Integracja pokoleń oraz wzajemny szacunek – DJ WIKA

359
Fot. Dorota Koperska Photography z książki „DJ Wika. Jest moc!”

Wirginia Szmyt, znana jako Dj Wika, to znana nie tylko w Polsce, ale i za granicą działaczka społeczna zaangażowana w sprawy seniorów. Wychowanie synów odegrało w jej życiu ważną rolę, jest też dumna ze swoich wnuków. Z wykształcenia pedagog specjalny– z ogromnym zaangażowaniem pracowała z dziećmi niepełnosprawnymi i trudną młodzieżą. Po przejściu na emeryturę aktywnie włączyła się w działalność na rzecz seniorów w ramach Uniwersytetu Trzeciego Wieku, parad dla osób dojrzałych oraz innych wydarzeń międzypokoleniowych. Pisała wiersze i teksty, promuje wizerunek szczęśliwego seniora, żyjącego z należnym mu szacunkiem i godnością. Otrzymała wiele nagród, w tym nominację do tytułu Kobiety charyzmatycznej.

 

Doświadczenia z dzieciństwa

Okres wojny i wczesnych lat powojennych to dla mnie bardzo ciężkie wspomnienia. Jak przez mgłę widzę wojnę, swąd palonych ciał, naloty i bombardowanie, jak chowaliśmy się przed wywózką. Pamiętam, jak siedziałam gdzieś na piecu usmarowana sadzą i udawałam niemowę – opowiada z przejęciem.

Fot. Dorota Koperska Photography z książki „DJ Wika. Jest moc!”

Wirginia Szmyt urodziła się w Wilnie w 1938 roku – pochodzi z Kresów…..z rodziny  dla której najważniejsza jest uczciwość, bycie sobą i życie w zgodzie z naturą. To, co pamięta to czasy niepokoju…Mieszkała tam praktycznie sama z matką. Ojciec się ukrywał. Był prawdopodobnie żołnierzem wyklętym. – Żyłyśmy w ciągłym stresie przed wizją zesłania na Syberię. W końcu trzeba było wszystko zostawić, majątek, dom, przyjaciół i uciekać – wspomina zamyślona. Po ciężkiej, miesięcznej podróży w bydlęcych wagonach, dotarły do Polski, do Torunia. Dostały tam mieszkanie, a wkrótce także odnalazł się ojciec.

Jednak to, co działo się w Polsce dalekie było od obrazu wymarzonego dzieciństwa. Nieprawdopodobna bieda i nieustające zagrożenia. W tym także ze strony samych rodaków. To były czasy, kiedy jedni przyjeżdżali ze wschodu jako repatrianci, uciekając przed wywiezieniem na Syberię, a tu był następny dramat ludzi, którzy też musieli opuścić swoje domy i wyjechać na zachód, zostawiając cały dobytek swego życia. Przykre, smutne i dramatyczne. – Mieszkaliśmy nawet parę tygodni z taką rodziną, od której dostaliśmy mieszkanie i zaprzyjaźniliśmy się, bo byli w takiej samej sytuacji jak my. Zostawili nam swój dom nawet ładnie wyposażony, a sami odjechali z walizkami do nowego życie. – pani Wirginia opowiada z przejęciem. – Pamiętam, jak nocą  przyszli jacyś ludzie mówiący po polsku. Ustawili nas pod ścianą, strzelili mi nad głową. Zsikałam się ze strachu. Ograbili nas z wszystkiego, co tam było. Powiedzieli, że my jesteśmy „Ruskie”, nie Polacy. Rabunki takie były wtedy norma, na porządku dziennym.

Stres i ciężkie warunki bytu sprawiły, że jako dziewczynka, często chorowała i spędzała sporo czasu w szpitalu. Do tego ojciec ciągłe zmieniał pracę i miejsce zamieszkania. Skończył agronomię na Uniwersytecie w Wilnie. Na początku pracował w Szkole Lotniczej, potem w PGR-ze. Zaproponowano mu urząd burmistrza Sławna, ale tego nie przyjął. – Był idealistą i gdy ktoś próbował mu mówić, jak ma pracować, to pakował się i wyjeżdżaliśmy szukać szczęścia, gdzie indziej. Miałam takie cygańskie życie. Trudne to dla mnie było – przyznaje. Mama twierdziła, że jeśli ślubowała mężowi, to pojedzie za nim wszędzie. Z tego powodu mała Wirginia ciągle zmieniała szkoły, a kiedy skończyła 13 lat zamieszkała w internacie. – Byłam tam bez rodziców, a do tego jeszcze najmłodsza z nich wszystkich. Bardzo to przeżyłam. Nie miałam łatwego dzieciństwa. Musiałam być „małą dorosłą”. To mi zostało na lata – podsumowuje. Nie rozumiała oddania matki. Stwierdziła, że nie będzie taką kobietą, jak ona, bo nie nadaje się na cierpiętnicę.

 

Wczesne założenie rodziny, a potrzeba stabilizacji

Zakochała się już na pierwszym roku studiów pedagogiki specjalnej i to w o 10 lat starszym wykładowcy. Był wtedy dla niej autorytetem. Bardzo szybko wyszła za mąż. – Z perspektywy już dojrzałego życia myślę, że gdyby nie to moje ogromne pragnienie posiadania bezpiecznego domu, to może bym tak szybko nie stworzyła tak poważnego związku – zauważa.Miałam wcześniej niespokojne życie, więc podświadomie dążyłam do stabilizacji. Brakowało jej wzorca mężczyzny, tata był jak drugie dziecko jej mamy, nie umiał zapewnić im poczucia bezpieczeństwa. Mąż początkowo bardzo jej imponował jako psycholog i naukowiec z ogromną wiedzą, ale jak się okazało, bardziej teoretyczną. To ona musiała być praktykiem jako pedagog i zaangażowaną matką. Nabrała jednak przy nim pewnego doświadczenia i jak twierdzi przeszła prawdziwą szkołę życia.

Urodziła dwóch synów i do ich pełnoletności troszczyła się o utrzymanie rodziny dla dobra swoich dzieci. Po pracy spieszyła się do domu, gdzie czekał na nią drugi etat, sama musiała o wszystko zadbać, gdyż mąż spędzał wiele godzin na uczelni, gdzie zdobywał kolejne tytuły naukowe, najpierw w Poznaniu, a później w Warszawie, gdzie się później przeprowadzili. – Bałam się czy podołam wszystkim obowiązkom związanym z wychowaniem synów, ale bardzo pragnęłam dla nich szczęścia – i myślę, że się udało – wspomina. – Uczyłam ich samodzielności i byłam ostrożna w doborze metod wychowawczych, nigdy nie stawiałam sytuacji na ostrzu noża, nie wydawałam rozkazów. Rozmawiałam z nimi o miłości, o tym, żeby uważali na konsekwencje swoich czynów. Tłumaczyłam, że przyjemność trwa krótko, a skutki są długofalowe – opowiada. Wiedziała, że uczyli się ze swoimi dziewczynami, że chodzili do kina, jeździli razem pod namioty, na koncerty do Jarocina. Przypominała im, żeby nie tracili rozsądku, bo można łatwo zmarnować sobie życie.

Teraz jest dumna, że stali się samodzielnymi mężczyznami. Sami zapracowali na swoje mieszkania, ożenili się i mają cudowne rodziny – takie, jakie ona zawsze chciała – mają świetny kontakt z dziećmi i małżeństwa pełne miłości. Została babcią czwórki już dorosłych wnuków. Nie brakuje im też pasji. Jeden z synów wraz synową tańczą tango milonga, jeżdżąc na występy i turnieje po całej Polsce, jako amatorzy i miłośnicy tego gatunku tańca. – To piękna pasja, która wprowadza w ich życie wiele radości i jest odskocznia od codzienności, ponieważ opiekują się córka, która cierpi na epilepsje – mówi pani Wirginia i ubolewa, że dziewczyna ma utrudniony kontakt z rówieśnikami. Koleżanki z klasy nie chciały siedzieć z nią w ławce. Do szkoły specjalnej się nie nadaje, na studia na wymarzonej grafice komputerowej też już nie – intelekt przez chorobę i lekarstwa już nie jest ten. Ponadto zmaga się z depresją. Wirginia Szmyt uważa, że nie ma dla takich dzieci i młodzieży odpowiednich warunków do życia w tym kraju.

 

Praca z osobami niepełnosprawnymi

Zawsze chciała pracować z trudną młodzieżą. Ponieważ ukończyła pedagogikę specjalną, najpierw podjęła pracę w szkole specjalnej dla dzieci z wieloma niepełnosprawnościami. Spędziła w niej cztery lata. Przekonała się, że to nie było dla niej.

Wychodziłam po pracy do innego świata i się nim cieszyłam. Patrzyłam w pracy na deformacje, zniekształconych ludzi. Trudno mi było to odreagować – Jest całym sercem z rodzicami osób niepełnosprawnych. Uważa, że w Polsce nie ma tradycji, by takie dzieci traktować z szacunkiem. Dom z niepełnosprawnym, to chory dom. Ludzie nie potrafią tego zrozumieć. Na wsi taki dom jest omijany, jak zarażony trądem. Dopiero wkraczamy w ten świat, świat cywilizacji. – Dopiero uczymy się szanować osoby niepełnosprawne oraz innych zagubionych ludzi. Niestety, późno, ale dobrze ze już zauważyliśmy ich i powoli rozwija się opieka, zakreślając szerszy zasięg potrzeb, nie tylko materialnych ale i edukacji i fachowej opieki – podkreśla. Cieszy się, że inni zaczynają zauważać, że takie rodziny należy wesprzeć a społeczeństwo edukować, żeby osoby niepełnosprawne były traktowane z należytym szacunkiem i ich rodziny też. Wirginia Szmyt wyraźnie zaznacza, że należy również rozwijać szkolnictwo specjalne, jak też miejsca pracy chronionej, aby dać możliwość rozwijania samodzielności w takich przypadkach, które mogą z tego skorzystać.

W poprawczaku

Zdecydowanie wolała pracować w zakładzie poprawczym i dopięła swego, ale nie było łatwo. Szef jej powiedział, że nie zatrudnia kobiet. Jednak zgodził się na dwutygodniowy okres próbny, a po 3 latach została kierownikiem zakładu w Warszawie i pracowała tam przez 15 lat, przechodząc wszystkie szczeble kariery zawodowej. Kończyła tutaj pracę jako dyrektor tego zakładu i tym osiągnęła pierwszy sukces zawodowy w swojej karierze.

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę jakie osoby trafiają do zakładów poprawczych. Ludzie z rodzin patologicznych, po kradzieżach, rozbojach. Nierzadko z wyrokami za gwałty, ćpanie czy kradzieże. A do tego trafiają się osoby wrażliwe, które na koncie mają tylko wagary. Wszyscy wrzucani do jednego worka – zauważa. – To jest inny, zamknięty świat. Mają swoje zasady, swój język i swoje realia. Musiała to wszystko poznać, zrozumieć, wniknąć w to specyficzne środowisko. Nie raz trzeba im było „dać w ryło” i była zmuszona się tego nauczyć. Początki były trudne, ale postawiła na uczciwość. – Powiedziałam swoim podopiecznym, że mogę poprawić ich życie, że pomogę im w realizacji ich marzeń, żeby mogli zacząć od nowa a nie cale życie przesiedzieć w zakładzie, a potem w kryminale. Ja sobie znajdę pracę gdzie indziej, nie ma problemu, ale chciałabym zrobić coś, aby poprawić warunki w tym ośrodku – wspomina. – Zadziałało!

Czy się ich bała? Oczywiście, że tak, ale najbardziej obawiała się, że nie podoła, że wyrzucą ją z pracy, że się nie sprawdzi. Przeprowadziła kiedyś eksperyment. Wyjechała z najgorszymi recydywistami nad morze, sama z całą grupą. – Mogli mnie zgwałcić, zabić, mogło się wydarzyć wszystko. Zaraz pierwszej nocy chłopcy pouciekali z obozu. Nad ranem wrócili, a potem przyszła policja z wiadomością, że okradli sklep. Wtedy kazała im oddać towar i obiecała milicjantom, że to się więcej nie powtórzy. Usłuchali ją. – Ryzyko czasami pozwala na nawiązanie dobrej relacji, na pozyskanie zaufania, ale też może być inaczej – zauważa. – Ja wierzyłam, że może się udać.

 

Konferencja: Rewolucje w Innowacjach 2018

Powroty z zakładu dla tej młodzieży były ciężkie. Często nie mieli dokąd wracać. Matka alkoholiczka, brak domu, opieki, wsparcia. Zazwyczaj wyjściem była służba wojskowa, która dawała opiekę, narzucała zasady i wskazywała cel. Wielu też wybierało drogę zawodowych kierowców. Świat, do którego wracali na pewno nie był przyjazny. Z pewnością nie wszystkim się udawało. Wielu skończyło w więzieniu, wielu na bezrobociu ale byli tacy którzy wybrali inną drogę, żyją i pracują uczciwie. Zależy od kręgosłupa, siły. chęci. Pokus jest wiele.

Muzyka a działalność na rzecz seniorów

Kiedy około 30 lat temu przeszła na emeryturę zaczęła pracować na rzecz seniorów. – Zaproponowano mi  aktywizację członków Domu Seniora na Ochocie. Zgodziłam się i przepracowałam tam rok. Potem przeniosłam się na salę Ikar, na Okęciu, gdzie założyłam klub składający się z 350 członków – opowiada. – Funkcjonowaliśmy bardzo dynamiczne. Co raz, to odbywały się spotkania tematyczne, powstał kabaret Viagra, były zabawy i wieczorki taneczne, a także koła muzyczne. Pracowała tam 5 lat, do roku 1999. Otrzymała wiele nagród, w tym odznaczenie „Człowieka który czyni dobro”.

Później przeszła do fundacji wspierającej artystyczną twórczość seniorów. Napisała projekt promowania twórczości  literackiej różnej narodowości zamieszkałej w stolicy. Tak powstały wieczorki poezji żydowskiej, wietnamskiej, gruzińskiej, rosyjskiej oraz polskiej. Prowadziła również salon literacki przy Wilanowskiej. Trwało to 4 lata. Następnie zaczęła swoją przygodę z muzyką jako dj-ka, która trwa do dziś. Młodzi ludzie pomagali jej poznać tajniki techniczne. W każdy poniedziałek gra w Klubie Hulakula.

Tradycja muzyczna towarzyszyła mojej rodzinie od zawsze. Mój dziadek grał na wszystkim, miał bałałajki, pianino, skrzypce, gitary. Siostra mamy była aktorką i tancerką. Sama, choć niechętnie i mimo trudnego dzieciństwa, uczyłam się gry na pianinie – mówi z nostalgią. Puszcza niemalże każdy rodzaj muzyki, ale lubi głównie retro, chociaż to zależy od rodzaju imprezy. Jest zapraszana na wiele wydarzeń w Polsce i za granicą. Grała w Moskwie, w Londynie, Budapeszcie, Berlinie, w Paryżu.  W Polsce gra na wielu imprezach senioralnych. oraz dla niepełnosprawnych Niedawno puszczała muzykę podczas święta miasta w Nowej Soli, gdzie mieszka jeden z jej synów, brała też udział w konferencji organizowanej w Microsoft Polska nt. Rewolucji w innowacjach oraz przenikaniu się nowoczesności z tradycją.

Konferencja: Rewolucje w Innowacjach 2018
Konferencja: Rewolucje w Innowacjach 2018

Podczas prowadzonych imprez stara się łączyć pokolenia, chce żeby ludzie się dobrze bawili, ale też integrowali się i tolerowali wzajemnie. Stara się robić dla seniorów jak najwięcej. – Muzyka stwarza ludziom możliwość poznania się nawzajem, zaciera bariery, uczy., wychowuje  daje człowiekowi radość, ruch, który sprzyja zdrowiu, czasem też wycisza, jak wtedy, kiedy mamy śpiewają dzieciom kołysanki – podkreśla. –  Towarzyszy nam od urodzin do końca naszych dni…

Wirginii Szmyt zależy na tym, aby promować wizerunek seniora aktywnie uczestniczącego w życiu publicznym  – Chcę abyśmy wyszli z domów, a nie się w nich zamykali. Chciałabym, aby senior mógł zaistnieć w życiu publicznym na równi z inna grupa społeczną, żeby był zauważany, a nie traktowany jak zło konieczne – mówi otwarcie. – Starość nie może być wstydliwa, świat nie może być zdominowany przez młodość i piękno. Twierdzi, że musi być zachowana równowaga, bo starość ma swoje zalety tj. mądrość, doświadczenie, umiejętność radzenia sobie z problemami. Podkreśla, że jeżeli będziemy się wstydzić starości to nie wychowamy przyszłych pokoleń z szacunkiem do życia, do rodziców i dziadków, a także do samego siebie, bo przecież młodość nie jest darem na cale życie. – Dojrzewamy długo więc dbajmy o każdy przekrój wiekowy i promujmy szacunek do mądrej starości – przekonuje. – Czemu w reklamach grają tylko same młode dziewczyny – też się zmienią Bardziej do mnie przemawia jak pewne produkty reklamuje senior, bo jest bardziej wiarygodny.

 

Zalety samotności

Pani Wirginia nie boi się samotności. Wręcz ją docenia, szczególnie, kiedy wraca zmęczona z koncertów. – Lubię towarzystwo, ale cenię sobie przebywanie sama ze sobą – przyznaje pani Wirginia. – Czasem muszę przemyśleć sobie pewne sprawy, „przetrawić“ czy coś mi wypada zrobić czy nie, bo dostaję tak dużo propozycji występów. Nie chciałabym wypaść teatralnie, pragnę być sobą i kieruję się własnym przeczuciem.

DJ Wika nie chce wspierać się autorytetami polityków, znanych psychologów czy naukowców – woli liczyć na własną intuicję i skonsultować się sama z sobą, a do tego, od czasu do czasu, potrzebne jest jej chwila samotności do poukładania siebie, do „posprzątania” w głowie i wokół siebie. Nie lubi mieszkać i pracować w bałaganie. Musi mieć porządek. Jej praca opiera się na ciągłych wyjazdach, powrotach, noclegach poza domem. Musi też zatroszczyć się o swoje koty i kwiaty, więc samotność to czas poświęcony domowi i sprawom związanym z życiem codziennym. To też czytanie książek, czyli bycie ze sobą. Zakochana już była i to dwa razy, na dwa różne sposoby. Obydwie relacje skończyły się małżeństwem.

Mężczyźni jej życia

Była zauroczona pierwszym mężem, wydawało jej się, że będzie to związek na całe życie. Szukała bliskości takiej, jak w romantycznych książkach. Do rozwodu dojrzewała bardzo długo. Chciała wytrwać ze względu na dzieci. Niestety różniło ich zbyt wiele. Mąż koncentrował się na pracy, na zdobywaniu kolejnych tytułów naukowych: na doktoracie, habilitacji, profesurze. Rozwodziła się bez żalu i bez bólu. Wyprowadziła się z ich wspólnego domu i zamieszkała w służbowym mieszkaniu. Twierdzi, że jak się coś nie układa, nie ma sensu w to brnąć.

Uważa, że jeśli kobieta żyje z kimś, to chce wiedzieć, że łączy ich wzajemne uczucie, że jest się tą najważniejszą. Ma się wtedy chęć tworzenia czegoś razem. Drugie małżeństwo dało jej taki rodzaj miłości, że gdyby jej nie przeżyła, to może dalej by szukała. Dało jej ogromną siłę. – Związek może kobietę stłamsić albo uskrzydlić. Mężczyzna może nas zdominować, wnosić w nasze życie niepokój, że nie sprostamy jego oczekiwaniom – zauważa. – W drugim związku postanowiłam się nie zmieniać, być taką, jaka jestem.

Drugiego męża poznała w Belwederze, przy lampce wina. Ciekawiło go, czym się zajmuje. Nie umiał pojąć, jak tak drobna i urocza kobieta radzi sobie z młodymi przestępcami. Zaintrygowało go to i od tego się zaczęło… Jej zaimponował jego swobodny sposób bycia, elokwencja. Jako dyplomata  był człowiekiem światowym, przystojnym mężczyzną z pięknym uśmiechem. Z całą świadomością postanowiła przeżyć przygodę. – Rozstawałam się z mężem, byłam wreszcie wolna. Pomyślałam sobie: jestem taka porządna, choć raz zaszaleję – mówi szczerze. – A tu z tej przygody wyrosła wielka miłość. Jeden nie mógł żyć ze mną, a drugi beze mnie. Z drugim mężem przeżyliśmy razem 30 lat. Widziałam w jego oczach miłość, zachwyt ciepło. To zaczarowało mnie  na całe życie…

 

W trosce o kondycję

Od śmierci ukochanego męża mieszka sama, więc tym bardziej troszczy się o swoje zdrowie. Kiedyś ćwiczyła gimnastykę artystyczną. Teraz wykonuje w domu ćwiczenia na drążku rozporowym, robi też skłony, przysiady oraz pompki i to codziennie! Chociaż nie z tą konsekwencją, jak wcześniej, kiedy żył mąż i był jej widownią.

Stara się nie przejadać, dlatego utrzymuje tak szczupłą sylwetkę. – Kiedyś lubiłam sobie pofolgować, jak była kawa, to i musiało być ciastko. Smakowały mi też wędliny, ale słodycze są dla mnie ważne i z nich trudno zrezygnować – mam ulubiona cukiernie i sobie czasem dogadzam, ale….wtedy bez obiadu i kolacji – przyznaje. – Z czasem uświadomiłam sobie, ile cierpienia się zadaje zwierzętom, a ja jestem wielką miłośniczką zwierząt, więc tylko sporadycznie kupuję mięso. Po drugie, kiedyś lepiej to smakowało. Ma kota-testera, który nie rusza większości wędlin. Czasem zdarzą się jej zjeść więcej, kiedy wraca z nocnej imprezy. Odreagowuje wtedy, uzupełniając stracone kalorie.

                             

 

 

 

 

 

Przyszłość

Chce być jak najdłużej zdrowa i samodzielna. Chętnie by podróżowała, ale teraz nie ma z kim. Sama założyła wczasy dla seniorów, tzw. za grosik. Jeździ teraz na jeden turnus, a kiedyś bywała na trzech. Jest zbyt zajęta. – Mam wiele szczęścia, w życiu robię to, co lubię. Kocham muzykę, mam wspaniała rodzinę – wykształconych i samodzielnych synów, którzy maja cudowny kontakt ze swoimi dziećmi, już dorosłymi – mówi z uśmiechem. – Jestem pod ich dyskretna opieką. Wszyscy są zapracowani, nie zawsze mogą się spotkać, ale dzwonią do siebie i w chwilach wolnych pielęgnują więzi rodzinne.

Pani Wirginia jest społecznym ambasadorem Monaru, Głosu Seniora czy Osób z Niepełnosprawnością na Bemowie. Wiele tego jest w jej aktywnym życiu, które kocha. Chce dalej promować radość z tego daru, którego nie można powtórzyć. – Dlatego każdy dzień jest nowym wyzwaniem i każdy promień słońca radością, że mogę, że chcę, że czuję się potrzebna i silna. Jak długo to trudno przewidzieć -podsumowuje i cytuje tekst piosenki: „Na razie kochaj życie nawet w deszczu, gdy samotnie w oknie tkwisz. Popatrz, jak się wszystko zmienia, choć dlatego warto żyć, warto kochać, warto marzyć, warto śnić. Resztę pokaże czas, czas da znak kiedy trzeba odpocząć…”.

 Beata Sekuła

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here