skomponowane przez niego utwory. Lokalny wydawca stwierdził krótko: może to i dobre, ale zespół zupełnie do niczego, co Mason po latach podsumował: jakbyśmy się jego posłuchali, to chyba zwinęlibyśmy żagle i nigdy więcej nie myśleli o występach artystycznych. Siła woli? Bynajmniej, mocne przekonanie, że trzeba mieć własne zdanie i nie naginać się do opinii tzw. ekspertów. To przecież oni po latach zmieniają zdanie, bo kiedy twórca wspina się na szczyty próbują zawłaszczyć jego karierę z dumą stwierdzając: gdyby nie ja to, by w ogóle ich nie było.

Sigma 6 postanowiła powiększyć skład o Vernona Thompsona (gitara), Clive’a Metcalfa (gitara basowa), Keitha i Sheilę Noble (śpiew). Pod koniec roku swoje wokalne talenty zaprezentowała również Juliette Gale przyszła małżonka grającego na instrumentach klawiszowych Richarda Wrighta. Rychło też Sigma 6 przekształca się w the Abdabs, a następnie The Screaming Abdabs, której największym wyczynem artystycznym był zupełnie niezauważony występ w londyńskim klubie Marquee. Jeśli w latach 50. triumfy święcił Bill Haley i His Comets swoim RockAround the Clock, tworząc zarazem typ nowego nastoletniego rock’n’rollowego odbiorcy, to w latach 60. łatwy i modny staje się rythm’n’blues. Screaming Abdabs zmieni jeszcze raz swą nazwę na Tea Set grające w tym właśnie guście. Nic to nowego, ale i nic nieprzyjemnego.

W 1964 roku pojawia się nagle postać-legenda, artysta z prawdziwego zdarzenia i przyjaciel Rogera Watersa z rodzinnego Cambridge. Na imię miał Roger Keith (Syd) Barrett. Syd Barrett i jego kolega Bob Klose dołączyli do grupy, co dla Watersa miało kapitalne znaczenie. Syd był dlań artystą, który z pewnością osiągnie szczyty i w malarstwie, i w muzyce. Warto zatem było zjednoczyć siły. Właśnie wtedy w umyśle Syda Barretta powstanie koncepcja nowej nazwy, najpierw The Pink Floyd Blues Band, szybko przemianowane na The Pink Floyd Sound, a niebawem wersja skrócona - Pink Floyd z ostatecznie ukształtowanym składem: Syd Barrett - gitara i śpiew, Roger Waters - gitara basowa i śpiew, Nick Mason - instrumenty perkusyjne, Richard Wrigth - instrumenty klawiszowe.

Zapamiętany przez kolegów i menadżera zespołu Petera Jennera Barrett jawił się jako młody, pełen pomysłów i entuzjazmu muzyk, malarz i poeta. Eksperymentując Pink Floyd nie byli nastawieni na szybkie pieniądze. Gdyby tak miało być, pewnie graliby w pubach muzykę łatwo wpadającą w ucho. Ale ucho dla dobrego kompozytora to instrument jedynie do wyłapywania dźwięków, które interpretować ma umysł. Powstaje nowy rodzaj muzyki - rock psychodeliczny. Co się za tym kryje? Przede wszystkim środki psychoaktywne wprowadzające umysł w odmienny stan świadomości. Nazwijmy rzecz po imieniu – to nic innego jak narkotyki, których powszechne użycie przez młodzież lat 60. była tłumaczona chęcią zgłębienia własnej świadomości, dotarcia do pokładów własnego ja. Barrett wpłynął na pozostałych członków, by zacząć tą drogą poszukiwać nowej muzyki odzwierciedlającej stan umysłu i ducha. Paradoksalnie sam wpadł we własne sidła. Wewnętrzne poszukiwania doprowadziły go do schizofrenii i stanów apatycznych, co musiało zakończyć się tragedią. Waters mówił, że ciągłe branie kwasu powodowało u Barretta stany przygnębienia i negatywnego odbioru wszelkich bodźców zewnętrznych.

Muzyce Pink Floyd Barrett nadał kierunek, ale nie on pierwszy użył tej nazwy. Nikomu nieznana amerykańska grupa The Charlatans zasłynęła z bardzo nietypowych dźwięków wpływających na publiczność. Później w 1966 roku nazwy rock psychodeliczny użyje grupa 13th Floor Elevators. Pink Floyd nie było zatem prekursorem tego typu muzyki, a jednak to dzięki nim rock psychodeliczny nie tylko stał się nieodłączną częścią nowoczesnej muzyki, ale położył podwaliny pod rock progresywny, hard rock, a nawet heavy metal. Jakże odległe to nurty od Pink Floyd.

Koncerty dla młodzieży studenckiej odbywały się w zaciemnionych klubach i pubach, gdzie spokojnie sączącym się tonom towarzyszyły rzucane na ścianę refleksy tworzone przez kolorową krople wody rozmazywanej na płycie projektora transmitującego przedziwne obrazy zlewających się kolorów. Takie były okładki niektórych płyt Pink Floyd jak Meddle, Saurceful of Secrets czy Obscured by Clouds. Idealnie odzwierciedlały stan umysłu Syda Barretta. Na razie jednak nic nie zapowiadało osobistej tragedii muzyka. W 1967 roku dochodzi do nagrania pierwszego znaczącego utworu o tytule Interstellar Overdive. Jest to fantastyczna, ciągnąca się kilkanaście minut improwizacja gitarowa, charakteryzująca się krótkimi rwanymi dźwiękami. Właściwie poprawniej byłoby powiedzieć dwie improwizacje zmiksowane i nałożone na siebie o niezwykłym rytmie pulsującym dającym poczucie harmonii i dysharmonii zarazem. Już w tym momencie Pink Floyd pokazywał swe profesjonalne oblicze.

sobota, 23 styczeń 2016 11:36

Clown, głupek, dysgrafik - genialny wokalista - Błaznować też trzeba umieć i to chyba jest niezwykle trudna sztuka w życiu.

 

To fantastyczne kiedy w wieku sześćdziesięciu lat człowiek może powiedzieć o sobie: „Moje życie było kapitalne, ćpałem, piłem, (muszę wykropkować), robiłem co chciałem i jestem cholernie z niego zadowolony, jestem szczęśliwy”.

 

ozzyDługie włosy w kasztanowym odcieniu, okrągłe ciemnoniebieskie okulary, a na lewej dłoni tuż przy kościach palców wytatuowane cztery litery, nie.. nie te co myślicie tylko - OZZY. Dalej chyba już nie trzeba przedstawiać prostego „gentlemana”, w każdym razie portret pamięciowy nie wymagałby szczególnego wysiłku ze strony osoby opisującej postać Johna Micheala Osborne’a.

W 2002 r. Ozzy został zaproszony na wieczorne przyjęcie zorganizowane dla świata artystycznego i prasy przez prezydenta George’a Busha Jr. (ktoś nawet spytał – czy coś ich różni?). Witając szanownych zebranych prezydent skierował uwagę na mającego już mocno (jak zwykle) w czubie Ozziego wymieniając wszystkie najlepsze tytuły z repertuaru Black Sabbath. Następnego dnia na mocnym kacu Ozzy podchodzi do lustra i zadaje sobie pytanie: „ … mać, no kto by pomyślał. Niesamowita historia. Zaczynaliśmy jako czterech gówniarzy z Birmingham, a teraz jemy obiad z samym prezydentem. Nikt by tego nie wymyślił”. Wymyśliło życie. Ono pisze najlepsze scenariusze. Spełnią się jeśli je dokładnie zrealizujemy.

Jakie szanse na karierę miał urodzony w 1948 w Aston John Osbourne jako czwarte dziecko Johna Thomasa i Lillian Osbournów? Tym bardziej, że nieco później na świat miało przyjść jeszcze dwóch młodszych braci. Utrzymanie szóstki dzieci (Jean, Iris, Gilian, John, Paul, Tony) w niewielkim robotniczym Aston dla ślusarza narzędziowego w General Electric i pracownicy na taśmie produkcyjnej w fabryce Lucasa nie było łatwe. Przyszłość – raczej punk rock – No Future. Lokalna niewielka społeczność, w której wszyscy się znają nie może zaoferować nic atrakcyjnego. Życiowa sztampa: szkoła podstawowa, szkoła średnia i praca za niskie wynagrodzenie, wieczorem pub, spotkanie z przyjaciółmi, kilka kufelków piwa, dom, kilka godzin snu, kac i znowu praca. Przyzwoite życie przyzwoitego człowieka tylko z rzadka zdolnego zadać sobie pytanie czy istnieje inny świat. Matka katoliczka, choć niezbyt głębokiej wiary prowadzała Ozzy’ego co niedziela do kościoła, ale efekt konwersacji z panem Bogiem nie napawał optymizmem. „Od słuchania opowieści biblijnych i malowania małego Jezusa, jakoś wcale nie stałem się lepszy”. Warunki w domu państwa Osbournów – iście spartańskie, jeden pokój, kuchnia i sień, toaleta na zewnątrz. Raczej inspirujące do ucieczki, choć jak Ozzy podkreśla było biednie, ale nie nędznie. W domu były gazety – a jakże, tyle, że zastępowały papier toaletowy, a noszone przez Ozzy’ego latem kalosze, niezależnie od aury wskazywały, że ośmioosobowa rodzina nie jest w stanie wyposażyć wszystkich swych członków przynajmniej w jedną parę butów.

Od początku Ozzy marzył tylko o jednym – wyrwać się z Aston, grać czy śpiewać w zespole rockowym, byle nie pracować jak rzesze cichych spokojnych i uczciwych obywateli – ci dopiero mają życie …. . Specjalnie zostawiam kropki, bo gdybym miał cytować pełne wypowiedzi

Ozzy’ego to praktycznie cały tekst byłby wykropkowany. Najśmieszniejsze jest to, że wytatuowany niczym obraz Gustawa Klimta Ozzy wspomina jak bardzo był zbulwersowany kiedy w wieku kilku lat dostrzegł tatuaż na ręku swej ciotki.

piątek, 08 styczeń 2016 07:24

Mieć pieniądze, pomóc szczęściu to jedno, ale pozostać dżentelmenem to wielka klasa.

 

Sting jest klasycznym przykładem twórcy, który na swoją karierą może pokazać, jak wiele w życiu znaczy pomysł, jego realizacja, talent no i… szczęście, któremu zawsze trzeba umieć pomóc. Nie żyjemy w trudnych czasach. Życie pośród ludzi i z ludźmi jest i zawsze było trudne. My tylko w większym lub mniejszym stopniu jesteśmy w stanie to sobie uświadomić. Sukces jest jednak w przeważającej mierze wynikiem racjonalnego myślenia i konsekwencji w działaniu, a nie jedynie pustego szczęścia, które zagościło w sercu czy umyśle tego czy innego człowieka.

ThePolice 2007

 

Sting to postać wszechstronna: muzyk, kompozytor, wokalista, autor tekstów piosenek, aktor i producent filmowy. Trudno uwierzyć, by przychodząc na świat w 1951 r. w Newcastle Gordon Matthew Sumner, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko artysty, miał wpisaną w swój życiorys wielką karierę. Czwarte dziecko małżeństwa Audrey Cowell i Ernesta Sumnera (kierownika mleczarni dodajmy) nie miało zapewnionego znakomitego startu w życiu, jak to dzieje się w przypadku dzieci biznesmenów czy rodów arystokratycznych. A jednak to on właśnie w 1981 r. po ukazaniu się znakomitej płyty Zenyatta Mondatta mógł powiedzieć – „patrzę na moje konto bankowe, Jezu! To nie matematyka to astronomia!!!” Wspaniałe uczucie dla człowieka, który chciał być artystą, a spróbował w życiu kilku zawodów. No i dobrze, że nie udało mu się zostać doradcą podatkowym, filologiem angielskim czy nauczycielem, choć ta ostatnia profesja uprawiana m.in. w szkole powszechnej w Carmlington stała się motywem dla słynnego utworu Don’t Stand So Close to Me. Jak sam przyznawał nie raz widział jak jakiś nauczyciel nazbyt bacznie przyglądał się ładnej uczennicy, rojąc sobie w głowie różne niewybredne myśli, a i sam siebie do tego grona też zaliczył – cóż za szczerość!

Wiele tekstów piosenek napisał znacznie wcześniej zanim jeszcze osiągnął światową sławę, rozsądnie przechowując je w szufladzie, by czekać na swój czas i byśmy to my mogli je nucić i słuchać w autobusach, metrze, na ławce czy w domu. Tak było ze słynną piosenką Roxanne. Rozpoznawalną już od pierwszych taktów. Pomieszanie rytmu tanga z reagge dało w rezultacie utwór, który łatwo wpada w ucho, a nucił go nawet Eddie Murphy w filmie 48 godzin. Można powiedzieć, że Roxanne to sygnał rozpoznawczy grupy Police. Po latach Sting wspominał: To fantastyczne uczucie, gdy pisze się piosenkę, którą każdy może zagwizdać. A i temat jak na owe czasy był bardzo kontrowersyjny. Czyż można pisać o prostytutce?! Przecież to obraza dobrego smaku i obyczajów. Są, a jakoby ich nie było, jak można poruszać takie tematy? – dziwiono się w brytyjskiej prasie. BBC mówiło wszem i wobec o nieprzyzwoitym tekście. Kiedy nieznany nikomu zespół Police przebywał na jednym z wyjazdów w Paryżu, Sting widział z okna taniego hotelu jak wieczorem na ulicę wychodzą młode dziewczyny w wiadomym celu. Nie dziwiła go ich profesja. Był zaskoczony jednak faktem, że piękne francuski szukają męskiego towarzystwa, podczas gdy bardziej odpowiednie byłoby to dla „pięknych” Brytyjek.

Kariera muzyczna Stinga rozpoczęła się w 1970 r. kiedy zaczął współpracować z jazzowym zespołem o nazwie The Newcastle Big Band (zawsze był koneserem i miłośnikiem jazzu), by dwa lata później założyć własną grupę The Last Exit, z którą nagrał singla i niedokończoną kasetę demo. Prowincjonalna popularność, bardzo krucha i nie rokująca nadziei, zmusiła go do powzięcia poważnych decyzji. Pierwsza to ślub z irlandzką aktorką teatru szekspirowskiego Francis Tomelty, a druga to porzucenie pracy zawodowej w szkole i mocne postanowienie poświęcenia się profesjonalnej karierze muzycznej. Ale jak to zrobić? To, że ktoś coś lubi wcale nie oznacza, że zostanie dostrzeżony, nawet jeśli tworzy coś porządnego, ba! - wybitnego. Przez pewien czas utrzymuje się z zasiłku dla bezrobotnych. Ma ukończony pierwszy semestr studiów anglistycznych na Uniwersytecie w Coventry, no i trochę doświadczenia zawodowego w różnych profesjach. Przenosi się do Londynu, gdzie przez pewien czas wraz z małżonką i dzieckiem mieszka u przyjaciółki Francis, której znajomości w świecie producentów reklam będzie potrafił wykorzystać. I tu łut szczęścia, w 1976 r. spotyka perkusistę grupy Curved Air Stewarda Copelanda. Ten skądinąd znany perkusista i kompozytor jest najmłodszym synem byłego agenta CIA Milesa Copelanada i Lorraine Adie - znanej pani archeolog.

Po pierwsze to on namówił Stinga do przeniesienia się do Londynu, gdyż tylko tam można było być dostrzeżonym przez wielkie wytwórnie płytowe i show biznes, który decydował czy utwór zyska popularność, czy też przepadnie bez wieści. Po drugie Steward miał niezwykłe wyczucie rynku, albowiem to on był pomysłodawcą nazwy zespołu, który od 1978 r. rozpoczął podbój scen i list przebojów – The Police. Dlaczego? Proste - rzeczownik ten jest używany bardzo często w środkach masowego przekazu, cokolwiek się nie dzieje na miejscu jest zawsze policja, policja ściga, ustala, prowadzi śledztwo, patroluje itp., itd…., czyli ilekroć pojawi się Police to ludzie będą to jednoznacznie kojarzyć. Chwyciło? A jakże. W Londynie spotkali pochodzącego z Korsyki gitarzystę Henry’ego Padovani, by z nim nagrać pierwszy utwór na singlu Fall Out. Wkrótce w czerwcu dołącza do nich znakomity gitarzysta Andy Summers. Police to dzieło przypadku. Summers spotkał wcześniej Copelanda i Stinga, nawet rozmawiali o muzyce i ewentualnych możliwościach wspólnego grania, jednak nic z tego nie wyszło. I wreszcie… znowu przypadek. Pewnego dnia w 1977 r. Sting i Copeland naradzali się co zrobić z Padovanim, którego zdolności muzyczne pozostawiały wiele do życzenia. Copeland jechał gdzieś metrem, do którego przypadkowo wsiadł Summers. Wysiedli, poszli do pubu i zaczęli poważnie rozmawiać o współpracy. Po latach Andy Summers wydał książkę zatytułowaną One Train Later, no bo właśnie wystarczyło by wsiadł do pociągu, który jechałby parę minut później i nigdy nie doszłoby do zejścia się grupy Police w swoim klasycznym składzie. Przez krótki czas Police to kwartet, by niebawem po odejściu Padovaniego (nie umiał grać na gitarze, znał bowiem tylko kilka chwytów) ugruntować swój wizerunek jako trio – gitara basowa Sting, perkusja Steward Copeland i gitara prowadząca Andy Summers.

Czy było trudno? Bez wątpienia. Sting po latach przyznawał, że najbardziej zależało mu na tym, by nie zaciągać żadnych kredytów, wówczas bowiem byłby niewolnikiem firmy fonograficznej (wielu tak niestety robiło). Wiele kłopotów przyniósł przecież kontrakt z wytwórnią Virgin Richarda Bransona zawarty na prawa autorskie do utworów Stinga. Sting chyba dobrze znał się na biznesie, zwłaszcza w tej materii, bo wystarczy posłuchać pochodzącego z 1976 r. nagrania Pink Floyd Have a Cigar (na płycie Wish You Were Here), by zrozumieć mechanizm wkręcania młodych zdolnych muzyków do pracy na rzecz wielkich korporacji muzycznych. No i liczyło się wyczucie, otóż u progu zakładania zespołu The Police Sting spotkał się ze sławnym muzykiem Billym Ocean, który proponował mu współpracę za całkiem pokaźne honorarium. Dla żyjącego jeszcze z zasiłku muzyka musiała to być kusząca propozycja. Jednak odmówił. I miał rację Ocean zatrudnił kilku muzyków, którym po kilku miesiącach w miłych słowach podziękował za współpracę. Chyba czasami lepiej się wstrzymać niż brnąć w biznes, który nie ma przyszłości, bo to biznes u kogoś, a nie własny, za który ponosi się osobistą odpowiedzialność. Sting zawsze wolał ją sam kreować, nie chcąc żyć według zasad wyznaczanych przez innych. A tak się jakoś składa, że ci, którzy je wyznaczają sami ich nie przestrzegają. Tych nie znosił szczególnie. Our So called leaders speak, with words They try to jail ya, they subjugate the meak, but it’s a rethoric of failure – tak śpiewał na czwartej płycie Ghost in the Machine w utworze Spirits in the Material World.

sobota, 10 październik 2015 08:23

Jestem świeżo po lekturze autobiografii Herbiego Hancocka. W swej bibliotece posiadam wiele książek tego typu. Trudno mi wskazać lidera w osobistym rankingu. Na pewno wszystkie one rzucają dużo więcej światła na poszczególnych artystów aniżeli ich sama „goła” muzyka. Choć każda płyta jazzmana jest w pewnym sensie rozdziałem autobiografii, to nie każdy słuchacz potrafi lub ma potrzebę wyłowienia tego z dźwięków. Poznać kogoś w pełnym wymiarze - to znać jego wyimprowizowane nuty, które wielokroć ulatują na zawsze w chwili, kiedy zostają zagrane, gdyby nie obecność mikrofonów; to znać jego zapisane i przelane na papier utwory; to znać jego opinie i sądy na wiele tematów.

 

     W autobiografiach muzycy pozwalają sobie na pewnego rodzaju katharsis, wyjawienie nieznanych grzechów i skrywanych detali swego życia. Kiedy wszystko to – i słowa, i muzykę - spleciemy w całość, możemy powiedzieć, że posiadamy pewną wiedzę. Natomiast odwieczne pytania: Literki czy nutki? Wypowiedziane słowa czy zagrane frazy? Co więcej nam powie o samym artyście? - zostawmy bez odpowiedzi. Najlepiej zresztą, jeśli się dopełniają.

 

     Autobiografie - porównując je do występu - są jak solowe koncerty. Wymagają osobliwego skupienia. Artysta jest na estradzie sam, nikomu nie akompaniuje, nie podkłada akordów, rytmu czy linii basu, lecz samotnie snuje swą narrację. Jazz może mieć różne oblicza. Niejednokrotnie tańczyłem do muzyki Count Basie, modliłem się wraz z Coltrane’em, płakałem z bluesmanami i całą gębą uśmiechałem do Armstrongowej wizji cudownego świata*. Tym razem zachwycam się intelektualną doskonałością, otwartością i technologiczną dociekliwością – cechami, jakie ten człowiek potrafił umieścić na swych pięcioliniach.

 

     Hancock, prowadząc swą narrację, trzyma się porządku chronologicznego. Całość książki splata ładną klamrą motywu „fałszywej” nuty w akordzie, nuty która tylko w kreatywnym jazzie potrafi nabrać nowego znaczenia - jeśli ma do czynienia z artystami pokroju Count Basieczy Herbiego Hancocka. Nie o samą muzykę tu jednak chodzi. Hancock przekonuje nas, że każdy, nawet „niezdarny” czyn w naszym życiu możemy przekuć i przeobrazić w coś, co nada sens dalszej drodze. Robi to na swój sposób - dość chłodno, rzeczowo – sam przyznaje, że miewał problemy z egoizmem i empatią, z okazywaniem uczuć. Książka ukazuje szczegóły jego kariery, ale także intymne detale – śrubki, na jakie sam siebie, jako dociekliwy pasjonat techniki, rozłożył. Obnaża się, mówiąc o chorobie psychicznej matki i odrąbaniu słowami – niczym siekierą - marzeń siostry, a także o strachu podczas trzęsienia ziemi i metafizycznych przeżyciach podczas koncertu związanych z umieraniem na innym kontynencie fanki zespołu.

 

Pianista zabiera nas w niezwykle ciekawą podróż po swym życiu i muzyce. W moim przypadku to nie jest dziewicza podróż*. Doskonale znałem już wcześniej więzienne perturbacje Angeli Davis, zmasakrowane zwłoki Emetta Tilla, hotel Alvin, gdzie mieszkał i Lester Young i Paul Chambers i wielu innych jazzmanów, znałem podniesione pięści sprinterów na meksykańskich igrzyskach i południową dzielnicę Chicago, gdzie w latach 20. XX wieku młody jazz nabierał ciała i stawał się dorosłym kawalerem, któremu płacą za to, że pokaże się tu i ówdzie.

 

Znałem rzecz jasna wszystkie wymienione tu płyty - w innej sytuacji nie mógłbym prowadzić o nim akademickich wykładów - począwszy od „premilesowego” okresu współpracy z Donaldem Byrdem i Erickiem Dolphym. Rozkładanie zagadnień na czynniki pierwsze nie jest wyłącznie cechą Hancocka. Teraz jednak płyty te nabierają innych barw i nowego znaczenia, kiedy słowa pianisty przenoszą czytającego do maleńkich nowojorskich mieszkań, na opłacenie których brakowało pieniędzy, do studiów nagraniowych, w których muzycy nie mogli liczyć na kartki z nutami, a jedynie na swą niebotyczną intuicję i kreatywność, do samochodów i samolotów, którymi przemieszczali się, by te płyty realizować, do zakątków świata, gdzie rodziła się muzyka. Mówi nam też, że inspiracje można znaleźć wszędzie - na ulicy, w zawołaniu handlarza owocami i w sinusoidach tworzonych w tajnych laboratoriach; mówi, że muzyka jest blisko życia, blisko umiłowanych osób zawartych potem w utworach i ich tytułach - jak na przykład córka Jessika i jej zabawki*.

 

     W swej autobiografii Hancock ukazuje nowojorskie środowisko jazzowe, swe pierwsze wzorce, pisze o przyjaźni z muzykami, o transformacji muzyki z takiej, przy której publiczność siedząca na krzesłach musiała przeistoczyć się w taką, przy której może się bawić i tańczyć, o obawach ludzi przed postępem. Nakreśla też kulisy produkcji płytowych i funkcjonowanie największych firm płytowych, dla których nagrywał od 22-go roku życia. Okaże się także aktywistą na polu identyfikacji rasowej i kulturowej, poszerzającym swą świadomość w dobie ruchu o prawa obywatelskie, a właściwie – wobec zabójstw Martina Luthera Kinga, Roberta Kennedy’ego i Malcolma X – w okresie, kiedy ruch ten przeradzał się w bardziej radykalny bunt.

 

     Kładzie nacisk na rzeczy, które postrzega za ważniejsze niż sama muzyka - na religię, mówiąc o tym, że na początku było słowo (dźwięk), lecz on zamiast biblijnej, wybrał buddyjską wersję tego dźwięku –nam-myoho-renge-kyo. Choć nie jest przekonany do reguł grzechu i kary, nieba i piekła, w swej opowieści udaje mu się nakreślić takowe - kiedy otrzymuje prestiżowe nagrody i kiedy pozostaje w szponach narkotykowego nałogu, a jego życie wymyka się spod kontroli.

 

     W ponad 70-letniej życiowej podróży Hancock zmieniał swe muzyczne oblicze niczym kameleon*. Udowodnił, że jest osobą zdolną rozebrać jazz na czynniki pierwsze - jak zegarki i tostery z okresu jego dzieciństwa. Flirtował z awangardą Dolphy’ego, z funkowymi rytmami czarnych dzielnic, bawił się najnowocześniejszymi technologiami jak dzieciak swymi zabawkami. Najważniejszym wydaje się być współpraca z Davisem, której poświęca dużo miejsca.

 

    Herbie jest też pierwszym jazzmanem, który łączy beaty i bity. Coś, co z trudem przychodzi pani tłumaczce, raczącej nas „latynoskimi bitami” i „bitami na 4/4”. Tłumaczka dołożyła nam także „tejki”, „trójki” i „siódemki” (interwały tercji i septymy). Dodam też, że w specyficznym żartobliwym sformułowaniu Shortera, sadzającego kolegów w swym samochodzie – „You get in front, and you get in black” nie chodzi o podobieństwo brzmienia słów black/back, lecz o fakt, iż dla czarnych zawsze przewidziany był tył autobusu.

 

      Wróćmy jednak do Hancocka. Wydaje się, że złożoność jego gry potrafi zachwycać i jednocześnie przerażać, jest czasami jak istny kataklizm. Jednak, by zabrać się z nim w muzyczną eskapadę i nie odczuwać strachu trzeba w tym nadchodzącym z zapowiedzią zniszczenia huraganie pozostać w jego oku*. Tam jest najbezpieczniej.

 

     Nawet jeśli nie zapłaczemy przy jego muzyce, nawet jeśli nie pomodlimy się przy niej do któregoś z bogów i nie uśmiechniemy się pełni dziecięcej radości w związku z wizją raju na ziemi, to z pewnością uda nam się pobujać w rytm jego akustycznych jak i elektrycznych utworów - i przy tych dźwiękach zatańczyć. Razem z delfinami*.

 

prof. dr hab. Jacek Niedziela Meira

 

*“It’s a Wonderfull World” - hit Louisa Armstronga z lat 60. XX w.

*„Maiden Voyage” - tytuł znanej kompozycji H. Hancocka.

* „Jessica”, „Toys” - tytuły kompozycji H. Hancocka.

*„Cameleon” - hit Hancocka z lat 70.

*“Eye of Huricane“ - tytuł kompozycji H. Hancocka.

*“Dolphin Dance” - tytuł kompozycji H. Hancocka.

AutobiografiaHH

poniedziałek, 31 sierpień 2015 09:01

Muzyka pojawia się w naszym życiu w najdziwniejszych jego momentach, towarzyszyła nam już od samych początków naszego istnienia, pierwsze dowody na jej funkcjonowanie pochodzą sprzed 35 tys. lat. Nierzadko jest naszą najlepszą partnerką w podróży przez osobiste być albo nie być lub jest po prostu przyjemnym dodatkiem przy naszych projektach. Największy problem pojawia się wtedy, gdy nasze być albo nie być zamienia się w być albo mieć, bo o ile w przypadku muzyki na użytek własnego zacisza domowego problem nie jest tak rozwlekły to, gdy chcemy wykorzystać ją już gdzieś indziej zaczynają się problemy z prawami do dystrybucji, puszczania publicznie lub z zastosowaniem komercyjnym. Ta kupiona przez nas w sklepie zazwyczaj nie daje nam uprawnień do używania jej we własnych produkcjach, ani przy organizacji imprez masowych jeżeli nie uiścimy wcześniej dodatkowej opłaty za pośrednictwem organizacji zajmującej się ochroną praw autorskich danego wykonawcy (np. w Zaiksie) dającej nam prawo do wykorzystania tego utworu - dotyczy to również coverów i opracowań.

image

reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama
reklama