Mam postanowienie noworoczne i tego się będę trzymać!

Rozmowa z Karoliną Hudowicz, ekspertem w zakresie turkusowego zarządzania, dyplomowanym i akredytowanym coachem ACC ICF, konsultantem strategicznym MindSonar® i członkiem zarządu ICF Poland na temat noworocznych postanowień i ich realizacji.

Dlaczego zawsze pod koniec roku postanawiamy coś zmienić, ulepszyć w naszym życiu? Czym jest postanowienie świąteczno-noworoczne?
Postanowienie świąteczno-noworoczne to marzenie. Często bywa tak, że chcemy pozbyć się jakiegoś problemu albo tego, co nam przeszkadza, czy uwiera jak kamień w bucie. Podczas procesów rozwojowych klienci często rozpoczynają spotkanie od stwierdzenia: „Mam problem i chcę się go pozbyć…” albo „nie chcę tego robić”. Bywa też tak, że po prostu chcą, żeby było lepiej… „Nie będę jeść słodyczy”, „nie będę palić”, „nie będę pracować po godzinach”, „nie będę dawać się wykorzystywać” itd… Mamy postanowienia i tego chcemy się trzymać, etc

Dokonujemy też podsumowań…
Okres świąt i zbliżającego się po nich końca roku bywa często czasem refleksji. Podsumowujemy nasze osiągnięcia i sukcesy oraz to, co nam się udało, ale także myślimy o porażkach i o tym, co i dlaczego poszło nie tak. Przed oraz w trakcie świąt i sylwestra niejednokrotnie życzymy sobie nawzajem tego, aby kolejny rok był lepszy, zdrowszy, bogatszy, pełen sukcesów, zarówno zawodowych, jak i tych prywatnych, itd. Zastanawiamy się również nad tym, dlaczego o niektórych postanowieniach z zeszłego roku po prostu zapomnieliśmy albo przypomnieliśmy sobie o nich po jakimś czasie, ale do realizacji nawet się nie zbliżyliśmy i minął kolejny rok…

No właśnie – dlaczego tak jest?!
Bo wygląda to w ten sposób, że najpierw mijają święta i szampańska zabawa sylwestrowa, karnawał zbliża się ku końcowi, potem Wielkanoc…, a my wciąż siedzimy w pracy po godzinach, narzekamy na szefa, który nadal wykorzystuje nas w pracy, potem objadamy się słodyczami i palimy papierosy, żeby to wszystko jakoś znieść… O postanowieniach i zmianach myślimy raczej w kategoriach: „Dlaczego nie potrafię nic zrobić, nic zmienić i żyć tak, jak sobie wymarzyłam/em?” Kiedy robiliśmy te wszystkie postanowienia, byliśmy przecież tak podekscytowani i tak mocno wierzyliśmy w to, że wszystko jest możliwe – takie łatwe do zrealizowania! Co jest z nami nie tak? Otóż wszystko jest z nami w porządku. Jesteśmy w stanie zmienić to, co chcemy i żyć tak, jak chcemy. Jednak do tego, żeby postanowienia czy marzenia stały się celami, trzeba je trochę przeformułować.

W jaki sposób?
Niektórzy uczeni twierdzą, że nasz mózg nie rozumie negacji. Czyli jeżeli powiemy komuś, żeby o czymś nie myślał, albo żeby czegoś nie robił, to najprawdopodobniej to właśnie uczyni, a już na pewno pomyśli. Jeśli przykładowo usłyszymy: „nie myśl teraz o pięknych, modnych szpilkach”, to pewnie właśnie o nich pomyślimy. Innymi słowy, jeżeli mówimy, że „nie będziemy palić”, to właśnie będziemy, sięgniemy po papierosa. Skoro mózg nie rozumie słowa „nie”, to warto swoje postanowienia sformułować nieco inaczej.
Zgodnie z założeniami coachingu ważne jest, by cele postawione były w formie pozytywnej, czyli czego chcemy lub co chcemy osiągnąć w miejsce tego, czego nie chcemy. Zamiast: „nie będę jeść słodyczy” powiedzmy czego chcemy: „chcę się zdrowo odżywiać, jeść owoce i warzywa” albo w zamian „nie dam się więcej wykorzystywać” użyjmy: „zadbam o swoje interesy”.

W takim razie, jak definiować swoje cele?
Jak widać z powyższych przykładów, ujęcie postanowienia w pozytywnej formie jest już początkiem drogi ku temu, by to postanowienie mogło stać się celem. Oczywiście do tego jeszcze cel powinien być przede wszystkim nasz, a nie kogoś, kto ciągle nam wmawia, że się źle odżywiamy albo jeszcze gorzej – że jesteśmy grubi.
W trakcie coachingu bywa tak, że zanim klienci zdefiniują swoje cele – przynajmniej ci, którzy naprawdę chcą je osiągnąć i wiedzą, po co im one oraz czują, że to ich cele –niekiedy mija trochę czasu. Sprecyzowanie celów natomiast, najdokładniej jak tylko można, z drobnymi, pozornie nawet nieistotnymi szczegółami, jest najważniejszym krokiem na drodze do ich osiągnięcia.

Czy wobec tego czas Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku to dobry moment na postawienie sobie celów?
Tak, to może być faktycznie dobry moment na ustalenie sobie celów na nadchodzący rok, na przykład za pomocą jednej ze znanych metod wyznaczania celów, jak SMART albo lepiej – SMARTER. Mówi ona, że cel powinien być: S (Specific) – konkretny, szczegółowy, doprecyzowany, M (Measurable) – mierzalny, do sprawdzenia na każdym etapie, A (Achievable) – osiągalny, możliwy do zrealizowania przeze mnie, R (Relevant) – istotny, ważny, T (Trackable, Time related) – możliwy do prześledzenia, określony w czasie, E (Exciting) – ekscytujący, motywujący do działania, R (Recorded) – zapisany

Ale jak to osiągnąć?
Warto na przykład zadać sobie kilka mocnych pytań ze struktury GROW, Johna Whitmore’a:
• Co konkretnie zamierzamy zrobić?
• Kiedy?
• Jakie przeszkody możemy napotkać?
• Kto powinien o wszystkim wiedzieć?
• Jakiego wsparcia potrzebujemy?
• W jaki sposób i kiedy uzyskamy to wsparcie?
• Jakie inne kwestie mogą wchodzić w grę?
Same odpowiedzi na te pytania to jeszcze nie koniec. Ważne, by na skali od 1 do 10 określić swoją determinację, aby rzeczywiście zrealizować te kroki.
Zapisywanie sobie tak doprecyzowanych postanowień, celów, etapów i małych kroków może być początkiem procesu, a nie bolesnej rewolucji, żeby np. ograniczyć wspomniane wcześniej pochłanianie niezliczonej ilości słodyczy, palenie papierosów czy siedzenie w pracy po godzinach.
Może jeśli użyjemy tych kilku wskazówek, stworzymy świetny plan i strategię, a nasze dotychczasowe postanowienia staną się realnymi do zrealizowania celami na kolejny 2019 rok. Czego Czytelnikom WHY Story z całego serca życzę

A czy Ty również, Karolino, masz swoje postanowienia noworoczne?
Oczywiście, mam również szczegółowy plan, jak, z kim i kiedy je zrealizować!

Wysoka jakość kształcenia oraz badań, a także umiędzynarodowienie Politechniki Śląskiej

Rektor Arkadiusz Mężyk, foto B. Nitka

Rozmowa z prof. dr. hab. inż.Arkadiuszem Mężykiem, rektorem Politechniki Śląskiej, na temat m.in. efektywnych form kształcenia, współpracy z przedsiębiorstwami oraz zwiększenia rozpoznawalności Politechniki Śląskiej na świecie. Rektor Arkadiusz Mężyk został uhonorowany tytułem Lidera z powołania w kategorii: Lider w nauce oraz edukacji.

Jakie są priorytety uczelni na najbliższe lata?

Jednym z naszych priorytetowych celów jest zwiększenie poziomu umiędzynarodowienia uczelni, a także rozpoznawalności Politechniki Śląskiej na świecie. Drugim ważnym aspektem jest jakość badań i nowoczesne formy kształcenia. Politechnika Śląska aspiruje do statusu uczelni badawczej, w której doskonałość naukowa, wysoki poziom kształcenia, właściwa organizacja oraz wzrost rozpoznawalności w kraju i za granicą są wyznacznikami wszystkich podejmowanych działań. W tej chwili są to więc dla nas absolutne priorytety. Na unowocześnienie kształcenia na Politechnice Śląskiej, a także poniesienie jego jakości otrzymaliśmy w tym roku z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju dofinansowanie w wysokości ponad 38 milionów złotych oraz prawie 29 milionów złotych w ubiegłym roku w ramach konkursu Zintegrowane Programy Uczelni.

A jak Państwo współpracują z katowicką strefą ekonomiczną?

Politechnika Śląska znajduje się w samym sercu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w skład której wchodzą głownie firmy z branży motoryzacyjnej. To właśnie w tej branży stosowane są technologie Przemysłu 4.0, które są również w bardzo dużej mierze rozwijane na naszej uczelni. Dlatego też współpracujemy bardzo ściśle z Katowicką Specjalną Strefa Ekonomiczną, zarówno w obszarze dydaktycznym, jak i badawczym.

Jedną z firm, z którą posiadamy bliską współpracę, jest Opel Manufacturing. Ta współpraca jest modelowa i trwa już od wielu lat. Zakłady Opla zaproponowały nam system stażowy dla naszych studentów, zgodnie z którym odbywają oni półroczne staże w fabryce, a w ich trakcie pracują nad projektami. Wykonują konkretne zadania, a wygląda to w ten sposób, że na początku trafiają do konkretnego działu, ustalają z liderem działu temat i prezentują go przed komisją. W języku angielskim przygotowują prezentację, harmonogram i są z tego rozliczani. Po takich stażach są to zupełni inni ludzie, ich sposób prezentowania się, swoboda wyrażania się w języku angielskim są naprawdę godne uwagi.

Rozwijamy też współpracę w ramach kształcenia dualnego, które polega na tym, że studenci połowę czasu spędzają na stażach w firmach, gdzie nabywają umiejętności praktycznych, a połowę na uczelni, gdzie uzyskują wiedzę teoretyczną. W ten sposób, kończąc studia, są już wysoko wykwalifikowanymi inżynierami, w pełni przygotowanymi do pracy w przemyśle nowych technologii. Co ważne, staramy się w taki sposób dobierać partnerów przemysłowych, aby absolwent studiów dualnych uzyskał zdolność adaptowania się do zmieniającego się środowiska pracy.

Na jednym z paneli Europejskiego Forum Technologicznego, które odbyło się jesienią w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach, włoski ekspert dużej zachodniej firmy, który zajmuje się dostarczaniem systemów informatycznych i automatyki przemysłowej, mówił na temat kompetencji, jakie powinien mieć przyszły absolwent. Stwierdził on, że na studiach technicznych należałoby wprowadzić jako przedmiot obowiązkowy filozofię, ponieważ daje ona zupełnie inny sposób myślenia. Także w obecnych czasach model kształcenia wymaga nieco innego podejścia, ponieważ nie wiemy, jakie zawody będą potrzebne za kilka czy kilkanaście lat. Musimy więc tak wykształcić specjalistów, żeby potrafili zaadaptować się do różnych warunków.

Co robicie, że jest tak wielu chętnych do studiowania na Politechnice Śląskiej?

Staramy się kłaść nacisk głównie na przyciąganie naszych kandydatów atrakcyjną ofertą dydaktyczną, dostosowaną do potrzeb współczesnego rynku pracy. Nie jest też tajemnicą, że Politechnika Śląska znajduje się bardzo wysoko w rankingu szkół wyższych w naszym kraju. Jeżeli chodzi o uczelnie techniczne, to jesteśmy na czwartym miejscu, a biorąc pod uwagę wszystkie uczelnie akademickie, których jest około 400, plasujemy się w pierwszej dziesiątce najlepszych uczelni akademickich w Polsce.

Czyli kierunki politechniczne cieszą się coraz większą popularnością?

Tak, na pewno w Polsce. Odwiedzając wyższe szkoły niemieckie, zauważyłem jednak, że na zachodzie trend jest odwrotny. Tam cierpią na brak kandydatów do uczelni technicznych. Większość stawia na wykształcenie uniwersyteckie, ponieważ młodym ludziom zależy na zdobyciu prestiżowych zawodów, jak np. adwokat, lekarz czy menadżer zarządzający firmami. Tymczasem bardzo potrzebni są tam specjaliści w przemyśle.

Stworzyliście też coś, co nazywa się biurem karier.

Biuro Karier Studenckich funkcjonuje na Politechnice Śląskiej już od ponad 20 lat. Działa na zasadzie nawiązywania relacji z otoczeniem społeczno-gospodarczym. To jedna z najstarszych tego typu placówek w Polsce. Głównym celem Biura Karier jest promowanie uczelni na rynku pracy oraz pomoc w znalezieniu pracy, praktyk czy staży osobom, które się do niego zgłoszą – przede wszystkim naszym studentom i absolwentom. Dzięki licznym kontaktom z wieloma przedsiębiorstwami BKS jest skutecznym pośrednikiem między pracownikami i studentami uczelni a sferą gospodarki.

Z którego kierunku na uczelni są państwo najbardziej dumni?

Jesteśmy dumni ze wszystkich naszych kierunków i staramy się, żeby w sposób zrównoważony uczelnię rozwijać. Oczywiście najważniejsze są te kierunki, które stanowią priorytet dla gospodarki, więc one w pierwszej kolejności wypełniają się najlepszymi kandydatami. Natomiast staramy się rozwijać również te kierunki, które nie pojawiają się w tej chwili na pierwszych stronach gazet, a są przecież niezbędne do dalszego rozwoju cywilizacyjnego.

Na którym kierunku jest najwięcej kandydatów?

Najwięcej na informatyce, i tego należy się spodziewać, ponieważ jest to wynik rozwoju cywilizacyjnego. Poza tym branża IT jest wciągająca dla młodych ludzi.

Jak Państwo dbają o kształcenie kadry?

Mamy specjalny cykl szkoleń dla kadry naukowej, która rozwija się poprzez prowadzenie badań naukowych czy realizację projektów społeczno-gospodarczych. Od ubiegłego roku akademickiego ruszyły również na Politechnice Śląskiej doktoraty wdrożeniowe. Aż 64 doktorantów rozpoczęło realizację doktoratów wdrożeniowych w roku akademickim 2017/2018 na naszej uczelni, a w obecnym roku akademickim jeszcze więcej, bo aż – 77.

Program doktoratów wdrożeniowych jest skierowany głównie do pracowników firm, ponieważ kształcenie doktorantów odbywa się we współpracy z pracodawcami. Doktoranci wdrożeniowi realizują swoje doktoraty w systemie dualnym. Oznacza to, że pracują w przedsiębiorstwie, a badania naukowe prowadzą na uczelni, wykorzystując bogatą bazę laboratoryjną. Są oni skoncentrowani na rozwiązaniu konkretnego problemu technologicznego danego przedsiębiorstwa, czyli swojego pracodawcy. To również świetny model rozwoju małych i średnich przedsiębiorstw, którym najczęściej brakuje pieniędzy na projekty badawczo-rozwojowe i dostępu do bardzo cennej aparatury czy laboratoriów badawczych. I my ten model współpracy rozwijamy. Takie kontakty jeszcze bardziej zbliżają nas z przemysłem.

Niewątpliwie jest Pan Liderem ­– najpierw na stanowisku dziekana, a teraz na stanowisku rektora. Ile jest różnic i jakie są te najważniejsze?

Różnic jest bardzo dużo, przede wszystkim rektor to już jest najwyższa instancja w uczelni. Z funkcją tą wiąże się wielka odpowiedzialność za kilkaset milionów złotych, którymi uczelnia w ciągu roku obraca, za ponad 20 tysięcy studentów i 3200 pracowników. Problemów jest też dużo więcej niż na poziomie wydziału. Dziekan wydziału ma jeszcze możliwość zapytania rektora, licząc na to, że to jego zwierzchnik podejmie decyzję w jakiejś ważnej sprawie, natomiast rektor musi tę decyzję podjąć sam.

A rola doradców?

Doradca nie ponosi odpowiedzialności, ostateczną decyzję podejmuje rektor. Nowa ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce jasno precyzuje, że to rektor jest odpowiedzialny za funkcjonowanie uczelni.

Jakie cechy musi mieć lider?

Na pewno charyzma i możliwość łatwego nawiązywania kontaktu z ludźmi pomagają w byciu liderem. Oczywiście można się nauczyć systemów zarządzania, można próbować wdrażać różne schematy i struktury organizacyjne. Współpracowałem z firmami, które miały świetne systemy zarządzania, ale przekonałem się, że przede wszystkim dobre kontakty międzyludzkie oraz wysokie kompetencje są podstawą sukcesu w działaniu.

Rozwijacie też ofertę dla studentów cudzoziemców.

Przede wszystkim wzbogaciliśmy ofertę kierunków studiów w języku angielskim. Obecnie jest ich 19, a w następnych latach będziemy te ofertę poszerzać. Oczywiście ten rynek kształcenia jest dosyć trudny, bo największą liczbę kandydatów pozyskują kraje, w których angielski jest językiem ojczystym. Jednak staramy się robić, co w naszej mocy i jak najlepiej rozwijać naszą ofertę. Z każdym rokiem studentów zagranicznych na Politechnice Śląskiej przybywa.

Z jakich krajów przyjeżdżają chętni, by podjąć studia na Politechnice Śląskiej?

Z bardzo wielu, m.in. z Chin, Hiszpanii, Indii czy państw afrykańskich. Zmieniliśmy model nauczania cudzoziemców. Kiedyś studenci najpierw uczyli się języka polskiego, a dopiero potem rozpoczynali studia kierunkowe. Teraz nie muszą uczyć się naszego języka, ponieważ zajęcia odbywają się w języku angielskim. To oczywiście wyzwanie dla kadry nauczającej, ale mamy świetnych specjalistów, którzy stają na wysokości zadania.

Czy studenci są zainteresowani nauką języka polskiego?

Oczywiście. I dlatego prowadzimy specjalne kursy dla obcokrajowców. Studenci zagraniczni przebywają przecież ze studentami polskimi na co dzień i chcą się komunikować w naszym języku. Poza tym, idąc do sklepu czy restauracji, chcieliby czuć się swobodnie.

Czy wśród wykładowców są też obcokrajowcy?

Tak, coraz więcej mamy wykładowców-cudzoziemców. Uruchomiliśmy specjalne programy dofinansowania dla wydziałów, by wykładowcy zagraniczni przyjeżdżali do nas i prowadzili zajęcia. Staramy się, aby jak najwięcej ich do nas trafiło. Naszym celem jest również prowadzenie badań w międzynarodowych zespołach badawczych.

Macie w Waszej ofercie Uniwersytet Trzeciego Wieku?

Mamy cały system studiów dla ludzi w każdym wieku. W 2017 roku powołaliśmy na uczelni Centrum Popularyzacji Nauki. W wyniku działań centrum na Politechnice Śląskiej odbywają się chociażby takie cykle spotkań, jak Politechnika Juniora i Seniora czy Politechnika Trzeciego Wieku. Raz w roku organizujemy również Noc Naukowców, na którą przychodzą zarówno ludzie bardzo młodzi, jak i seniorzy. W tym roku zorganizowaliśmy ją już po raz trzynasty.

W strategii rozwoju uczelni wśród naszych priorytetowych kierunków rozwoju zapisaliśmy nie tylko kształcenie wysoko wykwalifikowanych kadr inżynierskich oraz badania naukowe na najwyższym poziomie, ale również wpływ na otoczenie społeczno-gospodarcze oraz społeczną odpowiedzialność nauki. Centrum Popularyzacji Nauki poprzez organizację tego typu wydarzeń ten cel realizuje.

Jakie wyzwania stoją przed Panem i przed uczelnią?

Wyzwania to przede wszystkim dostosowanie funkcjonowania uczelni do nowej ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, w tym m.in. przygotowanie nowego statutu w taki sposób, aby uczelnia cały czas się rozwijała. Mamy ambicje, by zostać uczelnią badawczą, tym bardziej, że znaleźliśmy się w gronie 20 szkół wyższych, które spełniają kryteria ustawowe. Dlatego też kładziemy teraz szczególny nacisk na programy projakościowe – aby Politechnika Śląska mogła się stać uczelnią, która inwestuje w doskonałość naukową, dostosowuje się do dynamicznie postępującego rozwoju technologicznego i społecznego, a jednocześnie zapewnienia elastyczne i nowoczesne kształcenie, oparte o badania naukowe i innowacje.

Praca na tak eksponowanym stanowisku jest stresująca, czy umie Pan odciąć się od spraw zawodowych, zrelaksować?

Rzeczywiście trzeba znaleźć czas na odpoczynek. Myślę, że sport pozwala mi na chwilę odciąć się od obowiązków zawodowych. Chętnie pływam, a przede wszystkim staram się biegać. Dzięki bieganiu mogę się naprawdę odstresować, a przy okazji przychodzą mi wtedy do głowy najlepsze pomysły.

Anna Szwed i Tomasz Czarnecki

Badmintonowe Mistrzostwa Świata zawodowców w Katowicach już za rok

W czwartek 18 października przed szybem w Muzeum Śląskim odbyła się promocja dyscypliny sportu jaką jest badminton. Cel jaki jej przyświecał, to przyszłoroczne Mistrzostwa Świata seniorów, które odbędą się w Katowicach. Jednym z gości był Paweł Gasz, mistrz europy plus 75 lat z tego roku z Hiszpanii.

Panie Pawle proszę nam coś powiedzieć o tych zawodach, ile osób w nich brało udział?

– Zawodników było około 1300, było dużo kategorii wiekowych od 40 do 75+ lat i właśnie w tej najstarszej startowałem ja. Co ważne w każdej kategorii z danego państwa może startować czterech zawodników.

– Za rok będą Mistrzostwa świata zawodowców u nas w Katowicach, przy okazji będzie też festiwal badmintona dla seniorów, który będzie imprezą towarzyszącą, słyszał Pan o tym?

– Będę musiał się jeszcze z tym zaznajomić.

– Czy na zawodach w Hiszpanii, na których Pan startował był wysoki poziom?

– W tych młodszych kategoriach można powiedzieć, że grała światowa czołówka. W tych starszych wiadomo, że poziom już nieco odbiegał, ponieważ to normalne, że jest mniejsza dynamika gry.

– Właśnie, a jak europejczycy wypadają na tle światowym w tych wyższych kategoriach, tam gdzie Pan startuje, czy są takie mistrzostwa świata organizowane?

– Do tej pory odbyło się już sześć, o ile dobrze pamiętam. W większości przypadków to europejczycy są górą w tych wyższych kategoriach, ale również i w tych niższych. Co ciekawe Tajlandia jest tu potęgą, a Chiny gdzie w zawodowym badmintonie to ścisła czołówka tutaj już nie.

– Kiedy są następne mistrzostwa świata seniorów i czy będzie Pan w nich startował?

– Oczywiście, że będę startował! W ubiegłym roku były mistrzostwa świata w Indiach i zdobyłem tam brązowy medal.

O, to serdecznie gratulujemy.

– I co jest dla Pana cenniejsze, to europejskie złoto czy brązowy medal mistrzostw świata?

– Brąz jest gorszy, bo mam już srebrny medal, więc trochę zawiodłem samego siebie. Jest to też trochę wina losowania, choć oczywiście nie można wszystkiego na nie zrzucać.

– Jak wypadają Polacy w seniorskim badmintonie?

– Trzeba powiedzieć, że wypadają słabo szczególnie na tle Anglików, Szwedów czy Niemców. To są generacje te najbardziej „medalodajne”. My jak zdobywamy trzy medale to jest już dużo. W tym roku zdobyliśmy tylko dwa. Ja zdobyłem złoto, a Dorota Grzejdak i Barbara Kulanty (deblistki) Miały szansę na złoto, ale niestety w finale się nie powiodło i zdobyły srebrny.

– Mieszka Pan w Katowicach?

– Tak, a dokładniej na Nikiszowcu.

– A jak się Pan przekonał do trenowania badmintona? 

– Na spartakiadzie zakładowej. Przyszedł instruktor, wyrysował nam kredą na boisku od siatkówki specjalne boisko i dał rakiety, następnie opuścił nam siatkę do prawidłowej wysokości (1,5 m) i powiedział „grajcie” – bez zasad, bez niczego, tak po prostu… i tak się zaczęło. Tak mi się to spodobało, że razem z bratem zaczęliśmy treningi. Kontakt ze sportem miałem od najmłodszych lat, ale nigdy zawodowy. Chociaż, jeśli chodzi o badminton to grałem kiedyś w lidze.

– Wracając do zawodów, były jakieś nagrody?

– Tylko medal, na szczęście zdobyłem (śmiech).

– A transport był organizowany przez organizatorów?

– Niestety nie, nawet wpisowe trzeba było opłacić we własnym zakresie, Polski związek nas w tym nie wspomógł.

– A jakieś inne Pana pasje?

– Narciarstwo.

– Czyli jest Pan również czynnym narciarzem?

– Tak, z tym że badmintona można uprawiać przez cały rok.

Życzymy więc kolejnych sukcesów w tej grze i czerpania z niej jak największej przyjemności.

– Dziękuję bardzo.

Oprócz Pana Pawła przy promocji Mistrzostw przed Muzeum Śląskim można było spotkać między innymi Mariusza Kałamagę, znanego z kabaretu Łowcy. B.

 

Jazz, literatura i piłka nożna

Talent, pracowitość, dociekliwość

Jacek Niedziela-Meira – wielokrotnie uznany w corocznej ankiecie Jazz Forum za najlepszego polskiego kontrabasistę jazzowego, kompozytor – 5 razy nominowany do Fryderyka, literat oraz publicysta, okazuje się także pasjonatem życia! Ma ponadstandardową ilość dzieci oraz zaradną żonę, która nie tylko jest jego muzą, ale też potrafi naprawić sprzęt domowy oraz zadbać o to, żeby artysta znalazł czas na rozwijanie swojej twórczości, za którą otrzymał wiele nagród, w tym medal Zasłużony dla Kultury Polskiej, Specjalną Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Grand Prix konkursu Międzynarodowej Federacji Jazzowej w Leverkusen.

Dlaczego sztuka rządzi Twoim życiem? A może, żeby zostać uznanym muzykiem trzeba po prostu urodzić się w rodzinie o artystycznych korzeniach?

To ci dopiero! Nie wiem czy jestem uznanym muzykiem…w przypadku jazzu, tak mało popularnego, to sformułowanie nie jest najodpowiedniejsze – co to znaczy – uznany jazzman?! Przez 10 czy 110 osób? (śmiech) Ale wracając do sedna pytania – artystyczna pasja i umiłowanie sztuki, zwłaszcza u matki (nauczycielki śpiewu i malarki) okazały się ważnymi czynnikami dla mojego dojrzewania, choć znam muzyków czy ludzi zajmujących się innymi dziedzinami sztuki bez jakiegokolwiek backgroundu artystycznego wyniesionego z domu. Były zatem koncerty, na którerodzice zabierali mnie z bratem, np. na występ Konstantego Andrzeja Kulki (uznanego skrzypka wirtuoza), kiedy miałem zaledwie 6 lat. W domu korzystaliśmy z pokaźnej, jak na tamte czasy, biblioteki wypełnionej wartościową literaturą i poezją oraz płytami z muzyką klasyczną, jazzową i rozrywkową, np. Skaldów. Nawiasem mówiąc, do dziś uważam, że piosenki Andrzeja Zielińskiego to absolutny top!

 

Brałeś udział w nagraniu ponad czterdziestu płyt, w tym siedmiu autorskich: Wooden Soul Jazzowe Poetycje, Sceny z Macondo, Historia roku minionego, Bassville, Zjesienniony, Bassville 2. Która z nich po latach wydaje Ci się najbliższa Twojemu sercu?

W zasadzie każdej oddałem wiele serca, a ich różnorodność jest przykładem na mnogość moich zainteresowań. A więc i jazzowa poezja śpiewana – jak ja nie lubię tego sformułowania, i muzyka na kontrabas solo, i jazz „symfonizujący”.

Dajesz koncerty w najbardziej prestiżowych klubach jazzowych w Europie i Stanach Zjednoczonych. Występowałeś też z najwybitniejszymi jazzmanami polskimi, m.in ze Zbigniewem Namysłowskim, Janem „Ptaszynem”Wróblewskim, Leszkiem Możdżerem, Ewą Bem, Urszulą Dudziak, Lorą Szafran, Mieczysławem Szcześniakiem, Piotrem Baronem. Grałeś także z artystami zagranicznymi uznanymi na całym świecie, np. z Eddiem Hendersonem, Johnem Claytonem, Kevinem Mahogany’m czy Mikem Mainieri. Które z tych doświadczeń muzycznych wspominasz szczególnie i które z nich najbardziej wpłynęły na rozwój Twojej kariery ?

Jedne dawały mi i mojej rodzinie chleb, inne przyjemność, jeszcze inne – nowe nazwiska do wpisania w artystyczny życiorys. A tak całkiem serio – wszystko w człowieku się odkłada. Tylko od niego samego zależy, jak to spożytkuje. Niestety nie potrafimy wyraźnie wskazać momentu „wypłynięcia na światło dzienne” tychże pojedynczych czynników. Ale analizując uczciwie siebie – możemy później z pewną dozą prawdopodobieństwa wskazać, co mamy po tym „tatusiu” a co po tamtym (śmiech)- np rzeczowość, pracowitość, metodyczność, szacunek do partnerów, itd.

Jesteś też autorem tomików poezji (W niepogodę, Zjesienniony) oraz powieści(Modrzewie siwieją na rudo). Skąd pomysł na motyw przyrodniczy w tytułach ?

Przyroda od wieków jest jednym z najbogatszych źródeł inspiracji – wspomnę tu o motywach tatrzańskich  w kompozycjach Karłowicza czy „Tataraku” Iwaszkiewicza. Przyznam, że nazwę tomiku W niepogodę zasugerował mi mój wydawca. Brał się z tytułu jednego z wierszy.Tytuł płyty „Zjesienniony” nawiązuje raczej do nazwiska rosyjskiego poety Siergieja Jesienina, do którego wierszy dopisałem muzykę. Wydany rok wcześniej tomik moich wierszy też miał taki tytuł- widać w takim byłem wtedy feelingu :)Z kolei modrzewie są dla mnie wyjątkowymi drzewami. Zasadziłem już w swym życiu kilka. Te stare mają tak pięknie rozwarte gałęzie, niczym ramiona papieża w geście błogosławieństwa; te młode, u progu wiosny zachwycają brodawkowymi brzuszkami na każdej gałązce, ową kołyską dla igiełek rosnących w pędzelki,  w zieleń ufnych- że nie kłuć, a malować będą.

Jak to się dzieje, że tak licznie nagradzany muzyk (m.in. medalem Gloria Artis, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Komisji Edukacji Narodowej oraz medalem Zasłużony dla Kultury Polskiej, Specjalną Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, prestiżowymi wyróżnieniami jako najlepszy polski kontrabasista jazzowy w ankietach pisma Jazz Forum, Grand Prix konkursu Międzynarodowej Federacji Jazzowej w Leverkusen, czy Grand Prix festiwalu „Jazz nad Odrą” wspólnie z Walk Away, sięga po pióro, żeby tworzyć poezję i prozę?

Literki były u mnie zawsze blisko nutek. Trzy autorskie płyty zawierają moją muzykę napisaną do poezji (Asnyk, Poświatowska, Pawlikowska Jasnorzewska, Baczyński, Harasymowicz). Płyta „Sceny z Macondo” inspirowana była twórczością Gabriela Garcii Marqueza.Dodam też, że obaj synowie (Gabriel-28 lat, Sergiusz-4 lat) mają imiona, które są związane z moją fascynacją Marquezem i Jesieninem (a nie np Rachmaninowem czy Prokofiewem). Obecnie siedzę nad pracą dotyczącą obecności elementów i tematów muzycznych w twórczości literackiej czarnoskórych pisarzy amerykańskich – Jamesa Baldwina, Richarda Wrighta, Toni Morrison i LangstonaHughesa. Nie wszystko wyszło w języku polskim więc lektura trwała dłużej w przypadku edycji angielskich.

Byłeś już 5-krotnie nominowany do Fryderyka, m.in. za płytę Bassville w kategorii Jazzowy Album Roku oraz w kategorii Jazzowy Kompozytor/Aranżer Roku. Czy za szóstym razem możemy liczyć, że nastąpi wręczenia Ci tej nagrody?

Nie sądzę by był ten szósty raz 😉 – a tak poważnie – polski rynek jest strasznie zakorkowany. Ponoć
w ubiegłych kilku latach w Polsce ukazywało się najwięcej na świecie tytułów płyt jazzowych w przeliczeniu na jednego mieszkańca. I każdy twórca chce zaistnieć :).

Jak dużo zaangażowania i czasu wymagało napisanie Historii Jazzu – 100 wykładów?

Jakieś 4 lata pracy, kilkadziesiąt amerykańskich książek, wizyta w Nowym Orleanie, prawie tysiąc płyt dobrze wysłuchanych, setka archiwalnych DVD itd. oraz 10 letnie doświadczenie prowadzenia wykładów     z historii jazzu. Ta pasja pozostała i mój zbiór amerykańskich książek, obecnie poszerzony o czasopisma   z lat 60-tych i magazyny rośnie i rośnie. Zresztą to nie tylko książki ale także filmy z lat 20, 30. 40, które kolekcjonuję wyszukując na stronach internetowych nawet jeśli np. big band Ellingtona zagrał tam 3 minuty w przeciągu całego fabularnego filmu.

Za wspomnianą encyklopedię jazzu otrzymałeś nominację do Nagrody „Jazzowy Oscar” Stowarzyszenia – Melomani, w kategorii Dziennikarz/Publicysta Roku. Czy już wtedy mogłeś założyć, że będziesz kiedyś także dziennikarzem?

Dziennikarzem sportowym chciałem być już w podstawówce, kiedy żonglowałem danym dotyczącymi rezultatów meczy, układów tabel, ilości strzelonych bramek, rozmiarów obuwia piłkarskich legend itd., ale słyszałem wtedy w domu, że mam śmietnik w głowie. Zresztą ponoć nauczyłem się czytać, w wieku 6 lat, ze sportowych gazet. Tak więc lokuję się w swych fascynacjach gdzieś pomiędzy Faulknerem i Marquezem a Przeglądem Sportowym 🙂

Wiec stąd pasja do piłki nożnej i żużla oraz do pisania na ten temat felietonów?

Nawiązałem do dawnych fascynacji z dzieciństwa, kiedy moje rodzinne miasto dobrze funkcjonowało na arenie sportowej. A że stałem się po drodze historykiem i naukowcem (akademikiem) – wszystko się tak jakoś ułożyło. Poza tym – koziorożce są metodyczne, skrupulatne pracowite i dobre w statystykach. 😉 Tak więc do pisania o sporcie – w sam raz.

Czy uważasz, że sukces zawodowy zawdzięczasz wyłącznie swojemu talentowi i ciężkiej pracy, czy też jeszcze czemuś lub komuś innemu?

Pracowitości, dociekliwości, pasji czytania, genom, elementom wyniesionym z domu. Mówiłem o dociekliwości ? :). Na pewno też ludziom, których spotkałem na swej drodze. Oczywiście nie w sensie protekcji – bo jestem pierwszym i zagorzałym przeciwnikiem tzw. „kolesiostwa”. (to tak jakby przy pomocy ściągi dostać wysoką notę – de facto nie ma się umiejętności na poziomie oceny i w gruncie rzeczy zostaje niesmak). Chodzi mi o ludzi, których podpatrywanie (świadome lub nieświadome) w jakim sensie mnie rozwinęło.

Prowadzisz letnie międzynarodowe warsztaty jazzowe w Puławach, jesteś też wykładowcą na Akademii Muzycznej we Wrocławiu jurorem polskich i zagranicznych konkursów muzycznych, a także ojcem czwórki dzieci. Czy można pogodzić tak liczne i różne role? Jak?!

Zdecydowaną większość obowiązków domowych żona bierze na klatę 🙂 To ona głównie dba o nasze „ognisko domowe”. Kiedy zajmuje się maluchami, ja mogę koncertować czy pisać. Czy wspominałem, że mam też … piątego dzieciaka?

Naprawdę?

Z moich książek i postaw życiowych bije ogromna fascynacja Afryką. Ok 10 lattemu pomyślałem, że byłbym gotowy wesprzeć jakąś akcję charytatywną. Ktoś poradził mi Siostry Karmelitanki, mające misje w Burundi. Akcja nazywa się Adopcja Serca a wskazane dziecko – Jean Pierre, który stracił obojga rodziców, z drobną moją pomocą ukończył już szkołę.

Czy udało Wam się kiedyś spotkać? Czy to w ogóle możliwe?

Kontakt umożliwiły nam zakonnice, które przysyłały co najmniej dwa razy w roku listy wraz z tłumaczeniem z francuskiego, oraz fotografie. Niestety, nie spotkaliśmy się osobiście z Jeam Pierrem. Chłopak mieszka Burundi, a ponoć w ostatnim czasie jest tam niebezpiecznie, więc na razie nie wybieram się do tego kraju.

Rzeczywiście trudna sytuacja. Wracając do Twoich osiągnięć czy uzyskanie tytułu profesora zwyczajnego z rąk prezydenta Bronisława Komorowskiego w zeszłym roku zwieńczyło Twój dorobek artystyczny w dziedzinie muzyki, a może masz już kolejne plany rozwoju na tym polu? Jakie?

Kończę drugą część podręcznika jazzowego na kontrabas i gitarę basową dotyczącego mojej autorskiej, specyficznej techniki pizzicato – trzema palcami. Układam też w całość cykl esejów i felietonów z zakresu historii jazzu. Planowane wydanie – 2016. O muzyce nie zapominam, ostatnio podchodzę do jazzu mocno go „zfolkowując”. Zobaczymy jak to zostanie przyjęte :).

Posiadając tak wszechstronne doświadczenie zawodowe i tak wiele pasji, czym chciałbyś podzielić się z naszymi czytelnikami na łamach WhySTORY w roli publicysty?

Wszystkim.

Rozmawiała

Beata Sekuła

- Reklama -

Najpopularniejsze